Najpierw niósł flagę (z pływaczką Joanną Mendak) podczas ceremonii otwarcia. Nadaje się na chorążego, bo nie wierzy w klątwy. U paraolimpijczyków nie działają. Poza tym to zaszczyt – a on lubi być doceniany. I jest ambitny, nawet trochę nadmiarowo, jak kiedyś stwierdził psycholog, któremu przyznał, że nie cieszy go złoto bez rekordu świata.

Złoty medal igrzysk w Londynie zdobył względnie łatwo. Był już wtedy mistrzem świata, pierwszy z czterech tytułów zdobył rok wcześniej w Nowej Zelandii, zobaczył wtedy największych przeciwników. Zobaczył i pokonał. Strachu nie było, on doskakiwał już do poziomu 2,16 m, rywale nie dawali rady przeskoczyć 1,95 m.

Konkurs na Stadionie Olimpijskim w Londynie wygrał wynikiem 2,12 m, to był jego pierwszy rekord globu (w paraolimpizmie oficjalne rekordy notuje się tylko na imprezach z kalendarza Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego).

Skoczył tyle, kiedy już wiedział, że wygrał i chodziło tylko o to, by pokazać kilkudziesięciu tysiącom widzów, co się potrafi. Potem musiał jedynie trochę opanować rosnącą euforię.

W Rio nie było już tak łatwo, rywale go doganiali, co mobilizowało mistrza do treningów w środku zimy, gdy niełatwo było wyjść z ciepłego domu w Gorzowie Wielkopolskim i jechać 100 km do Szczecina lub Poznania.

W Brazylii poczuł presję większą niż zwykle, każdy wieszał mu drugie złoto na szyi i oczywiście dodawał rekord, jakby to była zwykła sprawa. A miał z kim przegrać. Głównym rywalem był Brytyjczyk z wynikiem 2,15. Lepiato przesunął wtedy rekord do granicy 2,19 m, a potem pomyślał, że trzeba jeszcze zrobić show.

Poprosił sędziów o 2,30 – tyle nie skacze wielu mających zdrowe dwie nogi. Sam był trochę zdziwiony, gdy zobaczył, jak niewiele mu zabrakło w pierwszym skoku.

Jego niepełnosprawność jest wrodzona. Podobną ma ojciec. Maciej urodził się w 1988 roku z nogą lewą krótszą od prawej. Lekarze w Poznaniu zrobili co mogli: gdy maluch miał dwa miesiące, jego lewa stopa została fachowo złamana przez chirurga, następnie złożona ponownie. Potem przez pół roku miał w nodze sporo drutów.

Na wózku nie wylądował, o kulach też nie musi chodzić, bólu nie ma, ale dziś między lewą a prawą nogą pozostaje różnica 5 cm. Oznacza to w stosownej klasyfikacji międzynarodowej kategorię F46 – sportowcy po amputacji lub z niedorozwojem kończyn (na igrzyskach – T44).

Sport lubił od zawsze, ale fachowe treningi lekkoatletyczne zaczął późno, dopiero w liceum, gdy miał 18 lat. Trafił jednak na trenerów z wiedzą i pasją. Krzysztof Borek i Jarosław Miśko prowadzili go z początku ostrożnie i dzięki temu nawet teraz, mając 33 lata, wciąż może mówić, że ma jeszcze rezerwy. Od lat pracuje z trenerem Zbigniewem Lewkowiczem w gorzowskim Starcie.

Tytuły mistrza świata, Europy i Polski zdobywał seryjnie, w 2013 roku dodał brąz mistrzostw świata w skoku w dal (6,49), ale z tej specjalności zrezygnował, gdy zobaczył, jak daleko skaczą ci, którzy mają tytanowe sprężynujące protezy.

Natomiast w skoku wzwyż dość szybko postanowił mierzyć się także ze skoczkami pełnosprawnymi. Rekord życiowy ustanowił w 2013 roku podczas międzynarodowego mityngu w Opolu. Ze zdrowymi. Skoczył 2,22 m – to był wówczas czwarty wynik w Polsce. Odpadł na 2,26, trener Lewkowicz powtarzał potem, że tę wysokość też mógł przeskoczyć.

Wyprzedziło go czterech rywali, w tym jeden krajowy, wygrał mistrz olimpijski z Tokio, Katarczyk Mutaz Essa Barshim, którego trener Stanisław Szczyrba często brał na zawody do Polski. Maciej Lepiato miał już wtedy brązowy medal z halowych „zwykłych" mistrzostw Polski, po roku dorzucił drugi.

Jeszcze więcej rozgłosu dał mu start w mistrzostwach kraju na otwartym stadionie w 2018 roku. Też był trzeci, ale dla wielu także pierwszy, bo nigdy wcześniej żaden niepełnosprawny lekkoatleta w Polsce nie zdobył takiego medalu, rywalizując z pełnosprawnymi.

Pod wieloma względami im nie ustępuje: motorykę i skoczność ma znakomite. Inny jest tylko rozbieg. Niekiedy żartuje, że biega do odbicia jak koń, bo lewą nogę, tę krótszą, z trudem wyrównywaną za pomocą sztuczek z butem, też trzeba jakoś przenieść nad poprzeczką.

Gdyby robili gdzieś lekkie i wygodne pojedyncze buty dla takich jak on, wierzy, że skoczyłby nawet te mityczne 2,30. Bez specjalnego buta radzi sobie sposobami – bierze obuwie oszczepnika, dokleja plastrem podeszwy. Oprócz buta przydałby się też stadion w Gorzowie, by na treningi było bliżej. I poprawa techniki, bo tam wciąż są spore rezerwy.

Kryzys miał jeden, ale groźny. W czerwcu 2019 roku w Sulęcinie zerwał ścięgno Achillesa w prawej nodze, w pierwszych zawodach dających kwalifikację do Tokio. Zaliczył 2,14, ale gdy rozpoczynał rozbieg na 2,17 poczuł ból. Przeszedł dwie operacje, lekarze nie bardzo wierzyli, że wróci na skocznię. Wrócił, w maju został znów mistrzem Polski, na początku czerwca mistrzem Europy w Bydgoszczy.

Pandemia w sumie mu pomogła, zyskał rok na rehabilitację i treningi. Mając wsparcie PKN ORLEN, wierzy w trzecie złoto w Tokio, choć tym razem ma nie pierwszy, lecz drugi wynik na świecie – 2,08.

Miał być stomatologiem, został magistrem wychowania fizycznego i zawodowym sportowcem, który potrafi utrzymać rodzinę: żonę i syna. Jak nie trenuje lub startuje, to z zapałem zbiera grzyby. Na pytanie o życzenia zawsze odpowiada: zdrowia. Z resztą sobie poradzi.