Mniejsze osady pływają bez sternika i jakoś sobie radzą. Po co ósemce sternik?

Z bardzo prostego powodu – ósemka to po prostu duży zespół, który trzeba prowadzić.

A nie może być tak, że tempo nadaje pierwszy lub ostatni wioślarz? Przecież pan jest dodatkowym obciążeniem.

Gdyby nie sternik, zawodnicy nie byliby w stanie komunikować się ze sobą w czytelny sposób. Ja siedzę na rufie. Łódka jest tak długa, że jeśli nie mam swojego urządzenia wspomagającego siłę głosu, czyli cox boxu, zawodnicy, którzy siedzą od szóstej pozycji do dziobu, mnie nie słyszą. Tym bardziej nie słyszeliby siebie.

Ćwiczy pan głos? Zajęcia z impostacji są częścią pańskiego codziennego treningu?

Nie. Jest trener, który pracuje z wioślarzami, szkoli ich od strony technicznej, ale w Polsce nie mamy kogoś takiego, jak trener sterników. Sternik jest takim trochę samoukiem. Uczy się od podstaw modulacji głosu czy impostacji. Ja też cały czas się uczę odpowiedniej emisji.

Jak to się stało, że został pan sternikiem?

Mieszkałem w Toruniu, chodziłem nad Wisłę na ryby, ale nie miałem pojęcia, że ktoś tam trenuje. W moim technikum mechanicznym była klasa sportowa. Mariusz Szumański, trener kadry młodzieżowej i mój pierwszy trener klubowy, wypatrzył mnie na przerwie i zaprosił na pierwsze zajęcia. Zawsze byłem szczupły, a taki właśnie musi być sternik, musi ważyć 55 kg. Na swoje pierwsze zgrupowanie kadry pojechałem w zastępstwie za chorą sterniczkę. Okazało się, że byłem dość głośną sterniczką i zauważył mnie trener Wojciech Jankowski, z którym nadal pracuję. Tak się złożyło, że na obozie w Wałczu byłem wczesną wiosną, a już po pierwszych regatach zrezygnował ówczesny sternik ósemki juniorskiej. W jego miejsce powołano mnie. Trzy czy cztery miesiące później zostaliśmy mistrzami świata juniorów. Na bazie tamtej ósemki budowana jest ta obecna.

Jakie są cechy idealnego sternika?

Do końca nie wiem. Sam się tego cały czas uczę. W innych krajach jest coś takiego, jak rywalizacja między sternikami. Na każdej sesji siedzi ich kilku i każdy ma czas, by pokazać swoje umiejętności. Załoga i trener oceniają, jak dana osoba dowodzi ósemką, w jaki sposób mówi, czy potrafi zmobilizować wioślarzy. Nigdy nie wymieniałem się miejscem z drugim sternikiem i nikt nie oceniał moich słabych oraz mocnych stron. Szkoliłem się sam, podpatrując innych sterników. Ale najwięcej i tak nauczyłem się od chłopaków, z którymi pływałem przez te wszystkie lata. Na pewno sternik musi umieć mobilizować grupę, dowodzić nią. W wielu krajach jego kariera trwa zwykle pięć, może osiem lat. Ja teraz jestem chyba najdłużej pływającym sternikiem [w kadrze od 1999 roku – przyp. mradz]. Przez to, że tak długo jestem w środowisku, cały czas muszę szukać nowych sposobów dotarcia do grupy. Bo ja z nimi jestem przez setki, tysiące, a teraz pewnie już miliony powtórzeń chwytów na treningach. Po tylu latach co nowego mogę znaleźć, by ich zaskoczyć? Co powiedzieć i jak powiedzieć, żeby ich pobudzić? Na zawodach nie ma tego problemu, ponieważ i tak w każdym buzują emocje. Tak naprawdę na zawodach się nie walczy, walczy się na treningu. Wtedy potrzeba tej motywacji, którą powinien dać sternik.

W takim razie zapytam inaczej – jakie cechy charakteru ułatwiają pracę sternikowi?

Sternik nie może się bać, musi być silną osobowością. Czasem sobie myślę, że gdyby zastąpił mnie ktoś młodszy, zostałby „zjedzony" przez grupę, dałby sobie wejść na głowę.

Jakie sternik ma zadania?

