Ostatnim polskim biegaczem, który wywalczył medal na igrzyskach, był w 1980 roku Bronisław Malinowski (złoto na 3000 m z przeszkodami). Dojrzewały i gasły pokolenia, aż przyszli oni. Chyba Polakom, a nie ozłoconemu chwilę wcześniej szwedzkiemu dyskobolowi Danielowi Stahlowi organizatorzy zagrali przed biegiem hity Abby: „The Winner Takes it All" i „Dancing Queen".

To był zwiastun nieoczekiwanego, choć podobno przed biegiem trenerzy Aleksander Matusiński (kobiety) i Marek Rożej (mężczyźni) z indywidualnych czasów wyliczyli swoim podopiecznym właśnie złoto.

Karol Zalewski, Natalia Kaczmarek, Justyna Święty-Ersetic i Kajetan Duszyński pokonali najlepsze sztafety świata, lista zwycięzców jest jednak zdecydowanie dłuższa. Medal wypracowali także ci, którzy walczyli w kwalifikacjach, czyli Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik i Dariusz Kowaluk.

– Chcieliśmy wziąć ich zdjęcia na podium, ale organizatorzy w ostatniej chwili nam tego zabronili, grożąc dyskwalifikacją – mówi Zalewski. Troje mistrzów olimpijskich oglądało więc dekorację z trybuny prasowej i to wbrew protestom japońskich wolontariuszy. Medale też dostali, tylko później.

Doktor i abstynent

Polacy wygrali, bo mają głębię składu, o jakiej może tylko marzyć wiele lekkoatletycznych potęg. Trenerzy między eliminacjami i finałem wymienili w sztafecie troje zawodników, a i tak oba składy biły rekordy Polski.

Walczyła na bieżni czwórka, ale tuż przed startem najgłośniej było słychać krzyk Baumgart-Witan. Dotarł wyraźnie do najwyższych rzędów trybun. Później najgłośniej cieszył się Duszyński, który najpierw pędził po ostatniej prostej z lekko przymkniętymi oczami, a później w szale radości – niczym piłkarze – założył koszulkę na głowę.

Na bieżni porwał się na misję niemal niemożliwą, czyli starcie z rywalami, wśród których każdy miał rekord życiowy lepszy od jego. Zaatakował na wyjściu z ostatniego łuku, zostawił za plecami m.in. Amerykanina Vernona Norwooda. Tego samego, którego na ostatniej prostej podczas halowych mistrzostw świata w Birmingham (2018) wyprzedził Jakub Krzewina.

Amerykanów w finale w ogóle miało nie być, bo w eliminacjach przekazali pałeczkę poza strefą. Komisja odwoławcza uznała jednak, że to błąd sędziów i przywróciła sztafetę USA do finału. Protestowali wszyscy, a Holendrzy zapowiedzieli nawet pozew sądowy.

– Dzięki temu, że biegli w finale, medal smakuje lepiej – podkreśla jednak Zalewski i przypomina, jak podczas tamtych halowych mistrzostw świata rywale zza oceanu po porażce spuścili głowy. – Nie chcieli wejść na podium, nie gratulowali nam. Po prostu nie potraktowali nas poważnie. Dobrze, że teraz zachowali się zupełnie inaczej – mówi.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Nasi mistrzowie dotarli do wioski po drugiej w nocy. Podobno czekało na nich kilku trenerów, śpiewali na powitanie. – Ciężar tego medalu poczułem dopiero, kiedy zawisł na szyi. Jest sumą wszystkich stresów, poświęceń i wyrzeczeń – nie kryje Zalewski.

On jest łącznikiem między zespołem halowych rekordzistów świata z Birmingham a nową falą. Poświęcił się dla sportu całkowicie, jest stuprocentowym abstynentem. Postawił na biegi, choć kiedyś był stoperem w piłkarskim zespole Orlęta Reszel.

Duszyński trzy lata temu wrócił z Birmingham bez medalu, bieg kolegów oglądał z trybun. Dużo czasu poświęcał wówczas studiom. Skończył biotechnologię, robi doktorat z krystalografii białek, do Tokio zabrał ze sobą „Biografię raka". Jeszcze godzinę po biegu jakby z niedowierzaniem chował twarz w dłoniach.

Zaczął wolno, żeby zaatakować rywali w połowie dystansu. Kiedy ktoś zażartował, że najwyraźniej ma taki zmysł do biegania, jak czterokrotny mistrz olimpijski Amerykanin Michael Johnson, odparł przytomnie: – Jaki kraj, taki Johnson.

Dogonili świat

Święty-Ersetic myślała, że z igrzysk nic nie będzie. Urazy omijały ją przez cztery lata, aż odezwał się mięsień czworogłowy. 400-metrowcy to ludzie z tytanu, ale zimą płakała z bólu. – Był moment, że postawiłam na sobie krzyżyk – mówi.

Wydawało się, że podczas biegu przeżyła chwilę grozy. Kiedy odbierała pałeczkę, tuż przed nią przebiegła kończąca swoją zmianę Dominikanka. Zderzenie było o krok, ale nasza zawodniczka robi wielkie oczy i przyznaje: – Byłam tak skupiona na swoim zadaniu, że nawet nie zdałam sobie z tego sprawy.

Święty-Ersetic, Baumgart-Witan czy Hołub-Kowalik do sukcesów dojrzały późno. Podobno ustawiły się kiedyś w kolejce po talent do pracy, a nie do biegania. Kaczmarek jest ulepiona z innej gliny, jej talent rozwija się harmonijnie. Cały czas rośnie: od sukcesów w zawodach młodzieżowych, przez drugoplanową rolę w sztafecie, aż do Tokio, gdzie zaczęła grać pierwsze skrzypce.

