Korespondencja z Eugene

Mistrz olimpijski nie był faworytem, ale trudny nowego dystansu - złoto w Tokio zdobył na 50 kilometrów, którego dziś już w programie wielkich imprez nie ma - i tak go zaskoczyły. Szedł w głównej grupie przez godzinę, później zaczął tracić. Wystąpił na tym dystansie dopiero drugi raz w karierze. Pobił oczywiście rekord życiowy, do rekordu Polski zabrakło mu dwóch minut.

- Między 35 i 50 kilometrów jest przepaść, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Trzeba wrócić do treningu na ten pierwszy dystans. Nie tęskniłem za nim, ale nic nie poradzę. Teraz muszę odpocząć, wyleczyć nogę, znów nabrać głodu i skupić się na sporcie, bo po igrzyskach dużo się wokół mnie działo. Mam nadzieję, że sprawię wam jeszcze niejedną niespodziankę - mówi Tomala.

Jego start w Eugene był naznaczony cierpieniem. Miał problemy zdrowotne, a trener Grzegorz Tomala przed startem przyznawał, że nawet układ trasy jego podopiecznemu niezbyt sprzyja, bo obciąża bardziej kontuzjowaną nogę. Chód jest zaś konkurencją, gdzie nawet najmniejsze słabości potężnieją, skoro zawodnicy spędzają na trasie blisko dwie i pół godziny.

- Bolała noga, wszystko kumulowało się w dole podkolanowym, miałem też problemy żołądkowe. Był moment, kiedy zastanawiałem się, czy nie odpuścić, mogłem zejść z trasy. Gdybym próbował zaś podążać tempem głównej grupy, pewnie bym za nimi padł - mówi Tomala. Nie wiadomo jeszcze, czy weźmie udział w zaplanowanych na połowę sierpnia mistrzostwa Europy w Monachium.