Nie był pan krańcowo zmęczony po takim wysiłku?

Od razu po zawodach nie, trzymała mnie adrenalina i radość. Nie do końca docierało do mnie, co się dzieje w social mediach. Dopiero później się dowiedziałem, jak wielkie jest zainteresowanie, ile komentarzy. Pewnym sygnałem był reporter jednej z telewizji na trasie. Teraz odbieram telefon za telefonem, udzielam wywiadów, bo to może mi pomóc w zdobyciu sponsorów. Nie mogę odpocząć, ale organizm się jednak upomina o relaks. Lubię pracować do późna, nawet do 2–3 w nocy, ale ostatnio usnąłem przy biurku o 12.

Łączy pan tak trudny sport z pracą?

Do 1 sierpnia pracowałem w szklarni i łączyłem sport z pracą na etacie. Teraz podjąłem ryzyko i zostałem trenerem, sam opracowuję plany dla klientów. To nie była spontaniczna decyzja, dość długo się przygotowywałem, kształciłem w tym kierunku. Zacząłem od trenowania za darmo znajomych. Dostawałem informacje, że moje plany działają, więc rzuciłem dotychczasową pracę. Plany zazwyczaj buduję w aplikacji, ale jeśli ktoś mieszka blisko i jest chętny, to prowadzę też otwarte treningi.

Jak wyglądają pana przygotowania?

Trenowanie do ultramaratonów nie polega na tym, że od rana do nocy biegamy, bo fizjologia treningu tak nie działa. Trzeba być wysportowanym i po prostu być w formie, mieć na odpowiednim poziomie kondycję, siłę, szybkość, bazę tlenową, współczynnik VO2 max. Moje jednostki treningowe wyglądają standardowo. Trening jest krótki, trwa 40–90 minut, ale dzięki temu ma się odpowiednią podstawę. „Wielkie kilometry” przepracowuję w osobnych jednostkach, ale wykonuję je sporadycznie, np. raz w miesiącu jeżdżę w nocy przez 12 godzin rowerem. Fizycznie mi to nie pomoże, raczej pogorszy współczynniki, ale zdobędę doświadczenie. Dzięki takim próbom wiem choćby, jaka pozycja na rowerze jest dla mnie najlepsza, a nawet jakich lampek powinienem używać.

Da się wytrenować umysł do takich wysiłków?

Tak. Wiele poprzednich zawodów to był dla mnie taki trening umysłu. Każde zwycięstwo buduje się na doświadczeniu wynikającym z poprzednich porażek. W 2021 roku startowałem w zawodach pięciokrotnego Iron Mana i byłem drugi za Richardem Jungiem. Rok później wygrałem i pobiłem rekord świata, właśnie dzięki wyćwiczeniu umysłu. Za pierwszym razem za często chodziłem na drzemki, bo wydawało mi się niemożliwe, żeby się przemóc. Potem przez cały rok przesuwałem sobie granicę. Chodzi o to, by stawiać się w niekomfortowych sytuacjach. Podam przykład: ciężko mi się obudzić między 4 a 7 rano, niezależnie od tego, o której pójdę spać. Kiedy dziecko płacze, to nawet się nie obudzę, na co czasem narzeka żona. Dlatego wstaję na treningi w tym najtrudniejszym momencie. Bywało tak, że życie trzeba było łączyć z treningiem. Rano się budziłem, pracowałem przy komputerze, spędzałem czas z dzieckiem i żoną. Wieczorem pracowałem, o trzeciej w nocy bardzo chciało mi się spać, a jednak trzeba było wyjść na trening.

Da się tak wytrzymać?

To było udowadnianie sobie, że uczucia senności, zmęczenia przychodzą falami. Bywają w ciągu dnia momenty, kiedy myślę, że nie dam rady, jak się nie położę. Okazało się, że poszedłem na spacer, minęły dwie godziny, ja nie spałem i już nie jestem śpiący. Dzięki temu byłem świadomy chwil, które trzeba przetrzymać. Na zawodach nie mogę zejść z trasy i iść się położyć, nie mogę słuchać muzyki na rowerze. Pozostaje moja głowa, która musi mi zapewnić rozrywkę. Wymyślam sobie tematy, to jednak nie może być skomplikowane, najlepsze są wspomnienia.Lubię przypominać sobie dzień ślubu: gdzie i kiedy się obudziłem, kto przyszedł z rana, gdzie pojechaliśmy do kościoła, jakim autem. Dzięki temu może minąć nawet kilka godzin. Kreatywne myślenie jest w takich sytuacjach dużo trudniejsze. Obliczenie tempa, kilometrów do przystanku normalnie zajmuje kilka minut, a na rowerze czasami trwa godzinę.

Sen jest szczegółowo rozpisany?

