W rozegranym w piątek nad ranem polskiego czasu szóstym meczu finałów Golden State Warriors byli zdecydowanie lepsi od Boston Celtics, a całą finałową rywalizację wygrali 4:2, zwyciężając w trzech ostatnich spotkaniach. Gdy wybrzmiała kończąca mecz syrena, zawodnicy drużyny z San Francisco rozpoczęli świętowanie. I tylko Stephen Curry nie krył łez, które pokazywały, jak dużo znaczy dla niego kolejny tytuł.

– Na początku nikt na nas nie stawiał – powtarzał chwilę później w telewizyjnym wywiadzie, bo rzeczywiście, przed sezonem Warriors nie byli faworytami. Kibice z Bostonu szybko opuścili halę, schowali się też smutni zawodnicy Celtics, drużyny o wielkich tradycjach, z 17 mistrzowskimi tytułami na koncie.

Steve Kerr jest tak samo mądrym trenerem Warriors, jak był mądrym koszykarzem Chicago Bulls

Nie powinni jednak przesadzać z tym smutkiem, awansowali do finałów, czego – podobnie zresztą jak w przypadku Warriors – mało kto się spodziewał, i są na dobrej drodze, by znaleźć się w decydującej rozgrywce także w najbliższej przyszłości.

Mają młody, utalentowany zespół, który już jest bardzo mocny, a może być jeszcze mocniejszy. Jayson Tatum, jego największy gwiazdor, rozczarował w finałach, ale znając jego podejście, można się spodziewać, że to zmotywuje go do jeszcze cięższej pracy. Ma 24 lata, wszystko przed nim.

To już dynastia

Czwarte w ostatnich latach mistrzostwo Warriors (poprzednie w 2015, 2017 i 2018 roku) oznacza, że mamy do czynienia z dynastią, drużyną, która dominuje przez lata. Najsłynniejsze dynastie w historii NBA to Boston Celtics z lat 60. (prowadzeni przez legendarnego trenera Reda Auerbacha), Los Angeles Lakers z lat 80. (era Showtime firmowana przez Magica Johnsona) i Chicago Bulls z lat 90. (Michael Jordan, Scottie Pippen, Dennis Rodman). Ci ostatni uruchomili w Polsce szał na koszykówkę. Kozłowano na ulicach i placach, a tablice z koszami, często prowizoryczne, były wieszane nawet na wiejskich podwórkach.

MVP finałów został Stephen Curry

Wracając do dynastii: regułą jest, że jeden wybitny koszykarz to za mało, nawet Jordan sam sobie nie poradził, a skoro tak, to potrzeba też mądrego trenera, który umie pogodzić indywidualności.

Steve Kerr jest takim mądrym trenerem, tak jak kiedyś był mądrym koszykarzem. Wtedy był częścią dynastii Bulls, specjalistą od rzutów za trzy, kolegą Michaela Jordana, choć z tym bywało różnie. Jego bójka z Jordanem na treningu przeszła do historii – obaj opowiadali o niej w słynnym serialu „Last Dance”, o ostatnim mistrzowskim sezonie Byków.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Bójka była o tyle niezwykła, że Kerr to nadzwyczaj spokojny człowiek. Tamta sytuacja pokazała jednak, że nikomu nie daje sobą pomiatać. W tym roku dał do zrozumienia, że są rzeczy ważniejsze niż sport. Nie wytrzymał na przedmeczowej konferencji prasowej, która odbywała się po strzelaninie w Teksasie, i mocno wypowiedział się przeciwko dostępowi do broni palnej.

Wielki Stephen Curry

MVP finałów został Stephen Curry i wbrew temu, co pisali niektórzy dziennikarze sportowi, to też jest bardzo ważne. Bo właśnie w ten sposób przechodzi się do historii, udowadnia swoją wielkość. W poprzednich trzech finałach Curry nie był najważniejszym graczem, nie rozgrywał spektakularnych meczów i indywidualne nagrody zdobywali inni: najpierw niespodziewanie Andre Iguodala, a potem superstrzelec Kevin Durant (dwukrotnie).

