Korespondencja z Chorzowa

Śląsk to region czerwona wyspa na krajowej mapie zakażeń koronawirusem. Pierwsze duże zawody sezonu odbyły się właśnie tam, bo chorzowski stadion jest dziś nieoficjalną stolicą polskiej lekkiej atletyki, a władzom okręgowego związku bardzo zależało na organizacji zawodów.

Twarzą imprezy została Justyna Święty-Ersetic, która pochodzi z Raciborza i wzięła niedawno udział w kampanii: „Stop hejtowi! Nie oczerniaj górnika”.

Uśmiechnięty kat

Dwukrotna mistrzyni Europy ciężkiej pracy się nie boi, więc podczas zawodów przyjęła rolę stachanowca. Pierwszy raz w życiu pobiegła na 100 metrów, wygrała rywalizację na nietypowym, trzykrotnie dłuższym dystansie z najlepszym w tym roku czasem na świecie (37.05) i przez 400 metrów prowadziła jako „zając” bieg Joanny Jóźwik. Na taki wysiłek skazał ją „uśmiechnięty kat”, czyli trener Aleksander Matusiński.

– Cieszę się, jak dziecko, bo wreszcie coś się dzieje i zaczynamy wracać do normalności – mówi Święty-Ersetic. – Było oczywiście trochę dziwnie, bo na trybunach brakowało kibiców, ale możliwość sprawdzenia się to coś wspaniałego.

Rywalizacja toczyła się przy opustoszałych trybunach, choć tego samego dnia w oddalonych 30 km od Stadionu Śląskiego Gliwicach mecz Piasta z Lechem Poznań oglądały 1193 osoby.

Równi i równiejsi

Organizatorzy spotkań piłkarskich i żużlowych mogą od piątku wypełniać jedną czwartą stadionu, lekkoatletyka – choć nazywana królową sportu – jest na tym tle dyscypliną gorszego sortu. W Chorzowie na stadion zaproszono tylko zawodników, sędziów, trenerów, dziennikarzy i kilka osób towarzyszących.

– To była impreza do 150 osób. Teoretycznie mogliśmy prosić rząd i wojewodę o zgodę na 999 widzów, ale nawet tego nie rozważaliśmy, bo na jakiej podstawie mielibyśmy wówczas decydować, kto wejdzie na trybuny? – rozkłada ręce jeden z organizatorów mityngu Marcin Rosengarten.

Fanom została transmisja w internecie, którą obejrzało 16 tysięcy widzów. Dodatkową atrakcją był debiutujący w roli komentatora dwukrotny wicemistrz olimpijski Piotr Małachowski. Dyskobol przed rozpoczęciem zawodów chodził po trybunach Stadionu Śląskiego z plakietką „organizator” i przyglądał się kulisom zawodów, bo to jeden z jego pomysłów na życie po zakończeniu kariery, której metą będą przyszłoroczne igrzyska w Tokio.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

Miał na co patrzeć i czego pilnować, bo reżim przeprowadzenia zawodów był skomplikowany. Obowiązkowe były maseczki, dezynfekcja sprzętu oraz przepisowy odstęp między osobami siedzącymi na trybunach.

Palec się omsknął

Kiedy podczas rywalizacji sprinterów pistolet startowy wypalił zbyt wcześnie, pojawiły się głosy, że to przez żel antybakteryjny palec omsknął się sędziemu. Zawodnicy do biegów ustawiali się na co drugim torze.

– Chciałam rzucić się z radości na koleżankę, ale nie mogłyśmy się dotykać. Zostały nam „piątki” i „żółwiki” – mówi Katarzyna Furmanek, która była jedną z bohaterek dnia. 24-latka, trenowana w Kielcach przez ojca Grzegorza, rzuciła młotem 71,02 metra, co jest jej rekordem życiowym i piątym wynikiem w polskiej historii tej konkurencji. Lepsze są tylko medalistki wielkich imprez: Anita Włodarczyk, Malwina Kopron, Kamila Skolimowska i Joanna Fiodorow.

– Chcę być ich godną następczynią. Czekałam na ten moment trzy lata i liczę, że obecny sezon będzie przełomowy – dodaje Furmanek.

Organizatorzy zastanawiali się nad przesunięciem startu zawodów o półtorej godziny, bo jeszcze w południe z nieba lał rzęsisty deszcz. Nikt w Chorzowie nie zamówił pogody na ten dzień, ale aura w ostatniej chwili zlitowała się nad lekkoatletami.

Najbardziej wartościowy wynik osiągnął Wojciech Nowicki, którego 78.52 m to w tym roku drugi najlepszy rezultat na świecie. Dalej od Polaka rzucił tylko Węgier Bence Halasz (78.86 m). – Widać, że zmiana techniki, jaką wprowadziliśmy, wyszła na plus. Skorygowaliśmy ustawienie w kole, stoję teraz bardziej bokiem do zamachu, dzięki czemu jest on obszerniejszy. W kole czuję się jednak jeszcze jak żółw, bo jestem w ciężkim treningu – przyznaje Nowicki w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Kwaśna mina

Konrad Bukowiecki w pojedynku kulomiotów drugi raz z rzędu pokonał Michała Haratyka. 23-latek kilka dni wcześniej poradził sobie ze starszym kolegą w zawodach na parkingu Telewizji Polskiej. Haratyk schodził do szatni z kwaśną miną, bo wciąż ma problemy z łokciem.

Bukowiecki z kolei przyznał, że tak dziwnego sezonu nie przeżył jeszcze nigdy. – Rok temu spędziłem w domu dokładnie 77 dni, a teraz mam już dwukrotną nadwyżkę.

Lekkoatleci są zgodni: ten sezon to czas na trening, eksperymenty oraz dojście do zdrowia. Kumulacja emocji czeka ich w przyszłym roku, kiedy odbędą się dwie imprezy halowe: mistrzostwa Europy w Toruniu i mistrzostwa świata w Nankinie, IAAF World Relays w Chorzowie (mistrzostwa świata sztafet) oraz przede wszystkim przełożone igrzyska olimpijskie w Tokio.

Najważniejszymi punktami tego lata będą mistrzostwa kraju, mityngi Diamentowej Ligi oraz Memoriał Kamili Skolimowskiej w Chorzowie. Możliwe, że już z tysiącami kibiców na trybunach.