Każdy koszykarz marzy, by zagrać w NBA. Jeremy Sochan, syn wychowanki warszawskiej Polonii Anety Sochan, spełnił to marzenie. Urodził się w Stanach, dorastał w Anglii, w drafcie NBA został wybrany z bardzo wysokim 9. numerem przez San Antonio Spurs. Prowincjonalne miasto z Teksasu ma świetnie zarządzany klub z legendarnym trenerem Greggiem Popovichem, który jest dla zawodników jak ojciec (choć raczej surowy ojciec, piszemy o tym w ostatnim numerze magazynu „Plus Minus”). To idealne środowisko dla 19-latka.

Jak wykorzysta swoją szansę, zależy już tylko od niego. Patrząc na jego umiejętności, determinację, ale też pokorę, wydaje się, że jest na dobrej drodze do dużej sportowej kariery. Spurs dokonują totalnej przebudowy, więc Sochan powinien dostawać szanse gry. W spotkaniach przedsezonowych prezentował się więcej niż poprawnie, chwalił go nawet nieskory do pochwał Popovich. O NBA będzie więc w Polsce znowu nieco głośniej.

Czytaj więcej

NBA. Sochan będzie uczył się od mistrza

Nokaut na treningu

Kto powalczy o mistrzostwo? Zwycięzcy z ubiegłego sezonu Golden State Warriors znowu są silni, choć mają też kłopoty: Draymond Green znokautował (dosłownie) na treningu Jordana Poole’a, a nagranie wyciekło do mediów. Green został ukarany finansowo i odsunięty od drużyny (oficjalnie sam się odsunął), ale szybko wrócił i w klubie będą chcieli zapomnieć o sprawie.

Trener Steve Kerr przyznał jednak, że jeszcze nie miał do czynienia z takim kryzysem. Green, porównywany czasami do Dennisa Rodmana, tym razem przesadził. Kerr jednak już udowodnił, że jest świetnym trenerem, a Warriors to drużyna dobrze ułożona, z gwiazdami, jak Stephen Curry i Klay Thompson. Każdy wynik inny niż obrona mistrzowskiego tytułu będzie dla klubu z San Francisco rozczarowaniem.

Do jeszcze większej draki doszło w Boston Celtics. Trener Ime Udoka został zawieszony przez klub na cały sezon za romans z pracownicą klubu. Sprawa jest dość tajemnicza, ale przepisy w NBA są bardzo rygorystyczne i boleśnie przekonał się o tym trener, który był architektem niespodziewanego ubiegłorocznego sukcesu, jakim był występ w finałach.

Zastąpił go dotychczasowy asystent Joe Mazzulla. Powinien sobie poradzić, bo ma do dyspozycji świetny zespół z młodym, a już znakomitym Jaysonem Tatumem na czele, ale w decydujących momentach doświadczenie trenera może mieć znaczenie. A Mazzulla ma 34 lata i po raz pierwszy poprowadzi klub w NBA.

W tej sytuacji wyżej należy ocenić szanse Milwaukee Bucks prowadzonych na parkiecie przez Giannisa Antetokounmpo. Grecy zawiedli na EuroBaskecie, Giannis mocno to przeżył, w przegranym ćwierćfinale z Niemcami był bezradny. Będzie chciał się odkuć w NBA, ma dopiero 27 lat, jest najlepszym koszykarzem na świecie, indywidualnie nie do zatrzymania. Skład drużyny nie zmienił się zbytnio w porównaniu z tym, który dwa lata temu wygrał ligę, więc Bucks są w ścisłym gronie faworytów do tytułu.

W Konferencji Wschodniej bardzo silni są także 76-ers. W Filadelfii od lat budują potęgę. Najważniejszym elementem tej układanki jest wielki środkowy, Kameruńczyk Joel Embiid. Jeśli James Harden da mu takie wsparcie, jak powinien, 76-ers będą się bić o najwyższe cele. Oczekiwania w Filadelfii są zawsze ogromne, kibice są tam wymagający i spragnieni mistrzostwa, na które czekają od 1983 roku.

Imponujący sportowy potencjał jest też na Brooklynie, ale nie ma takiego mądrego, który by przewidział, co z tego wyniknie. W poprzednim sezonie była wielka klapa. Kevin Durant chciał zmieniać trenera, a nawet generalnego menedżera. Ostatecznie do tego nie doszło, a dziś trener Steve Nash robi dobrą minę do złej gry i mówi, że problemy są w każdej rodzinie.

