To był mecz ludzkich scen. Takich, gdy zwyciężczyni długo przytula rywalkę, szepcząc jej do ucha słowa pocieszenia, choć przecież reżim sanitarny podobnych gestów zakazuje. Albo takich, kiedy przybita porażką tenisistka trzęsie się z płaczu, bo chciała aż za bardzo, a z ławki po wielu minutach podnosi ją przyjaciółka.

Świątek po łatwym zwycięstwie w pierwszej rundzie opowiadała, jak ważny to dla niej turniej. Przyjechała na igrzyska pierwszy raz, napędzana własną ambicją i opowieściami ojca olimpijczyka.

Tenis to sport, gdzie reputację i stan konta budują turnieje Wielkiego Szlema. Trener Piotr Sierzputowski podkreślał przed startem w Tokio, że wynik na igrzyskach nie wpłynie znacząco na karierę jego podopiecznej. Ale Iga nie jest tenisistką typową, występy w koszulce z orzełkiem na piersi – często lekceważone przez jej koleżanki po rakiecie – znaczą dla niej bardzo dużo.

Presja, jaką sobie narzuciła, musiała gnieść, skoro najpierw utonęła we łzach na ławce przy korcie, a później usiadła w samotności za trybunami, szukając prywatności pod osłoną ręcznika i głośnego jak elektrownia chóru cykad.

Świątek podczas meczu zdarzały się krótkie momenty, kiedy traciła nerwy. Czasem stuknęła rakietą o kort, innym razem uderzyła dłonią w udo. – Ona tutaj nie psuje niczego – krzyknęła w pewnym momencie w kierunku swojego teamu. Badosa faktycznie pokazała bardzo dobry tenis. – Będę szczera: grałam wspaniale – powiedziała później w strefie wywiadów.

Hiszpanka po ostatniej piłce meczu podeszła do siatki i długo naszą tenisistkę ściskała. Szeptała jej do ucha, że ma jeszcze przed sobą wspaniałą karierę i zapewne wiele wygranych turniejów.

Kiedy Świątek opanowała emocje, zaczęła cierpliwie wyjaśniać, co się stało. – Serwis to pierwsza rzecz, która zawodzi, kiedy jestem pod presją, a z tą przeciwniczką była bardzo duża, ona atakowała i wchodziła na piłkę. Czułam czasem, że jestem pod ścianą. Może mój serwis nie był zły, ale też nie tak wyśmienity, jak u rywalki. Jestem też zła na kilka zepsutych piłek – mówiła Świątek.

– Ten mecz był do uszczypnięcia, choć rywalka grała świetnie, na luzie – wyjaśniał trener Sierzputowski.

– Czasem to frustrujące, że zwycięzca jest tylko jeden. My też jesteśmy ludźmi, a rywalizować na najwyższym poziomie tydzień w tydzień nie jest łatwo. 90 proc. z nas płacze po przegranych meczach – dodała Iga. Obiecała też, że podczas kolejnych igrzysk, w Paryżu, na ukochanej przez nią mączce kortów Roland Garros, będzie dużo lepiej.

Smutek po porażce sprawił, że zapomniała na chwilę o drugim życiu w Tokio, czyli turnieju miksta z Łukaszem Kubotem. Kiedy dziennikarze jej o tym przypomnieli, odparła: – Skoncentruję się na tym, aby poczuć luz i mieć z tego jak najwięcej zabawy.

Mikst to turniej nietypowy, podczas igrzysk biorą w nim udział zazwyczaj singliści, par jest tylko 16, więc do medalu wystarczą trzy zwycięstwa. Jednocześnie to gra nieprzewidywalna, skoro przystępują do niej tenisiści nienawykli do rywalizacji deblowej.

– Emocjonalnie start olimpijski to był dla Igi najważniejszy w tym roku. Myślę, że porażka z Badosą dużo ją kosztowała – mówi Sierzputowski. – Debel i mikst to już konkurencje, gdzie pojawia się więcej elementów losowych. Mówimy wręcz o innej dyscyplinie. Nie mam żadnych oczekiwań. Nie zdziwi mnie ani medal, ani porażka w pierwszej rundzie.