– Hannu? Jeszcze idzie – mówił Robert Mateja, kiedy po medalu Adama Małysza szukaliśmy trenera przy zeskoku Midtstubakken. Pytanie było formalnością, wiadomo, że Lepistoe schodzi ze skoczni jeden z ostatnich. Zamyślony, schodek po schodku, w szarej czapce, którą nosi jak smerf.

Z grupy fińskich trenerów na wieży on jest najbardziej opanowany i małomówny. Ale chłodnym nazwać go nie sposób. Oczy mu się śmieją do ludzi. Lubi opowiadać, tylko trzeba poczekać, aż się rozpędzi, znajdzie odpowiednie słowo.

Gdy szedł do Małysza po skoku po medal, ochroniarze zaczęli nagle torować drogę dla odjeżdżającego ze skoczni króla Haralda. Nie patyczkowali się z opornymi, ale na widok Lepistoe jeden z nich się zatrzymał. „O, akurat pan może stać, gdzie chce".

A Hannu, gdy już zamieszanie się skończyło, rzucił po niemiecku niewzruszony, celebrując każde słowo: „Strasznie są tutaj zwariowani na punkcie monarchii. W Finlandii to by było nie do pomyślenia".

Ma do życia i skoków dystans człowieka, który nic już nie musi. Widział wszystko, zdobył niemal wszystko, był przy dorastaniu Mattiego Nykaenena, Janne Ahonena, Thomasa Morgensterna, dwa razy wyciągał z kryzysu Adama Małysza.

 

 

Ale niech tylko ktoś spróbuje skrzywdzić jego skoczka, zobaczy innego Lepistoe. Kilka lat temu w Lahti tak się wściekł na Waltera Hofera za niezapowiedziane przyspieszenie serii próbnej – Hannu nie zdążył przez to być przy skoku jednego z młodych Polaków, który debiutował w PŚ – że skończyło się wizytą policji.

Hofer chciał wyrzucić Lepistoe ze skoczni, Fin odpowiedział, że to on tu jest u siebie i akredytację może oddać najwyżej policjantom. Przyjechali, oddał, potem na wieczornym bankiecie pogodzili się z Hoferem. A Austriak się nauczył, żeby z najstarszym trenerem na wieży nie zadzierać.

Lepistoe kończy w maju 65 lat, jedyny pracuje w skokach od początku Pucharu Świata (sezon 1979/1980) do dziś. Jest w świetnej formie, biega na nartach, ćwiczy razem ze skoczkami w siłowni (– Jak bierze 20-kilogramowy odważnik i zaczyna nim wywijać jedną ręką, wszyscy patrzą z niedowierzaniem – opowiada Małysz), jest świetny w hokeju. Gdy gra ze skoczkami w hali, trzeba uważać, bo ambicja go roznosi.

Właściwie jest już na emeryturze – zawieszonej, dopóki skacze Małysz. To dla niego i na jego prośbę wrócił do pracy dwa lata temu, gdy Adam zdecydował się wreszcie poprosić o stworzenie zespołu tylko dla siebie i odszedł z kadry Łukasza Kruczka.

 

 

Skoków czasami ma już dosyć, ale skoczków nigdy. Kiedy tamtej zimy 2009 Adam zadzwonił z prośbą o pomoc, Lepistoe przyjął go u siebie w Lahti, nie pytając o nic. – To był odruch serca, nie portfela. Zresztą ja już od dawna nie żyję ze skoków – mówił wtedy „Rz". Jego wielką pasją, i dobrym źródłem dochodu, są kłusaki. Ma ich kilka, może o nich opowiadać bez końca.

 

 

Małysz nazywa go „Dziadkiem". Przezwisko przyjęło się już kilka lat temu, gdy Lepistoe pracował z całą polską kadrą. Z Małyszem zdobył wtedy złoto mistrzostw świata w Sapporo i Kryształową Kulę. Ale po następnym mniej udanym sezonie został zwolniony.

Uważał, że w mało elegancki sposób, ale i na to przymknął oko, gdy został zaproszony do Teamu Małysz. Adamowi się nie odmawia. On pozwolił mu jeszcze raz, ostatni w karierze, posmakować, jak to jest na szczycie. A wielu się wydawało, że Hannu już tam nie wróci.

– Lepistoe jest w skokach jak księżyc. Zawsze był, jest i będzie – mówili fińscy dziennikarze przed MŚ w Sapporo, gdy dopiero zaczynał pracę z Małyszem. Mówili to bez zachwytu, bo wtedy była moda na młodszych fińskich trenerów. Księżyc Hannu z takimi kometami jak Mika Kojonkoski czy Tommi Nikunen nie miał w mediach szans.

Ale z czasem się okazało, że to jednak jemu warto było zaufać. Od kiedy trenuje Adama, nie przywiózł medalu tylko z jednej wielkiej imprezy: z MŚ w Libercu. Przejął przed nimi Małysza w środku sezonu i nie zdążył go przygotować.

 

 

Wcześniej w Sapporo zdobyli złoto na średniej skoczni, potem w Vancouver dwa srebra, w Oslo już jeden brąz. – Hannu wierzy w ciężką pracę, uważa, że zawsze warto wyjść na belkę i jeszcze coś poprawić. Cały czas z kimś rozmawia przez telefon. A to z kolegami z uniwersytetu w Jyvaeskylae, a to z Mattim Pullim, który był trenerem w erze Nykaenena. I nie boi się opinii zawodnika. Nawet mnie to czasami denerwuje, jak przychodzę po skoku na treningu, a on pyta: jakie są twoje wrażenia? Powiedziałby mi najpierw coś od siebie, tobym miał łatwiej. Ale jest w tym sens, zmusza mnie to do namysłu, rozwijania się – mówi Adam Małysz.

Za trzy tygodnie w Planicy zapewne razem pożegnają się ze skoczniami. Decyzja, jak mówi Lepistoe, należy wyłącznie do Adama. Wczoraj Polak wygrał pierwszy i trzeci trening na dużej skoczni (w drugim był drugi), ale Thomas Morgenstern i Andreas Kofler nie skakali. Kwalifikacje w środę, konkurs w czwartek o 17.

Paweł Wilkowicz z Oslo