Korespondencja z Tokio

Pływacy Jewgienij Ryłow i Ryan Murphy na mecie wyścigu na 200 m stylem grzbietowym przybili piątki, pogratulowali sobie wyniku, ale później zrobiło się niemiło. Słowa Australijczyka wywołały sztorm. Wystarczyły dwa złote medale Rosjanina (Ryłow triumfował wcześniej także na dwukrotnie krótszym dystansie), aby odżyły podejrzenia o doping.

Odżyły, a może po prostu wypłynęły na powierzchnię, bo Rosjanie – odkąd wyszło na jaw, że istniał u nich wspierany przez państwo system dopingowy, którego osiągnięcia próbowali później tuszować – stracili przywilej domniemania niewinności.

– Miałem po tym starcie piętnaście refleksji i trzynaście z nich wpędziłoby mnie w kłopoty – wypalił Murphy. – Praca przez rok z wiedzą, że biorę udział w wyścigu, który nie jest czysty, jest dość wyczerpująca psychicznie. Niestety, ale nie mam czasu, by połączyć treningi z próbą wpływania na ludzi, którzy podejmują decyzje.

Sierżant z medalem

Jego słowa zrobiły wrażenie, bo wiadomo, że chodzi o dopuszczenie Rosjan do startu w igrzyskach i jeszcze żaden olimpijczyk nie wypowiedział się w tej sprawie tak zdecydowanie.

Rosyjskich sportowców niby w Tokio nie ma, a jednak są. Nie mają flagi ani hymnu, a po złotych medalach słuchają na podium koncertu Czajkowskiego. Sukcesów im jednak nie brakuje, bo zawsze byli gigantem sportu, a sito kwalifikacyjne zagęściły dla nich tak naprawdę tylko dwie federacje: lekkoatletyczna i podnoszenia ciężarów.

Efekt jest taki, że do Tokio przyjechało 335 sportowców z Rosji, choć oficjalnie Międzynarodowy Komitet (MKOl) zakazał ich tak nazywać.

Żadnemu z rosyjskich olimpijczyków nigdy nie udowodniono dopingu i piłeczka szybko wróciła do Murphy'ego, bo przecież Amerykanie nie mieli problemów z wysyłaniem na wielkie imprezy dwukrotnie zawieszanego za doping sprintera Justina Gatlina, a Ryłow nie wyskoczył na igrzyskach jak diabeł z pudełka. Wielu od dawna widziało w nim głównego kandydata do złotego medalu.

Sierżant sztabowy moskiewskiej policji już kilka lat temu bił młodzieżowe rekordy globu, jest ośmiokrotnym medalistą mistrzostw świata na długim basenie. Wygrywał z Murphym na swoim koronnym dystansie zarówno cztery, jak i dwa lata temu.

Sukcesy tak ośmieliły Rosjan, że zaczęli kreować, nawiązując do przeboju grupy „Queen" hasło #weWillROCYou. Nie ma pewności, kto je wykreował, ale podobno była to telewizyjna gwiazdka Tina Kandelaki.

Rosjanie na prowadzeniu wojny hybrydowej w sieci znają się jak mało kto, więc nic dziwnego, że ruszyła lawina. Hasło pojawiło się w postach wspieranych przez państwo mediów, używać zaczęli go artyści i influencerzy związani z Kremlem. Na jednej z moskiewskich ulic pojawił się już mural z tym hasłem, przedstawiający rosyjskiego judokę pokonującego rywala z napisem „WADA" (to angielski skrót oznaczający Światową Agencję Antydopingową) na rękawie.

– Znów oglądamy ten sam horror. Mamy do czynienia wyłącznie z rebrandingiem, który nie zatrzyma Rosjan. Żyjemy w skazanym na zagładę systemie, który pozwala jednemu narodowi kpić z igrzysk – piekli się szef Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA) Travis Tygart, choć jego organizacja nie umie objąć kontrolami antydopingowymi lig zawodowych i sportu akademickiego w USA.

Głos zabrali nie tylko on i Murphy, ale także inna pływacka gwiazda zza oceanu, czyli Lilly King. – Jest na igrzyskach wielu zawodników, którzy w ogóle nie powinni tu być – wypaliła.

Z głębi serca

Minęła godzina od uścisku dłoni, a już Murphy i Ryłow siedzieli na konferencji prasowej, podczas której Amerykanin zapewniał, że wcale nie oskarża rywala o doping, a Rosjanin zarzekał się, że niedozwolonych środków nigdy nie brał i na pewno nie bierze.

– Gratuluję Jewgienijowi, bo jest bardzo utalentowany i ma świetną technikę – zaznaczył Murphy. Kiedy jednak zapytano go, czy ma pewność, że brał udział w wyścigu „czystym", zaczął kluczyć. – To frustrujące, ale nie mogę powiedzieć tego ze stuprocentową pewnością, skoro wszyscy wiemy, jakie rzeczy działy się w przeszłości – wyjaśnił.

Ryłow zaznaczył, że nie tylko jest „czysty", ale też pilnie wypełnia wymogi systemu ADAMS, gdzie czołowi sportowcy zgłaszają swoje dane pobytowe do wiadomości agentów kontroli antydopingowej. – Mówię to z głębi serca – podkreślał.

Prawdopodobnie właśnie takiego zachowania wymagał od niego Rosyjski Komitet Olimpijski. Dziennikarze „Washington Post" jeszcze przed igrzyskami ujawnili, że Ryłow oraz inni sportowcy z Rosji dostali listę wskazówek z odpowiedziami na niewygodne pytania. Potwierdził to później rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow.

Instrukcja obsługi

Sportowcy mogli więc przeczytać w broszurze, że „informacje roznoszą się szybko, a nieostrożne odpowiedzi, w które spróbują wrobić ich wytrenowani ludzie, mogą przynieść wiele złego".

Black Lives Matter? „Igrzyska nigdy nie powinny stać się platformą dla jakichkolwiek politycznych gestów". Przemoc? „Nigdy nie doświadczyłam molestowania seksualnego, ale wiem, że ten problem istnieje w wielu krajach". To główne rosyjskie założenia taktyczne na konferencje prasowe. W strefie wywiadów może wystarczyć krótkie: „Bez komentarza".

Sztorm na basenie zaczął się dzień po tym, jak tenisista Daniił Miedwiediew zażądał odebrania akredytacji dziennikarzowi, który zapytał go, czy uważa, że rosyjscy sportowcy startują w Tokio z piętnem dopingowiczów.

– Powinieneś się wstydzić – odpowiedział i przekazał szefowej biura prasowego, że nie chce tego dziennikarza więcej widzieć. Kolejnego dnia Miedwiediew odpadł z turnieju, ale nie zawiedli jego rodacy. Karen Chaczanow dotarł do finału turnieju singlowego, a walka o złoto w mikście okazała się wewnętrzną sprawą Rosjan.

Dla szefa ROC-u Stanisława Pozdniakowa te wyniki to jasny sygnał: – Widać, że nasi sportowcy potrafią rywalizować i zwyciężać także bez dopingu.

Rosja musi jednak poczekać, by świat w to uwierzył bez zastrzeżeń.