Korespondencja z Soczi

Na podium stanęły same dobre znajome: srebrny medal dla Szwedki Charlotte Kalli, brązowy dla Norweżki Therese Johaug. Brak w tym gronie Marit Bjoergen to pierwsza zagadka tego biegu – norweska mistrzyni była dopiero piąta, jeszcze za Finką Aino-Kaisą Saarinen.

Spiker na stadionie biegowym krzyczał: – Zapamiętajmy te chwile na całe życie! Wprawdzie chodziło mu o moment, gdy na ostatnią prostą wbiegała Rosjanka Natalia Żukowa, która zajęła 7. miejsce, ale Polakom hasło pasowało wyjątkowo. Wpatrzeni w monitor, tablice świetlne i tory przed trybuną, wiedzieliśmy już wtedy, że Justyna Kowalczyk po raz drugi zdobędzie złoto olimpijskie, że w trzecich igrzyskach dołożyła do honorowego zbioru piąty medal (złoto numer dwa), że przerosła Adama Małysza i ściga się już tylko z własną sportową doskonałością.

Rozegrała ten bieg na swoich zasadach. Nie było w nich wielu komplikacji – biec tak, jak wytrenowany przez lata organizm pozwoli, osiągnąć wysokie obroty i naciskać gaz do końca. Nie zwracać uwagi na ból stopy, wytłumiony przez lekarzy.

Zobacz więcej zdjęć

Innej taktyki być nie mogło – z przodu Heidi Weng, trzecia w biegu łączonym, z tyłu Astrid Jacobsen, choć w żałobie po śmierci brata, ale pełna motywacji, szukająca w sporcie pociechy. Tylko nieco dalej Marit Bjoergen. Minuta odstępu w pojedynku takich mistrzyń jak Polka i Norweżka to dużo, ale niepokój był, bo Bjoergen jeszcze niedawno w Toblach pobiła naszą sławę o prawie 50 sekund, w tym biegu, który tak wiele zamieszał w ocenach olimpijskich szans.

Słońce nad trasą, jak przewidziano, grzało bardzo mocno, w górskich miejscowościach igrzysk na ulicy temperatura sięgała w czwartkowe południe 18 stopni. W ośrodku biegowym Laura, gdzie do nieba trochę bliżej – w momencie startu termometry pokazywały +14.

Dziewczyny na nartach nie mają wielu możliwości ochłody, tyle, co czapkę zamienić na opaskę, podwinąć rękawy albo od razu startować w krótkich. Amerykanka Ida Sargent pobiegła w koszulce bez rękawów, dzięki czemu widzowie zobaczyli, co oznacza dla mięśni ramion praca kijkami w stylu klasycznym.

Johaug wymyśliła jeszcze jeden sposób chłodzenia – skróciła nogawki spodni do pół łydki i tyle można było zrobić w kwestii upału. Oczywiście trasy zabezpieczono, utwardzono chemicznie i mechanicznie – wytrzymały.

Zaczęła się walka z czasem, ruszały co pół minuty, lista startowa liczyła 76 nazwisk, najlepsze między numerami 37. i 46. W tej profesji nie ma przypadków, trzeba było czekać tylko na te kilka biegaczek, by wiedzieć, kto walczy o medale.

Pierwszy pomiar czasu po 2,2 km: Justyna Kowalczyk przebiegła obok fotokomórki w świetnym tempie. Na niefachowe oko narty były posmarowane dobrze – sunęły ze świstem, długi krok, mina biegaczki sroga, skupienie ogromne, czasem przygryziona warga i mały grymas na twarzy.

Za chwilę puls podskoczył: Bjoergen traci, całe 1,9 sekundy, pole pokazujące czas przy nazwisku Justyny lśniło w telewizorze na zielono, odrobina nadziei już się wykluła i nie dawała myśleć, że może być gorzej. Przebiegła Johaug, odrobinę wolniejsza, 4,2 s do Polki. Mamy liderkę.

Pierwsza pętla będzie łatwa – brzmiały nam w uszach słowa Justyny, ale to przecież tylko słowa, my widzieliśmy schylone plecy biegaczki z nr 43. i równą, ciężką pracę jej nóg i ramion. Połowa dystansu i znów serce rośnie: Kowalczyk wciąż pierwsza, Bjoergen wciąż druga, ale różnica rośnie, już ponad 9 sekund. Trzecia Kalla, czwarta Johaug. Następny pomiar – 8 km.

Zobaczyliśmy Peepa Koidu, estońskiego serwismena, który w razie wpadki zapłaciłby chyba głową. Biegł gdzieś na trasę z parą zapasowych kijków. Wyobraźnia podsuwa zawsze złe powody, ale nie, tylko zmieniał pozycję w łańcuchu wsparcia.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że Bjoergen próbowała przyspieszyć. Wybrała dobry moment, na zjazdach, tam zawsze czuła się lepsza od innych, od Polki też. Śnieg rozjeżdżony, zjazdy niebezpieczne, kto jak nie ona miał atakować. Zaczęła się zbliżać do Kowalczyk. Ale trwało to krótko. Potem sama przyznała: – Nie dałam rady, nie będę zwalać na narty. Po prostu ona była lepsza i cieszę się, że właśnie Justyna wygrała ten bieg.

Marit przegrała naprawdę dotkliwie, na ostatnich dwóch kilometrach narty przestały  ją nieść. Drugą pozycję straciła szybko, potem trzecią, czwartą. Za Kowalczyk nie było już wielkiego tasowania, tylko Johaug odparła atak Saarinen, ale do Kalli miała za daleko.

Po 8 km złoto już wisiało na szyi Polki: Kalla – 23,8 s straty, Johaug – 31,7. Ostatni podbieg, Justyna zwolniła, po raz pierwszy nie była najszybsza na odcinku pomiarowym, ale naprawdę nie musiała, wiedziała, że jest mistrzynią. I to jaką!

Padła za metą, leżała długo, gdy wstała była jeszcze podniecona walką. Szczęście powoli dochodziło do głowy. Na podium, tym pierwszym, zwanym stosownie „kwiatowym", napięcie trochę zelżało – w końcu popłynęły szeroką strugą łzy szczęścia, widok, jak każdy wie, u pani Justyny rzadki.

Potem to, co robi się rutynowo: odrobina kosmetyki w wielkim namiocie dla zawodniczek i można zaczynać wywiady, zdjęcia, opinie, uśmiechy. Konferencję prasową przerwała dość szybko przez wezwanie na kontrolę dopingową.

Kilka godzin później, już w Parku Olimpijskim, znów między płonącym (i jakby lekko dymiącym) zniczem i Adler Areną odebrała złoto-kryształowy ciężki krążek. Po panczenistach, najlepszych na dystansie 1000 m, przed parami sportowymi w łyżwiarstwie figurowym. Ich Rosjanie zostawili sobie na wieczorny deser, bo złoto i srebro zostaje w ich kraju.

My czekaliśmy, by znów wybrzmiał przedłużony Mazurek Dąbrowskiego, znów patrzyliśmy z daleka i słuchaliśmy głosu jak dzwon: – Zołotuju miedal połuczajet Justina Kowalczik, kamanda Polszy...

Pytania o ciąg dalszy oczywiście padły. Najważniejsza odpowiedź też: Justyna Kowalczyk biega dalej. Na razie w biegu sztafetowym 4x5 km. Już za dwa dni, w sobotę o 11 czasu polskiego. Pobiegnie stylem klasycznym. Ta kobieta nie poddaje się nigdy.