Na treningach jestem łącznikiem między trenerem a zawodnikami. Z Wojciechem Jankowskim znamy się od wielu lat i wydaje mi się, że doskonale się uzupełniamy. Kiedy coś mówię, trener szuka ze mną kontaktu wzrokowego i już wie, co poprawić. Jestem odpowiedzialny także za szlifowanie techniki wiosłowania. Podpowiadam kolegom, jak czuję łódkę. Ósemka jest specyficzną konkurencją. Ktoś przesiada się z dziobu na rufę i mówi „Kurczę, tam nie czułem tego problemu". Czasem mówię chłopakom, że łódka nie zachowuje się tak jak powinna i słyszę, że przecież wszystko jest w porządku. Kolejna sprawa to wspomniana już motywacja. Na zawodach natomiast jestem odpowiedzialny przede wszystkim za taktykę, jej realizację na torze. Jeśli coś idzie nie tak, jak planowaliśmy, muszę zaryzykować i podjąć inną decyzję. Jeśli się uda, to w porządku. Ale jeśli przegramy, to moja wina.

Pan po prostu krzyczy do kolegów, co mają robić, czy wybija rytm jak na galerze?

Za rytm jest odpowiedzialny szlakowy, czyli Piotr Juszczak, który siedzi przede mną. Ja natomiast w porozumieniu z nim decyduję, czy to dobry czy zły rytm. Przyspieszenie to moja decyzja. Nie ma za to czegoś takiego, że zwalniamy. Mogę ewentualnie próbować wygładzić ruch. W wioślarstwie trzeba czuć wodę. Osiem wioseł musi chodzić rytmicznie. Nie można wykonywać za szybkich, chaotycznych, nerwowych ruchów. Łódki nie przesuwa się na siłę, sama siła nic nie daje. Trenerzy przyrównują to do koła od roweru. Jeśli się kręci i chce się, by kręciło się nadal, nie można co chwila łapać go za szprychę i z całej siły pchać jeszcze raz. Jeśli zadziała się mocno i szybko, zawsze się zahamuje i straci zbyt dużo energii. Chodzi o to, żeby umiejętnie to koło popędzać. Dokładnie tak samo jest z łódką.

Na wodzie jest pan liderem całej osady. Czy w sprawach pozasportowych także jest pan przywódcą swoich kolegów?

Nie, nie czuję się liderem tej grupy. Przez to, że dużo mówię na treningu, potem staram się mniej odzywać. Muszę wymagać od chłopaków i starać się wyegzekwować to, co chcę osiągnąć. A to trudne po tylu latach.

Niech pan wybaczy, ale muszę o to zapytać – zdarzają się głupie żarty z powodu pańskiej postury? Pracuje pan z ośmioma sporo większymi od siebie mężczyznami.

Czasami zdarzy się słowo czy dwa, ale ja tego w ogóle nie biorę na poważnie. Oni, żeby być dobrymi wioślarzami, muszą mieć takie warunki, jakie mają, a ja, by być sternikiem, muszę wyglądać tak, jak wyglądam. Ja im mogę pomóc nieść wiosła, ale za nich wiosłować nie będę. Tak samo chłopaki nie wezmą się za sterowanie.

Ma pan taki sam trening jak cała osada? Wykonuje pan te same ćwiczenia?

Jestem na każdym treningu, nawet gdy nie schodzimy na wodę. Na siłowni raczej nie ćwiczę, bo mięsień jest ciężki, a ja nie mogę nabywać masy. Jeśli już, to robię jakieś brzuszki czy coś w tym rodzaju, taki bardziej fitness. Pomagam w czasie ćwiczeń na ergometrach, koryguję technikę wiosłowania. Zawsze biegam z grupą, niestety na rowerze nie nadążam za chłopakami. Oni są niebywale silni. Z powodu oszczędności nie jeżdżę na zgrupowania letnie i zimowe. Potem dołączam do osady i nie wiem, co się dzieje. Czuję się, jakbym wchodził z zewnątrz. To zżyta grupa, która codziennie ze sobą przebywa. Ale na szczęście dosyć szybko się aklimatyzuję.

Trenował pan coś, zanim zajął się wioślarstwem?

W podstawówce trochę biegałem. Trenowałem też aikido i karate. Przez chwilę grałem w piłkę w Pomorzaninie Toruń.

Skoro jest pan z Torunia, to dlaczego nie żużel? Przecież warunki fizyczne ma pan idealne.

Chodziłem na żużel jako kibic, ale żeby wsiąść na motocykl? Nie. Poza tym nikt mi nie pokazał, że można iść tą drogą.

Phelan Hill z Wielkiej Brytanii jest urzędnikiem skarbowym. Pan robi coś poza byciem sternikiem polskiej ósemki?

Od półtora roku jestem kierownikiem Stowarzyszenia Wioślarskiego CWZS Zawisza Bydgoszcz. Próbowałem studiować zarządzanie, ale niestety, gdy zaczęły się wyjazdy, nie dało się pogodzić nauki ze sportem. Pracę magisterską musiałem zawieszać trzy razy. Takie życie sportowca.