Ma rację, ale w rodzinie Nets jest ich bardzo dużo. Ben Simmons był obrażony na cały świat i długo nie grał. Nie wiadomo, co wymyśli Kyrie Irving, przeciwnik szczepień i zwolennik teorii o płaskiej ziemi. Nets są w stanie wygrać z każdym oraz przegrać sami ze sobą.

Czas spłacić dług

Na Zachodzie pytanie znowu brzmi, czy ktokolwiek będzie w stanie zatrzymać Warriors, i wydaje się, że to mało prawdopodobne. Nawet mimo wspomnianych już kłopotów w klubie, który w ostatnich latach wygrywał ligę cztery razy.

Największe szanse, by się Warriors postawić, mają Los Angeles Clippers. Czas, by Kawhi Leonard i Paul George odwdzięczyli się za olbrzymie pieniądze, jakie zainwestował w klub miliarder Steve Ballmer. Obaj wreszcie są zdrowi i jeśli tak pozostanie, Clippers będą faworytem nr 1 do pokrzyżowania szyków obrońcom tytułu.

Odmienne nastroje panują u słynnych sąsiadów zza między, czyli Lakers: co prawda LeBron James ciągle jest wielki (w grudniu skończy 38 lat), będzie bił kolejne historyczne rekordy, ale nawet kibice Lakers nie spodziewają się sukcesów. Niewydolny układ, który zupełnie zawiódł w poprzednim sezonie, nie został zmieniony, więc nic nie wskazuje, by w tym miał zadziałać. Anthony Davis, a zwłaszcza Russell Westbrook nie wydają się zdeterminowani do gry o najwyższe cele.

Silni pozostają Phoenix Suns z Devinem Bookerem i Chrisem Paulem, ale tu też na wyniki mogą mieć wpływ sprawy pozaboiskowe. Na jaw wyszły rasistowskie i seksistowskie zachowania właściciela klubu Roberta Sarvera. Biznesmen został ukarany przez ligę finansowo oraz zawieszony, ale w końcu zdecydował się na sprzedaż Suns.

Duże aspiracje i takież możliwości mają Denver Nuggets. Serb Nikola Jokić, dwukrotny MVP rozgrywek, pożegnał się z EuroBasketem jeszcze szybciej niż Giannis, więc też ma coś do udowodnienia. Do gry wrócili kluczowi zawodnicy, którzy będą dla niego największym wsparciem. W Denver nic nie słychać o konfliktach, i to może być klucz do sukcesu.

Imponujący, szalenie efektowni i młodzi – Ja Morant i Słoweniec Luka Doncić (kolejny wielki przegrany z EuroBasketu) – chyba jeszcze nie będą w stanie poprowadzić swoich drużyn – odpowiednio Memphis Grizzlies i Dallas Mavericks – na szczyt, ale na pewno mogą sporo namieszać. A poza tym ich gra dostarcza prawdziwej frajdy. Po kontuzji wraca wielki (także dosłownie) Zion Williamson, więc New Orleans Pelicans też spróbują postawić się faworytom.

Ciekawy eksperyment będziemy oglądać w Minnesocie. Obok siebie zagrają dwaj znakomici wysocy zawodnicy: Karl-Anthony Towns i ściągnięty przed sezonem Rudy Gobert. Kiedyś nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale dziś taki pomysł zdaje się skazany na niepowodzenie: tak się w dzisiejszej NBA nie gra, gracze podkoszowi stracili na znaczeniu. Jeśli eksperyment się powiedzie, to może nastąpi jakieś przewartościowanie w lidze opętanej rzutami za trzy punkty.

Jest sporo kandydatów do wygrywania, ale również do przegrywania: im gorszy wynik na koniec sezonu, tym większe szanse na wybór najlepszych młodych koszykarzy w drafcie. A w przyszłym roku numerem jeden będzie najprawdopodobniej wyjątkowy Francuz Victor Wembanyama, o którym mówi się tak dużo, jakby już teraz był gwiazdą NBA. Fenomen 18-latka polega na tym, że mierzy 220 cm wzrostu, a porusza się z lekkością rozgrywającego i świetnie rzuca z dystansu.

Z wtorku na środę dwa mecze, od razu wagi ciężkiej: Celtics zagrają z 76-ers, a Warriors z Lakers. Transmisje NBA po raz kolejny będzie można oglądać na antenie Canal+. Szkoda tylko, że już bez Wojciecha Michałowicza, który komentował je przez kilkanaście lat.

Autor jest dziennikarzem „Kroniki Beskidzkiej”