Tym razem nie było jednak żadnych wątpliwości, że Curry jest najlepszy. W najważniejszym czwartym meczu (przegrana Warriors oznaczałaby, że Celtics są o krok od mistrzostwa) rzucił 43 punkty, w pozostałych spotkaniach – około 30 punktów. Rywale nie znaleźli sposobu, żeby go zatrzymać.

To właśnie Stephen Curry jest najlepszym symbolem tego, jak bardzo zmieniła się NBA – z twardej rywalizacji gigantów pod koszami w strzelaninę zza linii trzech punktów.

Gra przeniosła się na obwód, dziś wszyscy rzucają za trzy, choć nie wszystkim się to podoba. Świetny trener Gregg Popovich (szkoleniowiec San Antonio Spurs) powiedział kiedyś, że to przestaje mieć sens, nic innego się nie liczy, wygrywa ten, kto trafi więcej trójek. Porównał to do cyrku, ironizował, że może trzeba też wprowadzić rzuty za cztery i pięć punktów.

Ale Popovich jest ze starej szkoły, wygląda raczej na to, że trójek będzie coraz więcej. Kilka lat temu w finałach Konferencji Zachodniej zawodnicy Houston Rockets nie trafili 27 rzutów za trzy z rzędu, ale próbowali dalej.

Curry też rzuca bez opamiętania, tyle że on robi to perfekcyjnie (choć też miewa gorsze dni – w piątym meczu finałów nie trafił żadnego z 9 rzutów za trzy), ogląda się go z przyjemnością.

Inna sprawa, że nie jest tylko egzekutorem trójek. Ma wspaniałą technikę, potrafi z gracją przedostać się pod kosz, zaczarować rywali, znaleźć na parkiecie kolegów w niemożliwych sytuacjach i przekazać im piłkę w nieoczywisty sposób. Sam też bardzo się zmienił, nabrał masy mięśniowej i wygląda jak atleta. To sprawiło, że poprawił się i w obronie, i w ataku. Ma 34 lata i wygląda na to, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, podobnie jak cała drużyna ze stanu Kalifornia.

Kibice się cieszą

A jeszcze dwa lata temu Warriors byli na dnie. Dosłownie: byli najgorszą drużyną ligi. Rozbici  kontuzjami (przede wszystkim Curry’ego i Klaya Thompsona), osłabieni odejściem Kevina Duranta, znaleźli się na samym dole tabeli.

Wrócili w imponującym stylu. Curry i Thompson, nazywani Splash Brothers (splash oznacza w tym przypadku charakterystyczny trzepot siatki po czystym rzucie za trzy) grają w Warriors od początku swojej przygody z NBA. Są przyjaciółmi, co w świecie wielkich pieniędzy i przerośniętych ego nie jest naturalne. Nie są typowymi sportowymi celebrytami, dla których najważniejsza jest popularność w mediach społecznościowych.

Przez całą swoją karierę w Warriors gra również Draymond Green, dobry kumpel „braci”, a przy tym boiskowy rozrabiaka, który nieco starszym kibicom przypomina Dennisa Rodmana. Trzon mistrzowskiej drużyny tworzą więc zawodnicy, którzy trafili do niej w drafcie i pozostali jej wierni.

Tak samo jest w przypadku Boston Celtics. I to te zespoły dotarły do finału, a nie gwiazdorskie ekipy zbudowane na transferach za wielkie pieniądze – jak Los Angeles Lakers z LeBronem Jamesem (nawet nie weszli do play-offs) czy Brooklyn Nets z Kevinem Durantem (w pierwszej rundzie play-offs właśnie ich rozbili Celtics).

Komisarz ligi NBA Adam Silver nie ukrywał satysfakcji z tego powodu. Cieszą się też kibice, którzy chcieliby, żeby zawodnicy wiązali się z klubami na całe życie, a nie odchodzili tam, gdzie dostaną większe pieniądze. Nadzieja, że tak będzie, jest raczej złudna, ale tegoroczne rozstrzygnięcia pozwalają przynajmniej na chwilę nią żyć.

 

Autor jest dziennikarzem „Kroniki Beskidzkiej”