Rzeczpospolita: Przyłączy się pan do tych, którzy już zapowiadają kolejny wielki sezon polskich skoków?

Adam Małysz: Ja takich głosów nie słyszę. Jeśli te deklaracje padają z ust prezesa Apoloniusza Tajnera, to wiadomo... on lubi troszkę podkoloryzować. Ja stąpam mocniej po ziemi. Sądzę, że można i trzeba liczyć tej zimy na sukcesy skoczków, ale na tym etapie trudno o porównanie z zawodnikami z innych krajów. Wiem, że nasi są w odpowiedniej formie, bo treningi odbyły się planowo i bez kłopotów. Nie ma kontuzji, wszyscy są zdrowi, a to jest najważniejsze. Szczyt ma przyjść we właściwej chwili, czyli na mistrzostwa świata w Seefeld. Przynajmniej wszystko zrobiliśmy, by tak było. Nikt jednak nie jest w stanie teraz stwierdzić, czy na pewno tak się stanie.

Kadra A, czyli szóstka trenera Stefana Horngachera, wydaje się bardzo stabilna. Coś się może zmienić tej zimy?

Jest spora różnica poziomów między kadrą A i pozostałymi grupami. Ale w sporcie zawsze są szanse na awans wyżej. Pozostaje pytanie, kiedy skoczkowie, zwłaszcza ci z kadry B, osiągną podobny pułap. Dziś powiedziałbym, że nie ma szans, by któryś z nich dostał się do pierwszej szóstki. Ale przecież już w zeszłym roku Tomek Pilch zaczął fajnie skakać i wystartował w Pucharze Świata.

Kto jest najbliżej kadry A?

Jest kilku zawodników skaczących równo na niezłym poziomie: choćby Olek Zniszczoł, Przemek Kantyka czy Klemens Murańka. Ale Kamil Stoch i pozostali to przecież chłopaki z pierwszej piętnastki Pucharu Świata. Bardzo trudno im dorównać. No i jak się ich poziom osiągnie, to zdecydowanie łatwiej go utrzymać.

Nie żal panu, że bywa, iż zdolni skoczkowie dość szybko rezygnują z kariery, bo życie każe im zarabiać poza sportem?

Droga kariery w Polsce nie jest jakoś szczególnie krzywdząca, w końcu w każdym sporcie jest naturalna selekcja. Ale oczywiście jak kończy karierę ktoś taki jak Krzysiek Biegun, to nie możemy go tracić. Bo on ma wiedzę i doświadczenie potrzebne skokom. Takich osób nam brakuje i dobrze, że Krzysiek chce być trenerem. Już wiadomo, że będzie prowadził grupę beskidzką skoczków, która powstała na wzór tatrzańskiej.

Kiedy powstanie mocna kobieca grupa polskich skoczkiń?

To trudny temat. Mam nadzieję, że coś się ruszy w tej sprawie, ale trzeba podjąć zdecydowane działania, żeby to miało sens. Do następnych igrzysk są trzy lata, jest czas, by wyszkolić chociaż dwie dziewczyny na wysokim poziomie. Nawet jak będą skakać na średnim, to jest szansa walki o medale w konkursach drużyn mieszanych. Warto zainwestować, zabraliśmy się jednak do tego za późno. Świat uciekł, ale przynajmniej są już panie, które przyuczają się do roli trenerek.

Bilety na Puchar Świata w Wiśle sprzedały się szybko, choć miejsc jest w tym roku więcej. Czy można jeszcze rozbudować trybuny skoczni im. Adama Małysza?

Można, jest miejsce z boku zeskoku, ale wymagałoby to sporych inwestycji. Obiekt należy do Centralnego Ośrodka Sportu. Polski Związek Narciarski jest tylko zarządcą, więc trudno, by znalazł pieniądze na większe trybuny, ale wspólnie szukamy rozwiązania, by pomieścić wszystkich chętnych.

Będą znaczące nowości regulaminowe w skokach?

Rewolucji nie ma. Padła propozycja kolejnej radykalnej zmiany wskaźnika BMI, decydującego o długości nart wobec masy ciała, wyglądało to trochę tak, jakby ktoś chciał uderzyć w polskich skoczków, że są niby zbyt szczupli. Chociaż temat poruszano w Zurychu, to oficjalnie nie ma potwierdzenia zmian. Mam nadzieję, że nic z tego nie wyjdzie.