W Szwajcarii musiałem zmienić plan. Zakładałem, że co sześć godzin będzie mi przysługiwać 10 minut snu. Droga była jednak niebezpieczna. Istniało ryzyko, że gdy wejdę w tryb autopilota, to będę miał wypadek, a ja wychodząc na zawody, obiecuję żonie, że będzie bezpiecznie. Jadę do momentu, aż oczy zaczną zawodzić i obraz przede mną zanika. Innym sygnałem ostrzegawczym jest to, że jadę i reflektuję się, że minęło kilka minut, a ja jakby nie byłem obecny. Po każdej takiej pętli zjeżdżałem i mówiłem, że muszę iść spać, niezależnie od tego, co ile godzin to wypadało. Czasem zrobiłem tylko trzy pętle i musiałem się zdrzemnąć.

A co, jeśli sen złapie w środku pętli? Jak dotrzeć do namiotu?

Wtedy biję się lekko po policzkach albo drapię się po głowie. Kiedy męczy mnie jazda autem do Polski z Holandii, gdzie mieszkam, to zaczynam się drapać. Podczas zawodów zmieniam pozycję na rowerze. Normalnie jadę w bardzo niskiej pozycji, ale walcząc ze snem, się podnoszę, żeby lepiej widzieć, zwalniam, trzymam się środka drogi. Robię głębokie, spokojne wdechy.

A jak złapie pana zmęczenie podczas pływania?

Ryzyka utopienia nie ma, bo pływamy na basenie 50-metrowym, a wokół są dziesiątki ludzi. Podczas pływania lubię zamknąć oczy, wtedy najmniejszym palcem prawej ręki staram się dotykać koralików wyznaczających tory. Pływanie jest moją najsłabszą stroną. Do tej pory mogłem sobie mówić, że to normalne, bo nauczyłem się pływać w wieku 30 lat, a dodatkowo przez 15 lat paliłem. Teraz powinienem znaleźć trenera, bo słaby wynik na basenie odbiera mi szanse na lepsze miejsca. W 2019 roku na podwójnym Iron Manie byłem czwarty. Do trzeciego miejsca straciłem na koniec 25 minut, a trzeci zawodnik pływanie ukończył godzinę przede mną. Podobnie było w 2021 roku, gdy przegrałem wyścig z Jungiem. Z roweru zeszliśmy praktycznie równo, ale on przepłynął dystans kilka godzin przede mną. Teraz na basenie pokazała się skala problemu. Dystans kolarski pokonałem 10 godzin szybciej od pierwszego i drugiego zawodnika, ale wyraźnie przegrałem pływanie. Muszę bardzo mocno postawić na tę konkurencję. Na rowerze jestem mocny, a bieganie jest moją najlepszą konkurencją.

Spanie to jedno, ale ważne jest też żywienie. Jadł pan dużo normalnych potraw, ale też żele. To obciąża żołądek?

Mam żelazny żołądek i mogę jeść w ciągu doby trzy żele na godzinę, ale są tacy, którzy po dwóch takich posiłkach robią się zieloni. Jem żele na co dzień i wybieram takie, które najbardziej mi pasują. Dobieram je metodą prób i błędów. Bywało, że nie ukończyłem treningu, bo wymiotowałem.

Nauczył się pan pływać niedawno, więc można powiedzieć, że dziesięciokrotny Iron Man jest dla każdego?

Nie do końca, bo są różne predyspozycje do odnoszenia kontuzji. Widzę to, trenując z ludźmi: niektórzy biegają coraz szybciej i dłużej, i się adaptują, a niektórzy od początku mają problemy. Ludzie mają też swoje bagaże: choroby, nadwagę, ale jeśli weźmiemy kogoś przeciętnego, bez przewlekłych chorób, olbrzymiej nadwagi, to reszta jest już prosta: żeby zamarzył i uparcie trenował. Nadine Zacharias z Francji startowała z nami, mając 60 lat. Nie ma atletycznej sylwetki, ale za to piękny umysł.

Jak pan trafił do tego świata?

Wszystko przyszło w 2016 roku i zaczęło się spontanicznie. Zbliżały się moje 30. urodziny. Pracowałem na szklarni, myślałem o tym i robiło mi się smutno. Mój ojciec w tym wieku dowiedział się, że ma nowotwór. Żyje, chociaż stracił nogę i płuco. On też planował sobie życie, miał rodzinę. Mnie brała gorycz, że czuję się świetnie, mam taki przykład w rodzinie i nie wyciągnąłem żadnej lekcji, a nawet palę papierosy. Myślałem sobie: jeśli ktoś mi zaraz powie, że mam nowotwór, to okażę się idiotą. Strasznie nienawidziłem palenia, każdego dnia się o to obwiniałem, a nawet ukrywałem się przed żoną. Od tego się zaczęło, od uczucia zniewolenia, że nie mam władzy nad życiem.

