Trudno nie wspominać finału igrzysk olimpijskich w Turynie (2006) i chwil, kiedy Justyna Kowalczyk i Tomasz Sikora uratowali prestiż polskich sportów zimowych.

Uwzględniając zmniejszoną skalę zawodów, w Pyeongchang jest podobnie. Medalu wciąż nie ma, choć przynajmniej dwa razy był bardzo blisko. Znów czujemy, że Sikora jest w formie, może stanąć na podium, ale do dobrego biegu musi dołożyć trochę lepsze strzelanie.

Tak jak w Turynie został naszemu asowi już tylko bieg masowy, którego reguły są dla widzów w pełni czytelne. Trzydziestu najlepszych biatlonistów świata startuje jednocześnie.

Najpierw są medaliści, następnie o kolejności decyduje klasyfikacja Pucharu Świata i punkty kwalifikacyjne do mistrzostw. Strzelają cztery razy, najpierw dwa razy na leżąco, potem stojąc.

Pierwsze strzelanie wykonują ze stanowiska, którego numer jest zgodny z numerem startowym, pozostałe już według kolejności na trasie.

Widzowie to lubią, walka często przebiega ramię w ramię, każdy strzał to okrzyk zachwytu lub jęk zawodu, akcja zmienia się szybko, a pierwszy na mecie zostaje mistrzem świata.

Tomasz Sikora w piątek trenował krótko. Przebiegł po południu kilka rund, nie strzelał. Nie chciał wiele mówić, ale znów wspomniał, że najważniejszy jest teraz dla niego odpoczynek.

Czuje w nogach cztery starty, ale główni rywale, poza Emilem Hegle Svendsenem (do piątku wieczorem wciąż obecny na liście startowej), mają w kościach ten sam wysiłek, więc może nie trzeba się martwić.

Ostatnie treningi nie gromadziły także wielu chętnych z innych krajów, z największym zapałem ćwiczyli rezerwowi do sztafet.

Pogoda w Pyeongchang znów nie rozpieszcza, odpoczynek od wiatru był krótki, w czwartek z ciszy skorzystały sztafety mieszane, w piątek wiało bardziej niż zwykle. Trasy są jednak zaśnieżone jak należy, lekki mróz daje szansę na nocne dosypywanie puchu z armatek.

W tle mistrzostw wciąż nie gaśnie rosyjsko-skandynawska bitwa na słowa i gesty. Rosjanie odkryli nagle, że w sobotnim sprincie Ole Einar Bjoerndalen i Lars Berger nie przebiegli na stadionie wymaganej pętli 400 m po pierwszym strzelaniu, co ponoć miało dać złotemu i srebrnemu medaliście 38 – 40 sekund zysku. Żądają przejrzenia nagrań sędziowskich i odebrania medali w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości.

Rosyjscy działacze sugerują także, że nie była prawidłowo prowadzona analiza czasu biegów na poszczególnych odcinkach, a dokumentacja zaginęła.

Międzynarodowa Unia Biatlonu (IBU) na razie jest niewzruszona. – Protesty można było składać do 15 minut po zawodach – odpowiada skarżącym. Na razie dowodem winy dwóch Norwegów ma być przekaz telewizji internetowej, a to za słaby argument. Jednak groźba skierowania sprawy do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu wisi w powietrzu. Wiceprzewodniczący IBU Rosjanin Aleksander Tichonow miał też ponoć usłyszeć, że Bjoerndalen na to wszystko odpowiedział niecenzuralnie, angielskim słowem na literę f.

Są też gesty pojednawcze. Szwedzkiemu biatloniście Mattiasowi Nilssonowi grożono przez telefon śmiercią za ostrą krytykę złapanych na dopingu sportowców Rosji.

Zareagował sam prezydent Dmitrij Miedwiediew i przysłał Szwedowi przeprosiny oraz obietnicę walki z dopingiem w rosyjskim sporcie. Zrobił to w duchu czasów – za pomocą SMS.

[ramka][b]Ostatnie konkurencje[/b]

Sobota: 09.15 Bieg masowy mężczyzn (15 km) – transmisje: TVP 1, Eurosport11.15 Sztafeta kobiet (4x6 km)Niedziela09.00 Bieg masowy kobiet (12,5 km)11.15 Sztafeta mężczyzn (4x7,5 km)[/ramka]