– Kiedy zobaczyłam, jakie powitanie miały po srebrnym medalu wioślarki, od razu pomyślałam, że też tak chcę – mówi.

Podobno po drodze do złota pomógł nie tylko talent, ale i małe gusła. Polki natarły się przed biegiem medalami koleżanek. To popularny przesąd. Teraz pozwolą użyć swoich medali kolegom, a ich zdjęcia jako inspiracja zawisną na parterze polskiego budynku w wiosce, tuż obok wioślarek.

Sztafeta mieszana jest na igrzyskach, bo Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) dąży do równości. Sukces Polacy odnieśli w konkurencji młodej, mikst na wielkiej imprezie zadebiutował dopiero podczas mistrzostw świata w Dausze (2019). Tam trenerzy kazali Święty-Ersetic biegać z mężczyznami, do podium zabrakło pół sekundy.

Martwiliśmy się wtedy, że mamy w Polsce dziewczyny na medal, ale z formą nie dojeżdżają panowie. Depresję pogłębiła wiosna, kiedy męska sztafeta była zaledwie dziewiąta w zawodach World Relays. Dziś wiadomo, że problemem była nie tylko forma, ale i sprzęt. – Świat nam trochę uciekł. Nowe buty dostaliśmy miesiąc temu i zaczęliśmy bić rekordy życiowe na treningach. Podobno trenerzy nie mogli uwierzyć w to, co pokazywały stopery. Musieliśmy ich przekonywać, że to wcale nie stadion jest mały, tylko buty szybkie – mówi Zalewski.

Mistrz olimpijski wyjaśnia, że w tym nowym modelu podeszwa jest bardziej twarda, a góra miękka, co tworzy coś na kształt sprężyny bądź trampoliny. Kaczmarek podkreśla, że rewolucyjny sprzęt pomógł jedynie wyrównać szanse, bo w finale wszyscy mieli taki sam.

– Ludzie na kontraktach z firmami obuwniczymi mieli jednak do niego dostęp wcześniej, a my nie. To był w przygotowaniach prawdziwy game changer – mówi Duszyński. Nasi biegacze prestiżowych umów nie mają, więc sprzęt kupili sobie sami.

Oszaleć jak Włosi

Niewykluczone, że właśnie dzięki tym butom obejrzeliśmy świetny finał biegu na 100 metrów kobiet. Podium obsadziły Jamajki, a rekord olimpijski pobiła Elaine Thompson-Herah (10,61). Rywalizację mężczyzn o zagospodarowanie spuścizny po Usainie Bolcie wygrał Marcell Jacobs (9,80), czyli Włoch urodzony w El Paso, który dopiero w tym roku złamał granicę dziesięciu sekund.

W sobotę w finałowym biegu na 100 m kobiet całe podium było jamajskie. Wygrała i obroniła tytuł z Rio Elaine Thompson, druga była Shelly-Ann Fraser-Pryce, a trzecia Shericka Jackson.

Pierwszy z gratulacjami do Jacobsa pospieszył jego rodak, triumfator skoku wzwyż Gianmarco Tamberi (złotym medalem podzielił się z wychowanym przez Stanisława Szczyrbę Katarczykiem Mutazzem Isą Barshimem). Chwilę wcześniej 26-letni rekord świata w trójskoku pobiła Wenezuelka Yulimar Rojas (15,67 m).

My wcześniej wylewaliśmy nie tylko łzy radości, ale i smutku, bo karierę sportową zakończył Piotr Małachowski. Dwukrotny wicemistrz olimpijski wystartuje jeszcze na początku września podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej, ale to będzie już tylko benefis. Tego samego dnia, kiedy po raz ostatni wypuści dysk pod niebo, pierwszy raz rzut odda jego syn Henio.

Małachowski zakończył rywalizację w Tokio na kwalifikacjach – tak samo jak podczas mistrzostw świata w Dausze (2019) i mistrzostw Europy w Berlinie (2018). Wstawał z kolan i ładował baterie, bo energię dało mu olimpijskie marzenie, ale nawet jemu wyczerpały się siły.

– Szkoda tak żegnać się ze sportem, ale nie żałuję. Żałowałbym, gdybym tu nie przyjechał – podkreśla Małachowski i choć przegrał, to jednak się uśmiecha. – Jestem spełniony. Mam żonę, syna, do tego dwa medale olimpijskie. Chciałbym wreszcie zjeść z rodziną śniadanie, pojeździć na rowerach. Muszę wreszcie odpocząć. Mam już 38 lat, czas zrobić miejsce młodszym.

Dyskobol po rozmowie z dziennikarzami oddał mikrofon siedzącej obok Joannie Jóźwik, która długo walczyła z urazem biodra, przez pięć lat wylała chyba tyle samo potu, co łez. Zdrowia wystarczyło na półfinał, choć na starcie zabrakło uzbrojonych w podwyższony testosteron biegaczek z Afryki, które w Rio zabrały jej szanse na medal.

Patryk Dobek to polska sensacja roku. Były płotkarz, którego do biegania na 800 metrów przekonał trener Zbigniew Król, powalczy w olimpijskim finale. Całkiem możliwe, że takiego instynktu do rywalizacji na tym dystansie – czucia przestrzeni, sprytu w walce przy krawężniku – nie miał w dziejach polskiego sportu jeszcze nikt. Bieg finałowy w środę.