Od kiedy istnieją takie skoki, jakie znamy dzisiaj, z Pucharem Świata i regularną rywalizacją, nikt nie zdobył indywidualnego medalu igrzysk po 30. urodzinach.

Ostatnim, któremu się w ogóle udało, był Birger Ruud, ale to było tuż po wojnie, gdy się jeszcze nikomu nie śniły błyszczące kombinezony, kaski, indeksy BMI i podróżowanie po całym świecie w pogoni za pucharowymi punktami.

Adam Małysz jest pierwszy w tej współczesnej epoce, do tego z dwoma medalami na jednych igrzyskach. Starszy o blisko trzy lata od Jensa Weissfloga, od Masahiko Harady, kojarzących się do tej pory z długowiecznością na skoczni. Akurat on, który miał 100 powodów, żeby opaść z sił szybciej niż inni.

[srodtytul]Nikogo za plecami [/srodtytul]

Od dziewięciu lat nigdy nie był sam. Nawet na wakacjach albo w swoim własnym ogrodzie zawsze mógł się spodziewać kogoś, kto go rozpozna, zaczepi, o coś poprosi, a jak mu zabraknie śmiałości, to tylko popatrzy i rzuci jakiś komentarz. A jemu nie wypada zareagować, bo przecież mu przypięto łatkę niemal nowego świętego. Wspominał czasami, jak był bliski wybuchu, jak go korciło, żeby krzyknąć albo choć powiedzieć szczerze, co miał na języku, ale powstrzymywał się w ostatniej chwili, bojąc się, że sprawi komuś przykrość.

[wyimek]Od dziewięciu lat nigdy nie był sam. Nawet na wakacjach i w swoim ogrodzie [/wyimek]

Przez te dziewięć lat, od wybuchu wielkiej formy w Turnieju Czterech Skoczni, żaden z kolegów go nie wyręczył w spełnianiu oczekiwań kibiców. Nawet w małej szwajcarskiej kadrze czasem Simona Ammanna zastępował na podium Andreas Kuettel. Małysz się nikogo takiego nie doczekał. Ani na skoczni, ani tym bardziej przy zeskoku, gdy trzeba powiedzieć coś interesującego do kamer i mikrofonów.

Od srebrnego i brązowego medalu igrzysk w Salt Lake City 2002 miał czterech trenerów, i z każdym żegnał się przed czasem. Raz wśród krzyków, raz niedopowiedzeń. Z niektórymi chciał się rozstać, ale czasami decydowano za niego. Gdy odchodził od Apoloniusza Tajnera, wypchnął z czołówek tabloidów celebrytów i polityków. Gdy następca Tajnera, Austriak Heinz Kuttin, nie wytrzymał presji sukcesu, igrzyska w Turynie skończyły się awanturą pod skocznią, z trenerem rzucającym oskarżenia na wszystkie strony.

Nawet Hannu Lepistoe pierwszego kontraktu w Polsce nie dokończył, bo PZN miał już inny pomysł na dźwignięcie Małysza z kryzysu. Trener się obraził, nie pojechał na finał sezonu do Planicy. Następny, Łukasz Kruczek, pracował samodzielnie z Małyszem tylko kilka miesięcy. A to nie były wszystkie burze, bo zdarzyła się w tym czasie i zmiana władz PZN, i bitwa o Ediego Federera, w której Małysz stanął po stronie swojego menedżera.

Gdy się to wszystko zbierze, czasami trudno uwierzyć, że nie tylko nie dał sobie spokoju ze skakaniem, ale z każdego kryzysu potrafił się podnieść i jeszcze czymś zadziwić. Najbardziej, gdy w 2007 r. zdobywał czwarte złoto mistrzostw świata i czwartą Kryształową Kulę, a także teraz, gdy dołożył trzeci i czwarty medal igrzysk, choć w tym sezonie w Pucharze Świata stał na podium tylko dwa razy.

Ale jeszcze ważniejsze od tych sukcesów były przemiany, jakie przechodził. Od dziecka w różowym kombinezonie, które w marcu 1996 wygrało konkurs w Holmenkollen, do zagubionego poza skocznią seryjnego zwycięzcy z zimy 2000/2001 i dalej, do dzisiejszego Małysza – pewnego siebie, uśmiechniętego, opowiadającego o skokach, życiu i całej reszcie. Po polsku i po niemiecku, po medalach, ale i wtedy, gdy idzie gorzej. O pasji fotografowania i o Bogu, o żonie, która jest zawsze na pierwszym miejscu, i o przyjaźniach. Niewielu mamy sportowców, z którymi tak dobrze się rozmawia. A jeszcze mniej takich, którzy po sukcesach i milionach na koncie zmienili się na korzyść.

[srodtytul]Srebrna puenta[/srodtytul]

Małysz ma w sobie ten najrzadszy rodzaj pogodzenia z losem: na wesoło. Przekonanie, że nawet po awanturze zostanie coś dobrego. Każda zmiana trenera, nawet burzliwa, pozwalała mu dojrzeć. Najpierw ucieczka od Pavla Mikeski, gdy już nie mógł słuchać, że „gówno wie o skokach” i ma słuchać trenera. Potem ta najtrudniejsza, zerwanie współpracy z Tajnerem. Po rozstaniu już nigdy nie było tak wielkich, seryjnych sukcesów, ale bez niego nie byłoby przyspieszonego dojrzewania. Bo w kokonie stworzonym przez trenera i „doktorów”, Jerzego Żołądzia i Jana Blecharza, zrobiło się w pewnym momencie za wygodnie. Trener z ojcowskim podejściem musiał wyręczać Adama nawet w udzielaniu wywiadów.

Z Kuttinem Małysz nie zdobył żadnego medalu, ale jako człowiek stanął samodzielnie na nogi. Przestał się chować przed dziennikarzami, bo wiedział, że już nie ma za kim. Nauczył się dobrze niemieckiego. Poznał, jak to jest mieć trenera kumpla, raptusa, ale też pracoholika, ciągle szukającego czegoś nowego. I mógł potem docenić spokój Hannu Lepistoe, choć na początku był nieufny. – Obawiałbym się tego Lepistoe – mówił, gdy pojawiły się pierwsze informacje o negocjacjach z Finem.

Okazało się, że tworzą świetny duet. Tak dobry, że gdy po zmianie trenera Małysz nie mógł odnaleźć formy pod ręką Łukasza Kruczka, postanowił pierwszy raz tak otwarcie zażądać czegoś dla siebie, a nie całej kadry. Ale z Kruczkiem pozostali przyjaciółmi, utworzenie teamu Małysz ich nie podzieliło.

Dziś może smakować skoki w spokoju. Nawet jak mu się nie uda znaleźć złotej puenty dla kariery, to ta srebrna z Whistler i tak jest znakomita. Choć na pewno będzie szukał dalej, jest uzależniony od rywalizacji. Jedyne zmartwienie to jak przekonać Lepistoe, żeby jeszcze z nim został. Przynajmniej do mistrzostw świata w Oslo, za rok. Do konkursów w jednym z najważniejszych miejsc dla narciarstwa i dla niego osobiście, tam, gdzie medale będzie wręczał król. Klamra zwycięstw od Holmenkollen 1996 do Holmenkollen 2011 – to brzmi pięknie. Hannu chyba nie odmówi.