Przecież dopiero co wrócił z żoną z Wenecji, gdzie pływali gondolami, zwiedzali muzea, śmigali torpedowcem po Adriatyku i opalali się na plażach, czerpiąc pełnymi garściami z życia za pieniądze swoich rodaków. Po co była im potrzebna wojna z Polską, a w konsekwencji z całym światem? Mieli przecież wszystko, czego pragnęli. Podobnie jak żyjący w bizantyńskim przepychu marszałek polny Hermann Göring, który z tego powodu nazywany był przez rodaków Królem Słońce III Rzeszy. Dla tych dwóch nielubiących się i rywalizujących ze sobą ludzi życie w pokojowej III Rzeszy było spełnieniem wszystkich marzeń i aspiracji. Wojna była całkowicie niepotrzebnym wstrząsem, który wprowadzał do ich patetycznego i kołtuńskiego życia chaos i poczucie zagrożenia.

W Wenecji Goebbels nie zaprzątał sobie głowy pogłębiającym się kryzysem w Europie. Z wakacyjnego letargu wyrwało go dopiero przemówienie prezydenta Polski Ignacego Mościckiego w sprawie Gdańska, w którym padły słowa: „niebawem przyjdzie więc na nich pora". 8 sierpnia niemiecki minister propagandy wydał zarządzenie, by wszystkie doniesienia o polskich groźbach skierowanych pod adresem Niemców drukować na drugich stronach gazet. Z jednej strony pragnął żyć w swoim idyllicznym i spokojnym świecie, z drugiej nieustannie poprzez swoje działania propagandowe podgrzewał wojenne nastroje. 15 sierpnia przeprowadził się do wybudowanej za 3,2 mln marek rezydencji w Lanke. Podziwiał luksusowy wystrój i wyposażenie sali bankietowej, w której w przyszłości chciał przyjmować zagranicznych gości. Marzył, że ten pałacyk będzie jego podberlińskim przytuliskiem, do którego będzie też ściągał kochanki wybierane wśród gwiazd filmowych.

Niby nie chciał wojny, ale przecież już 18 sierpnia znowu dolał oliwy do ognia, atakując w jednej z gazet polskiego wojewodę śląskiego za rozpętanie rzekomej fali „barbarzyńskiego terroru" wobec Niemców. Nie był przecież ślepym głupcem niezdającym sobie sprawy z ogromu ryzyka, jakie podejmował Hitler. Tego samego dnia zanotował: „W powietrzu wisi wielkie napięcie. Wystarczy iskra i baryłka z prochem w okamgnieniu wylatuje w powietrze".

Wszystkie jego obawy zgasły dopiero w dniu, w którym dowiedział się, że Stalin i Hitler ubijają interes podziału Polski i kilku innych państw. „To jest coś! – zanotował z zachwytem. – Tworzy to całkiem nową sytuację. Zawinęliśmy do bezpiecznego portu. Teraz będziemy mogli znowu spać nieco spokojniej". Porozumienie z Sowietami otwierało drogę do bezkarnej napaści na słabszych sąsiadów. Goebbels miał jednak niemały dylemat. Jak ukazać niemieckiemu społeczeństwu przymierze z komunistami, z którymi przecież brutalnie walczył o władzę i rząd dusz od 20 lat? „Wszelkie komentarze muszą być utrzymane w duchu rozsądku i obiektywizmu, bez nuty triumfalizmu i schadenfreude" – nakazał swoim podwładnym.

23 sierpnia Hitler przedstawił Goebbelsowi treść korespondencji ze Stalinem i powiedział wprost, że Niemcy podzielą się z Sowietami państwami bałtyckimi oraz Polską. Dzień później Goebbels był tak uradowany podpisanym w Moskwie paktem Ribbentrop-Mołotow, że pozwolił redaktorom naczelnym wszystkich gazet na wyrażanie pewnej dozy schadenfreude. Dziennikarzom nie pozwolono co prawda wnikać w szczegóły, ale mogli dość swobodnie wyrażać uznanie dla mądrej polityki swojego wodza i „wielkiego sowieckiego przywódcy". „Możecie, panowie, dać do zrozumienia, że celem tego układu jest umożliwienie Niemcom i Rosji rozwiązania wyłącznie w drodze dwustronnych rokowań wszystkich doniosłych problemów związanych z kwestią Lebensraum w Europie Wschodniej" – zaznaczył Goebbels.

W ten oto sposób sojusz ze Stalinem otworzył w dosłownym znaczeniu bramy piekieł. Tydzień później zaczęła się największa wojna w dziejach świata, a ponad pięć lat później Joseph Goebbels i jego żona popełnili samobójstwo w Berlinie. Ich patetyczna rezydencja w Lanke została zamieniona w podrzędny hotel.