Czyn ten, mimo że dokonany na oczach 100 tys. ludzi, przez lata był zapomniany, a bohaterem dla wielu Polaków stał się czeski student Jan Palach, który zdecydował się na podobny krok w połowie stycznia 1969 r.

Gest Ryszarda Siwca nie był czynem szaleńca, człowieka niezrównoważonego – jak to próbowano wmawiać w okresie PRL – lecz działaniem przemyślanym, zaplanowanym dojrzałej osoby. 59-letni Siwiec starannie się przygotował, włącznie ze spowiedzią, listem pożegnalnym do małżonki i testamentem. Podpalił się kwadrans po południu, w trakcie części artystycznej centralnych uroczystości dożynkowych niemal naprzeciwko trybuny głównej, na której znajdowało się kierownictwo partii i państwa, na czele z I sekretarzem KC PZPR Władysławem Gomułką. W rękach trzymał flagę narodową, na której napisał: „Za Naszą i Waszą wolność. Honor i Ojczyzna". Paląc się, krzyczał: „Protestuję", „Niech żyje wolna Polska" i „To jest okrzyk konającego wolnego człowieka". Apelował też do świadków zdarzenia, aby go nie gasili.

Ogień na nim ugasili milicjanci, którzy też wyprowadzili go ze stadionu. Następnie został przewieziony do Szpitala Praskiego, gdzie zmarł trzy dni później – nie miał praktycznie szans na przeżycie, oparzenia obejmowały ponad 80 proc. jego ciała. W testamencie napisał m.in.: „Ja Ryszard Siwiec, zdrów na ciele i umyśle, po długiej walce i rozwadze postanowiłem zaprotestować przeciw totalnej tyranii zła, nienawiści i kłamstwa, które opanowały świat".

A w liście pożegnalnym do żony, pisanym podczas jazdy pociągiem do Warszawy, stwierdzał: „Kochana Marysiu, nie płacz [...] Wybacz, nie można było inaczej. Po to żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność, ginę, a to mniejsze zło niż śmierć milionów".

O tych samych motywacjach wspominał, leżąc ciężko poparzony w szpitalu, co utrwalili funkcjonariusze SB. I dodawał: „Nie odczuwam żadnego bólu [...] Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę [...] Niech żyje prawda, niech żyje wolność, niech żyje człowieczeństwo, niech żyje demokracja, niech żyje konstytucja!".

Czyn Siwca przeszedł niestety bez echa. Został nagłośniony dopiero kilka miesięcy później (w kwietniu 1969 r.) przez Radio Wolna Europa. Jego poświęcenie doceniono zaś po 1989 r. Został m.in. odznaczony najwyższym czeskim odznaczeniem – orderem Tomasza Masaryka pierwszej klasy. Jego imię nadano ulicom w Warszawie i Pradze oraz mostowi w Przemyślu, gdzie mieszkał, postawiono mu też pomnik obok stadionu, na którym dokonał samospalenia. A dzisiaj pozostaje symbolem polskiej niezgody na brutalną pacyfikację Praskiej Wiosny.