„Rz": Nie za wcześnie ogłaszamy Kamila Stocha nowym Małyszem? Pracował pan z obydwoma, Kamil ma szansę doścignąć Adama?

Hannu Lepistoe: Obydwaj są dowodami na to, jak różne drogi prowadzą do sukcesów w skokach. Adam był bardzo młody, gdy pierwszy raz wszedł na szczyt. Potrafił na niego wrócić kilka lat później. Dla Kamila to jest pierwszy wielki sukces. Adam wygrywał seryjnie, Kamilowi to się na razie jeszcze nie udaje.

Może ta seria się dopiero zacznie? Małysz gdy zdobywał pod pana ręką mistrzostwo świata w Sapporo w 2007, po MŚ był nie do zatrzymania i jeszcze zdążył zdobyć Kryształową Kulę.

Wcale mnie nie zdziwi, jeśli Kamil będzie dominował w ostatnich tygodniach Pucharu Świata (PŚ wraca w najbliższy weekend, w piątek kwalifikacje w Lahti, w sobotę konkurs drużynowy, w niedzielę indywidualny - piw). Jego technika skoku jest teraz świetna. I odbicie, i lot. On zawsze był stylistycznie bardzo dobry. A teraz jeszcze się poprawił, potrafi ułożyć się w powietrzu bardzo płasko, to mu daje dużą przewagę nad rywalami.

Od dawna był uważany za wielki talent, ale musiał długo czekać na pierwsze zwycięstwa. Dlaczego?

Ja go zauważyłem, gdy jeszcze byłem trenerem Włochów, przed igrzyskami w Turynie. Na mistrzostwach świata juniorów w Rovaniemi prowadził po pierwszej serii, w drugiej upadł przy lądowaniu. Od razu było widać, że to jest materiał na świetnego skoczka. Jak zaczynałem pracę w Polsce, wiedziałem co Kamil potrafi, i że czasami nerwy go zawodzą. Ale najważniejsze było, że on sam miał świadomość tego problemu. Wiedział, że jeśli chodzi o psychikę, ma braki, wiedział jak sobie pomóc. Sam się zwrócił do psychologa Kamila Wódki. To on mi Kamila Wódkę przedstawił, gdy zacząłem pracę w Polsce. Powiedział, że potrzebuje takiej pomocy, wytłumaczył dlaczego. Znakomicie ze sobą współpracują.

Ale jeszcze na mniejszej skoczni w Predazzo nerwy Kamila zawiodły, spadł w finale z drugiego miejsca na ósme.

Ja mam inne zdanie. Kamil nie przegrał z nerwami. Po prostu poziom tamtego konkursu był fantastyczny i trzeba było dwa razy przeskoczyć siebie, żeby stanąć na podium. A jemu się udał jeden fantastyczny skok, ten drugi był tylko – i aż - bardzo dobry. Do podium zabrakło przecież niewiele. Na dużej skoczni znów poziom był niesamowity, ale tym razem Kamil w obu seriach nie dał rywalom szans. Miałem przeczucie, że na dużej skoczni będzie walczył o złoto, bo im większa skocznia, tym lepszy Kamil.

Z Adamem było inaczej: trzy z czterech tytułów mistrza świata zdobył na mniejszej skoczni.

To nie do końca tak. W Sapporo na dużej skoczni też byśmy wygrali, gdyby narty były nasmarowane jak trzeba na mokrą pogodę. Mieliśmy tam pewien problem organizacyjny, ale to trudny temat, nie chcę do tego wracać. Na średnią skocznię sprzęt był już jak trzeba. Adam był skoczkiem, który potrafił  wygrywać wszędzie, od mniejszych skoczni po mamuty. Nie został nigdy mistrzem świata w lotach, bo akurat szczęście mu nie sprzyjało. Ale to nieprawda, że nie był lotnikiem. I Kamil też ma to co on: potrafi się dostosować z techniką i do rozmiaru skoczni, i do kierunku wiatru. Obaj są artystami sportu, sprawdziliby się w wielu dyscyplinach. Ale dostali od losu ciało skoczka: szczupłe, elastyczne. I zawsze nie tylko wiedzieli, czego chcą, ale też byli świadomi, że dla nich nie ma drogi na skróty. Innym się może tak udać, ale im nie.

Jeśli mieli porównywalny talent, byli podobnie pracowici, dlaczego Kamil szukał tej drogi o kilka lat dłużej niż Adam?

Kamil miał dobry kontakt z Adamem, bardzo się lubili, ale też było problemem dla jego psychiki, że jest tak daleko w tyle za liderem kadry. To go ograniczało. Pamiętam, jak w 2007 roku pojechaliśmy na Letnią Grand Prix w Oberhofie. Bez Adama, który miał wtedy problemy zdrowotne w rodzinie, musiał zostać w domu. Pamiętam, jak Łukasz Kruczek, wówczas mój asystent, martwił się, że jesteśmy osłabieni i konkursy mogą być nieudane. A Kamil wtedy w Oberhofie wygrał. Pod nieobecność Adama z marszu wziął pozycję lidera kadry. Wziął odpowiedzialność za wyniki całej grupy. Czyli to w nim już od dawna siedziało. To było dla mnie bardzo interesujące. Dla całej grupy młodych skoczków Adam był idolem, świetnym kolegą, oni się od niego uczyli. Ale też podświadomie czuli, że cokolwiek nie zrobią, on będzie lepszy. Mimo, że on im tego zupełnie nie dawał odczuć. Zakończenie kariery przez Adama uwolniło ich. Chcę być dobrze zrozumiany – mówimy cały czas tylko o sprawach sportowych. Kamilowi trafia się teraz wielka szansa. Mistrzostwo, medal w drużynówce – może wreszcie nadchodzi jego czas, by zostać seryjnym zwycięzcą.