Podszedł pan ambitnie do zadania…

Dużo czytam i w głowie szumiało mi zdanie Horacego, by „zostawić po sobie pomnik, co od spiżu trwalszy”. Kolejne pokolenia może o mnie zapomną, zniknę kompletnie, bo nawet nagrobek po latach ktoś usunie. W chwili śmierci nie chciałbym czuć żalu, ale radośnie patrzeć śmierci w oczy. To wszystko spowodowało, że w 30. urodziny, które wypadają 9 września, od rana nie zapaliłem papierosa. Nie paliłem przez cały dzień, a o 21 zamknięto sklepy. Wytrzymałem pierwszą dobę i poczułem w sobie niezwykłą siłę. Kupiłem też tabletki, żeby ten sukces podtrzymać. Następnie chciałem znaleźć sobie cel. Coś, co po mnie zostanie. Przyszło mi do głowy pobicie rekordu Guinnessa.

Skąd taka potrzeba dokonania czegoś niezwykłego?

Miałem zwykłą pracę, więc w takim szarym życiu ludzi ze szklarni zapragnąłem mieć certyfikat niezwykłości. Chciałem dokonać czegoś, o czym mógłbym opowiadać wnukom. Tak mi się to spodobało, że zacząłem szukać wyzwania do pobicia. Większość zadań wydawała mi się śmieszna, ale zobaczyłem, że Iron Cowboy z Kanady zrobił 50 Iron Manów, w 50 stanach. Kiedy obejrzałem filmiki, powiedziałem żonie: – Ela, zrobię 100, w 100 dni. Zacząłem od tego, że wyszedłem pobiegać. Nie miałem nawet specjalistycznych butów, do tego zwykłe spodenki i koszulkę. Kilka tygodni później poszedłem na basen. Nie umiałem pływać, bo tylko w technikum miałem kilka lekcji. Wszedłem do wody i machałem dziko rękami, żeby nie spaść na dno. Nie miałem roweru, więc zacząłem od trenowania na miejskim, potem wziąłem kredyt i kupiłem rower.

W sumie szybko poszło, bo po sześciu latach był pan trzeci w dziesięciokrotnym Iron Manie.

Wszystko szło naturalnie. Jak się wciągnąłem, to chciałem się jak najwięcej dowiedzieć: czytałem artykuły, poznawałem metody treningowe, jak działa ciało w czasie wysiłku. Starty zacząłem od podstawowych rzeczy: półmaraton, maraton, Iron Man, bieg na 100 km. Po roku treningów chciałem zrobić wszystkie części Iron Mana. Potem dokładałem kolejne wyzwania, m.in. po trzech latach przebiegłem 100 maratonów w 100 dni.

Jak pan znalazł sponsorów?

Przełom nastąpił w 2019 roku. Dostałem zaproszenie w Holandii do biegu na 100 km i od razu wygrałem. W 2020 roku miałem pokonać pięciokrotnego Iron Mana, więc rok wcześniej chciałem koniecznie pobiec trasę pięciu maratonów. W lipcu były mistrzostwa Holandii w biegu 24-godzinnym. Napisałem do organizatora, że chętnie pobiegnę, ale pewnie się nie zmieszczę w limicie czasowym, więc zapytałem, czy będę mógł pozostać na trasie. Odpisał, że pierwszy raz ktoś chciał biec dłużej, ale skoro plac mieli wynajęty, to mogłem sobie biegać. Po trudnej walce wygrałem tamten bieg i nawet przebiegłem dłuższy dystans, niż wcześniej zakładałem. Sześć tygodni później na podwójnym Iron Manie, mając najgorszy sprzęt, byłem czwarty. To pokazało, że mam potencjał. Najwięcej rozgłosu przyniosło mi 100 maratonów przebiegniętych w 100 dni. Teraz już nie muszę pisać tysięcy maili, to sponsorzy zaczęli pisać do mnie.

Co pan sobie wymyśli, jak już zrobi te 100 Iron Manów?

Na razie ten cel jest przesunięty na wiele lat do przodu. Kiedy to wymyśliłem, nie miałem dziecka. Nietrudno mi było sobie postanowić, że przez 100 dni będę zasuwał przez 16 godzin na dobę, a potem będzie wspaniale. Dziecko wszystko zmieniło. Tak wspaniale się rozwija, że nie chcę zrezygnować z bycia z nim. Śmieję się, że kiedy podrośnie i będzie wrednym nastolatkiem, to powiem, że wychodzę z domu na 100 dni. Zastępcze wyzwanie, które sobie znalazłem, jest porównywalne i też sprawi radość. Chcę pobić rekord Guinnessa w pokonaniu najdłuższego triatlonu na świecie. Mam już wytyczne. Cała trasa to łącznie 40 750 km, co jest równe obwodowi kuli ziemskiej. Najpierw przez 67 dni będę tylko pływał po 18 km, potem przez 155 dni jeździł po 200 km rowerem, a na koniec przez 143 dni biegał po 55 km. Dzięki temu zniknę z domu tylko na kilka godzin dziennie i będę mógł prowadzić normalne życie.