Podobają się panu te czujniki na nartach, dziesiątki kamer na progach, czyli nowe, znacznie większe możliwości śledzenia i pokazywania parametrów odbicia i lotu skoczków?

Podczas igrzysk w Pjongczangu czujniki montowano za zgodą zainteresowanych, teraz jest to obowiązek. Wszyscy mogą śledzić wszystkich. Nie kryję – jestem przeciwny, bo każdy trener ma swoje tajemnice warsztatu, nie chce ich zdradzać. Tak samo jak nie chce ujawniać danych lotu każdego skoczka. Wiem, że to krok w stronę popularyzacji skoków, pełniejszego pokazywania ich w telewizji, ale na razie widzę, że nie wszystko jest strawne dla widzów. Mamy już na ekranie siłę wiatru, zmianę belek, odległości, noty i klasyfikacje, To już jest dla wielu widzów nieczytelne i nie do przyswojenia w kilkanaście sekund. Te informacje na pewno przydają się komentatorom – kiedyś na oko oceniali, czy skok był spóźniony, czy nie. Każdy, kto znał się na skokach, dostrzegał ewidentne pomyłki. Teraz będzie widać, czy skoczek odbił się 30 cm za wcześnie, czy 18 cm za późno.

Moda na nowe turnieje i miniturnieje w stylu Raw Air będzie się rozwijać?

FIS je lubi, więc sądzę, że to jest przyszłość. Dla skoczków to też dobra oferta. Nie narzekają, bo choć częste starty są wyczerpujące, to nie ma dalekich podróży, są też dodatkowe nagrody. Każdy widzi, że Raw Air daje więcej pieniędzy niż Turniej Czterech Skoczni, który zapewnia prestiż.

Skoki się zmieniają, tylko Simon Ammann i Noriaki Kasai wciąż trwają. Ile można?

Jeśli sprawia im to przyjemność, to mogą skakać. Wiek skoczków się przesunął, bo jest inny trening i znacznie lepsze sposoby regeneracji. No i są sposoby, żeby dłużej trwać: Kasai nie pokazywał się w lecie, szanuje nogi, w zimie będzie podobnie – będzie wybierał tylko niektóre konkursy. Janne Ahonen jednak powinien skończyć wcześniej, on radości ze skakania nie miał, więc pierwszy powrót był błędem, drugi – bardzo dużym błędem.

Za rok odchodzi dyrektor Walter Hofer, świat skoków się zawali?

Żadnej tragedii nie będzie. Hofer zostawia rozpędzoną machinę, która pędzi w dobrym rytmie. Nie da się jej zatrzymać. Walter zrobił bardzo dużo dla skoków. Oczywiście były lepsze i gorsze momenty. O jego odejściu mówi się tak naprawdę od pięciu–sześciu lat, a on trwa. Więc tak do końca w tę jego emeryturę nie wierzę. Ale nie ma ludzi niezastąpionych. Odpowiednia osoba ze środowiska na pewno sobie poradzi.

Adam Małysz na przykład?

Nie ma mowy! Lubię to, co robię, jest mi dobrze w miejscu, w którym jestem, tym bardziej że poza Hoferem nikt pracujący przy skokach nie ma w Szwajcarii etatów, tylko kontrakty.

Władze narciarskie liczą się z polskim głosem?

Tak, nasze zdanie jest brane pod uwagę, nie tak jak kiedyś, gdy byliśmy dla FIS Trzecim Światem. Oczywiście im więcej Polaków przy decyzjach, tym lepiej, ale mamy swoich ludzi we władzach – są koordynatorki Agnieszka Baczkowska i Renata Nadarkiewicz pracujące przy organizacji konkursów, jestem ja w komisji FIS ds. skoków.

Pasja samochodowa wciąż się w panu tli?

Nie startuję, nie ma finansów, rajdy to bardzo drogi sport. Druga sprawa to brak czasu. Oczywiście trochę mi żal i cały czas mnie ciągnie za kierownicę.

rozmawiał Krzysztof Rawa