Korespondencja z Tokio

Może organizatorzy igrzysk mają gości zza granicy za intruzów, ale nie wszyscy tokijczycy podzielają ich zdanie. Miejscowi machają w kierunku autobusów, a pod Stadionem Olimpijskim osaczali barierki oraz płoty, witając dziennikarzy, pozdrawiając i życząc im udanej zabawy.

Ceremonia otwarcia była skromna, ale trudno o inną, skoro dzieje się w dobie pandemicznych obostrzeń, a pracę przy jej organizacji tracili kolejno dyrektor kreatywny, kompozytor i reżyser.

Polacy wyszli na stadion jako 165. wśród 206 reprezentacji. Pochód tradycyjnie otworzyli Grecy, a zakończyli gospodarze. Wśród chorążych byli m. in. Shelly-Ann Fraser-Pryce, Chad Le Clos, Laszlo Cseh, Petra Kvitova, Pita Taufatofua, a także Maja Włoszczowska i Paweł Korzeniowski.

Flagi każdego kraju nieśli kobieta oraz mężczyzna, bo organizatorzy igrzysk dążą do równości płciowej. Już za trzy lata w Paryżu wśród uczestników imprezy zapanuje parytet.

Parada odbyła się przy muzyce z japońskich gier komputerowych: "Sonic the Hedgehog", "Final Fantasy" czy "Pro Evolution Soccer".

Później nie zabrakło także "Imagine" Johna Lennona, który zaśpiewali Angelique Kidjo, Alejandro Sanz, John Legend, Keith Urban i dziecięcy chór Suginami.

Flaga olimpijska zawisła na maszcie, a ogień zapłonął w zniczu o kształcie kwiatu umieszczonego na szczycie Fudżi. Zapaliła go największa gwiazda japońskiego sportu, czyli Osaka, co było wyborem dość banalnym.

Obserwowanie, jak fajerwerki oświetlają puste trybuny, wywołujące falę barw wolontariuszy, było widowiskiem przedziwnym. Cieplej na sercu zrobiło się, kiedy ruszyła parada sportowców. Delegacje były niewielkie, ale radość w oczach tych, którzy może już zwątpili w powodzenie igrzysk - ogromna.