„Kończymy układać kalendarz rozgrywek sezonu zasadniczego 2017/2018, nie ma w nim miejsca na żadną przerwę w czasie igrzysk" – napisała w oświadczeniu NHL, dodając, że decyzja jest ostateczna i dalsze negocjacje nie będą już prowadzone.

Spór dotyczący udziału gwiazd w olimpijskiej rywalizacji odżywa co cztery lata, ale dotychczas udawało się go rozwiązywać (hokeiści NHL walczą o medale regularnie od 1998 roku). Tym razem nie pomogły nawet mediacje Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie (IIHF), która zaproponowała, że przeznaczy 20 mln dolarów na pokrycie kosztów ubezpieczeń, transportu i pobytu zawodników. Władze NHL twierdzą, że nie mogły się zgodzić na warunki MKOl, który uzależniał przyjazd graczy na kolejne igrzyska w Pekinie od ich startu w Korei.

– Hokej poniósł ogromną porażkę – mówi prezes IIHF Rene Fasel. Rozczarowania nie kryją też sami zawodnicy. „Przepadła okazja gry na najwyższym poziomie" – napisał szwedzki bramkarz Henrik Lundqvist, mistrz olimpijski z Turynu. Niektórzy, jak Rosjanin Aleksander Owieczkin, zapowiadają jednak, że i tak na igrzyska pojadą.

Właściciel Washington Capitals, w którym gra Owieczkin, przekonywał niedawno, że stanie po stronie hokeistów. – Co zrobić, gdy przyjdą do mnie i poproszą o możliwość reprezentowania swojego kraju? Miałbym im tego zabronić? – pytał Ted Leonsis, sugerując, że woli narazić się na kary, niż odmówić komuś prawa do olimpijskiego występu.

Nie brak jednak i takich, którzy w całym tym zamieszaniu upatrują szans na ciekawsze widowisko.

– Jeśli do Pjongczangu nie przyjedzie 100 graczy NHL, poziom się wyrówna – zauważa prezes niemieckiego związku Franz Reindl.

Takie potęgi jak Szwecja, Finlandia czy Rosja – nie mówiąc o USA czy Kanadzie – są niemal w całości zbudowane z zawodników grających za oceanem. ©?