Korespondencja z Soczi

Masowy bieg biatlonistów na 15 km oraz snowboard-cross mężczyzn przeniesiono „iz-za silnowo tumana" na wtorek, ale w halach słychać przecież ciągły stukot curlingowych kamieni, muzykę do występów par tanecznych i zgrzyt łyżew hokejowych. Dzieje się dużo.

Najważniejsze zdanie padło szybko: mgła nie zaszkodzi drużynowym skokom narciarskim w „Ruskich Gorkach", a to dla polskiej ekipy była najważniejsza poniedziałkowa sprawa.

Z biatlonem kłopotu wielkiego na razie nie ma. Panie pobiegły na 12,5 km z wieczora i wszystko poszło ładnie. Dla mężczyzn to już drugie odroczenie startu Ole Einara Bjoerndalena i kolegów w biegu masowym. Nowy termin – wtorek, 11.30 czasu polskiego.

Prawdę mówiąc, w ośrodku Laura problem jest zupełnie inny – trasy biegowe trochę zaczęły się rozpuszczać, ostatnie deszcze im nie pomogły, a tu jeszcze trzeba biegać sporo, co nas interesuje bardzo, bo Justyna Kowalczyk pracy nie skończyła.

Snowboard-cross przeniesiono na wtorek o 7.30 rano (czasu polskiego) i zmieniono nieco reguły rywalizacji. Eliminacji nie będzie, Maciej Jodko i Mateusz Ligocki wystartują od razu od 1/8 finału.

Alpejczycy też narzekają, że w górnej części tras mają lód, a w dolnej miękki i mokry śnieg, ale skoro na razie żadnej konkurencji nie odwołano, to narzekania działacze olimpijscy traktują jako zwyczajowy element igrzysk. Aby jednak nie było opinii, że głos sportowców się nie liczy, pierwszy przejazd wtorkowego slalomu giganta kobiet przyspieszono z 11. czasu lokalnego na 9.30, następny odpowiednio też.

Dekoracje na Olympic Plaza nie ustają, początek drugiego tygodnia igrzysk to już czas lekkiej nostalgii. Igrzyska skończyły się na przykład dla Jamajczyków. Odgrzewanie pomysłu na start ludzi z Karaibów w bobslejach wyszło w miarę dobrze, lecz trzeba uczciwie napisać, że to nie to samo, co w 1988 roku, gdy skakał Eddie „Orzeł" Edwards, w lodowej rynnie jeździła niezgrabnie wesoła czwórka z dredami i potem kręcono o niej filmy, jak trenowała w wannie.

Za piątym razem, po 12-letniej przerwie, startowała dwójka, weteran Winston Watts, lat 46, i nieco młodszy Marvin Dixon. Zajęli, jak należy, przedostatnie miejsce (bo załoga z Serbii wycofała się pod dwóch ślizgach). Tamtego starego wdzięku jednak do końca nie wskrzesili, choć hałas medialny był spory.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Zaczęło się od internetowej  zbiórki pieniędzy na ten wyjazd (zebrali 80 tys. dolarów), potem nagrali piosenkę „Bobsled song" w stylu wiadomym, podparli się osobistym wsparciem Usaina Bolta (na Facebooku), wreszcie w Soczi zgubili bagaż, więc było o czym pisać.

Do legendy tych igrzysk jednak nie przejdą, choć przecież ogłaszano konferencje prasowe z ich udziałem, a na tych konferencjach mówili, że jadą na poważnie, będą się ścigać z kilkoma załogami, ale takie przekonywanie raczej popularności nie sprzyja, bo nie o wynik przecież chodziło.

Odnotujmy więc – Jamajka po raz piąty na igrzyskach, dwójka Watts – Dixon szczęśliwie dojechała do mety trzech ślizgów (do czwartego i ostatniego kwalifikuje się najlepsza dwudziestka), w najlepszym osiągnęła nawet 127 km/godzinę, brawa im bito szczerze, flagami z Bobem Marleyem machano ochoczo, po czym o całym tym przedstawieniu świat szybko zapomni i wróci do sportu przez duże S. Dodajmy, że obok jamajskiego zamieszania pojawili się też Polacy. Chorąży i pilot Dawid Kupczyk oraz Paweł Mróz zajęli 27. miejsce, wyprzedzili Japonię i Jamajkę. Coś nam podpowiada, że o polskich bobsleistach piosenki nikt nie napisze, a tym bardziej filmu nie nakręci.

W Soczi to sprawa już dawno wyjaśniona, lecz w Polsce chyba nie: Kamil Stoch i Zbigniew Bródka NIE dostali złotych olimpijskich medali z wkładką w postaci kawałków sławnego meteorytu, co to rok temu narobił trochę szkód, gdy spadł w okolicy Czelabińska.

Meteoryty i medale z igrzysk to są rzeczy całkowicie osobne. Każdy złoty medal olimpijski jest taki, jaki był zaprojektowany od dawna, a medal z kosmiczną wkładką to posrebrzane i pozłacane dzieło wyprodukowane niedawno w manufakturze artystycznej w miejscowości Zlatoust (w obwodzie czelabińskim) na pamiątkę wizyty kamiennego gościa z niebios. Kto nie widział, może zobaczyć. Ministerstwo Turystyki Rosji pokazało go na wystawie dziedzictwa kulturalnego w Parku Olimpijskim w Soczi.

Rosjanie z Czelabińska (konkretnie – organ tamtejszej administracji turystycznej) mieli rzeczywiście pomysł, by złoci medaliści z soboty dostali na podium ten drugi medal upamiętniający rocznicę upadku meteorytu, ale działacze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego odrzucili inicjatywę, tłumacząc prosto, że nie ma takiej możliwości, bo „igrzyska muszą pozostać wolne od wpływów zewnętrznych, zwłaszcza podczas rywalizacji i ceremonii... ".

Było trochę kręcenia nosem, ale jak władza olimpijska mówi, dyskusji długiej nie ma. To była wiadomość zła, teraz jest dobra: złociste medale meteorytowe jednak pójdą w ręce tych, którym się należą, Stocha i Bródki też. Działacze z Czelabińska nie mogą ich wręczyć w Soczi do 23 lutego, więc wyślą je pocztą. Już obiecali skontaktować się z narodowymi komitetami Austrii, Szwecji, Chin, Rosji oraz Polski, by uzgodnić daty i miejsca wysyłki.