Długo będzie się wspominać, jak Bolt przegrał ostatni bieg na 100 m z Gatlinem. Jak nowy mistrz świata kłaniał się w pas staremu, klękał przed nim, nawet ronił łzę, słuchając gwizdów i buczenia widzów. Londyńska publiczność wybrała bez wahania: ważniejszy jest uśmiech odchodzącego na sportową emeryturę rekordzisty świata z Jamajki niż sukces nawróconego grzesznika dopingowego. To będzie się pamiętać, nie wyniki (Gatlin – 9,92, Christian Coleman – 9,94, Bolt – 9,95) lub walkę na bieżni.

W tę sobotnią noc Bolt długo nie mógł się rozstać ze Stadionem Olimpijskim w Stratford. Wiele minut po biegu bratał się z kibicami, z rodakami, ale nie tylko.

– Udowodniłem, że jestem jednym z najlepszych sportowców. Porażka niczego nie zmienia. Zrobiłem, co mogłem, aby wesprzeć moją dyscyplinę, i sądzę, że stała się lepsza. Trudno się martwić, gdy dostało się od publiczności tak potężną energię. Gatlinowi powiedziałem, że dobrze się spisał, był lepszy – mówił mistrz z Jamajki. Jeśli porażka mu ciążyła, to naprawdę dobrze się maskował.

Organizatorom pozostało zmierzyć się z jeszcze jednym wyzwaniem: uroczystością wręczenia medali sprinterom na 100 m. W oficjalnym programie tę pozycję umieszczono w niedzielę o godz. 21, w dobrym czasie telewizyjnym, rozdzielała ciekawe wydarzenia sesji wieczornej. Działacze IAAF przesunęli jednak dekorację na 19.50, zapewne ulegając sugestiom, że w ten sposób ograniczą negatywne reakcje publiczności wywołane porażką Bolta i niesławą zwycięzcy.

Choć niektórzy dziennikarze oraz lekkoatleci apelowali, by tego nie czynić, można było śmiało zakładać, że gwizdy i buczenie będą towarzyszyć także wręczaniu złotego medalu Gatlinowi. Pamięć brytyjskich kibiców, choć kapryśna, jednak wciąż nie dopuszcza braw i akceptacji, gdy medal odbiera ktoś taki jak Gatlin. Zresztą sam szef IAAF lord Sebastian Coe dodał w BBC, że wydarzenia finału na 100 m to „najgorszy wynik dla sportu".

Pierwszy raz zdyskwalifikowano Gatlina na kilka miesięcy w 2001 r. po mistrzostwach USA juniorów za stosowanie amfetaminy, którą miał przyjmować od małego w lekarstwie na zaburzenia koncentracji. Druga dyskwalifikacja przyszła w 2006 roku, za stosowanie testosteronu. Miał być w maści wtartej podczas masażu pośladków.

Początkowo karą była ośmioletnia dyskwalifikacja, sprinterowi groził nawet dożywotni zakaz startów, ale uwzględniono okoliczności łagodzące. Gatlin poszedł na współpracę z władzami antydopingowymi, okazał skruchę i w 2007 roku wywalczył zmniejszenie kary o połowę. Kolejne odwołania nie dały efektu. Wrócił na bieżnię w 2010 roku. Ma dziś 36 lat, w swoim Brooklynie może jest sportowym bohaterem, w Londynie i paru innych miejscach świata – nie jest i nigdy nie będzie.

– Ci, którzy mnie kochają, i tak mnie wspierali. Rodacy i sąsiedzi. Na tym się koncentrowałem, nie na gwizdach. Usain inspirował mnie do tego, by być lepszym sprinterem, choć jestem starszy. Każdego roku chciałem być jego godnym rywalem. Mamy do siebie wiele szacunku. Nie ma między nami nienawiści, wręcz przeciwnie, żartujemy, byliśmy tu na wspólnej imprezie. Przez milisekundę przebiegła mi w Londynie myśl, że teraz się wycofam, ale mój syn powiedział, że chce mnie widzieć na igrzyskach w Tokio. Będę tam biegał – mówił mistrz świata 2017. Spotkają się jeszcze z Boltem za niespełna tydzień w sztafecie 4x100 m.

Wczesną atrakcją pierwszej niedzieli mistrzostw świata były maratony. Po raz pierwszy oba rozegrano jednego dnia (panowie pobiegli w południe, panie po południu), na tej samej trasie ze startem i metą na Tower Bridge, w scenerii pocztówkowej. Biegaczy i biegaczki poprowadzono 10-kilometrową pętlą obok Tower, Westminsteru, budynku Guildhall, katedry św. Pawła, po bulwarach nad Tamizą, także obok siedziby Bank of England.

Widzowie dostali dodatkowe (darmowe) trybuny w kilku szczególnie atrakcyjnych miejscach. Uroczystość wręczenia maratońskich medali po raz pierwszy wyprowadzono ze stadionu. Można było oglądać, jak Kenia po staremu rządzi ulicznym bieganiem – złote medale zdobyli Geoffrey Kipkorir Kirui (2:08.27) i reprezentująca Bahrajn Rose Chelimo (2:27.11). Izabela Trzaskalska i Katarzyna Kowalska – polskie uczestniczki maratonu – przybiegły na metę na moście odpowiednio na 23. i 36. pozycji.

Polska ekipa czekała w niedzielę na wieczorny finał kulomiotów z udziałem Michała Haratyka i Konrada Bukowieckiego, także na półfinałowe biegi na 800 m Adama Kszczota, Marcina Lewandowskiego i Michała Rozmysa.

Potrzeba pierwszego zauważalnego sukcesu Polaków bardzo wzrosła. Wprawdzie eliminacje nie wyglądają źle, m.in. w niedzielę awansowali do wtorkowego finału tyczkarze Piotr Lisek i Paweł Wojciechowski (skoczyli po 5,70 – poziom był niezły), inni też się starają, jednak nie wywołały biało-czerwonej euforii sobotnie starty dyskoboli. Rzuty Piotra Małachowskiego (65,24 m i 5. miejsce) i Roberta Urbanka (64,15 i 7. pozycja) były tylko solidne. Aby mierzyć się z nowym mistrzem Andriusem Gudzisem z Litwy lub wicemistrzem ze Szwecji Danielem Stahlem, trzeba było rzucać powyżej 69 metrów.

– Nie jestem zły na wynik, tylko na to, że nie walczyłem w kole. Trzy tygodnie temu wziąłbym piąte miejsce w ciemno. Jednak poczekajmy, młodsi dali show, może za rok, za trzy, wygra ktoś inny. Nie jesteśmy maszynami, czasem trzeba dać krok w tył, by zrobić dwa do przodu, a ja wciąż chcę być mocny w Tokio – mówił Małachowski, mistrz świata sprzed dwóch lat.

W poniedziałek o godz. 20 czasu polskiego zobaczymy finał rzutu młotem kobiet. W tej konkurencji prognozy są jasne: Anita Włodarczyk pokazuje, jak rzuca się metalowym sprzętem poza linię 80 metrów, Malwina Kopron i Joanna Fiodorow walczą z pozostałą dziewiątką o drugie miejsce. Taki podział zadań nie rodzi w Londynie wielkiej dyskusji, przewaga rekordzistki świata nad resztą wydaje się za duża, by, nawet z przekory, proponować inne rozwiązania.