rp.pl: Dzięki wyczynowi w kamieniołomie niedaleko niemieckiego Bike Parku Idarkopf wpisał się pan właśnie do historii freestyle’owego kolarstwa górskiego. Czy poczwórny tailwhip to najtrudniejsza ewolucja w pana życiu?

Dawid Godziek: Może nie jest to najbardziej skomplikowana ewolucja, ale wymaga odpowiednio dużej skoczni za czym idzie niebezpieczeństwo. Wysokość, która była potrzebna do wykonania czterech obrotów, to około osiem metrów nad ziemią. 

Tuż po skoku narzekał pan na to, że odcierpiał go pan fizycznie. Co konkretnie panu dolega?

Impakt podczas lądowania był tak duży, że każde niedokładne ustawienie na przykład stóp na pedałach wiązało się z ogromnym bólem. Aby wylądować ten trik potrzebowałem czterech prób, więc trzy nieudane skoki wystarczająco dały mi w kość. Konkretnie ucierpiała moja prawa kostka, na szczęście to nic poważnego.

Ale pana starszy brat Szymon mówił mi kiedyś, że po latach nauczyliście się upadać w sposób kontrolowany. Jak jeszcze zabezpieczacie się przed kontuzjami?

Odpowiednim przygotowaniem fizycznym. Wzmacnianie stawów to podstawa. Do tego dokładna rozgrzewka przed treningiem oraz rozciąganie i wałek po treningu.

Z którego z waszych wspólnych wyczynów rowerowych jest pan najbardziej dumny?

Za nasz najlepszy wspólny wyczyn uważam film Red Bull Piano Ride.


Czy każdy może uczyć się freestylu?

Oczywiście każdy może to robić. Trzeba zaczynać od podstaw, małymi kroczkami do przodu. Wystarczy osiągnąć podstawowy poziom, aby móc świetnie się tym bawić!