Co pan czuł, oglądając sceny z obalenia pomnika ks. Jankowskiego?

Pomyślałem, że sam ksiądz nazwałby to niezłą i dobrze przygotowaną akcją. A nawet pochwalił takie działanie, będące w jego stylu. Sam jako kapelan Solidarności był wiele razy inicjatorem działań na granicy prawa. To on pozwalał stoczniowcom coś niszczyć i demolować. Jednak już na pierwszy rzut oka widać, że to nie są emocje skrzywdzonych ludzi, lecz większy projekt. Ktoś tych ludzi wynajął, zapewnił narzędzia, sprzęt i kamery, a samo zburzenie pomnika wykonane zostało tak sprawnie i fachowo, jakby było poprzedzone długimi treningami.

 

Nie wierzy pan w prawdziwość emocji wywołanych ujawnieniem skandali seksualnych z udziałem prałata?

Chciałbym wierzyć, że nikt nie jest w stanie posunąć się do takiego poziomu konfabulacji na tak poważny temat. Ale niestety coś tu nie gra. Zapoznałem się z historią pani Barbary Borowieckiej, głównej bohaterki reportażu Bożeny Aksamit w „Gazecie Wyborczej”. Ta kobieta twierdzi, że doświadczyła zadziwiającej ilości traum, nie tylko od ks. Jankowskiego, ale też m.in. rodziców, a w młodym wieku miała być nawet zmuszona do aborcji. To wszystko pachnie mitologizowaniem albo konfabulacją. Albo weźmy relację Michała Wojciechowicza, znanego w Trójmieście pod pseudonimem Pistolet, który twierdzi, że ks. Jankowski miał wzwód, gdy go przytulał. Dziś opisuje to w dramatycznych słowach, jednak po tamtym zdarzeniu wielokrotnie pojawiał się na plebanii. Ksiądz przyjaźnił się z jego matką, która była internowana.

I najdrastyczniejszy przykład: Ewa, przyjaciółka Barbary Borowieckiej, która wyskoczyła z okna, gdy zaszła w ciążę z Jankowskim.

To dla mnie jest najbardziej tajemnicze. Gdybym był prokuratorem, wszcząłbym śledztwo i poszukał jej grobu. Na razie pani Barbara Borowiecka nie jest w stanie nawet podać nazwiska Ewy, choć była rzekomo jej najlepszą przyjaciółką. Rozmawiałem w Gdańsku z mieszkańcami tej ulicy i nigdy nie słyszeli o takim samobójstwie. Jest też inna słabość narracji przedstawianej w mediach. Wynika z niej, że na przełomie lat 60. i 70. molestujący dzieci prałat był karnie przeniesiony. W rzeczywistości trafił z kościoła św. Barbary do położonej kilometr dalej św. Brygidy, bo na gdańskiej starówce jest świątynia na świątyni. Chodził wciąż tymi samymi ulicami i mijał tych samych ludzi. Spędziłem z prałatem kilkanaście lat i nigdy nie spotkałem się, by jakaś osoba na ulicy coś mu wypomniała, nawet tam, gdzie teoretycznie powinni mieszkać pokrzywdzeni. Wręcz przeciwnie, ludzie reagowali entuzjastycznie.

Kiedy poznał pan prałata?

W 1996 r. Postanowiłem pojechać do św. Brygidy, bo prałat był jednym z bohaterów mojej młodości. Wakacje spędzałem u moich dziadków w Malborku, czyli rzut beretem od Gdańska. W tamtym czasie pojawiały się pierwsze zarzuty dotyczące molestowania, formułowane przez słynnego już Sławka, który miał sypiać w jednym łóżku z prałatem. Z czasem spędzałem na plebanii coraz więcej czasu. Poznałem tego chłopaka. Zauważyłem, że prałat wciąż pomaga jego rodzinie, a o chłopaku nigdy nie wyraża się źle. Mówił, że Sławek miał problemy w domu, więc wymaga troski. Zeznania Sławka w prokuraturze były zresztą mocno podkoloryzowane. Tak jakby chciał zaszkodzić większej grupie osób, nie tylko prałatowi. Warto zauważyć, że sam prałat poprosił historyka Petera Rainę, by opublikował akta ze sprawy Sławka, które stały się jednym z najważniejszych elementów reportażu Bożeny Aksamit. Czy tak się zachowuje pedofil, który ma coś do ukrycia?

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Konkurs dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ

Co sądzi pan o relacji Piotra, kolejnej osoby wymienionej w reportażu, którego prałat miał zmusić do seksu oralnego?

W swoich zeznaniach w prokuraturze w 2004 r. opisał wnętrze mieszkania, które nie było mieszkaniem ks. Jankowskiego z tamtego okresu. Poza tym starszy, elegancki pan – jak określił prałata – nie mógł podjechać po niego mercedesem, bo ksiądz nigdy nie prowadził sam samochodu. To tyle, jeśli chodzi o wiarygodność tamtych zeznań.

Dlaczego na plebanii było tak dużo młodzieży?

Po pierwsze dlatego, że był to znany człowiek, ktoś w rodzaju historycznego celebryty. Po drugie, niektórzy ze szczerych pobudek religijnych chcieli udzielać się na rzecz Kościoła, a prałat zawsze znalazł coś do roboty. Po trzecie, pamiętajmy, że w tamtym czasie młody człowiek poza szkołą, Kościołem i boiskiem nie miał wielu innych atrakcji.

Jak częstą praktyką było nocowanie młodych ludzi na plebanii?

Tam są też pokoje gościnne, a przynajmniej były w czasach, które znam. Jeśli ktoś musiał zostać, to zostawał. Jednak trudno nazwać to częstą praktyką.

A serwowanie przez młodych chłopaków alkoholu podczas przyjęć, na co miał zwrócić uwagę jeden z księży przesłuchiwanych w 2004 r.?

Prałat wychodził z założenia, że jeśli robi przyjęcie, bierze do obsługi wszystkich, których ma pod ręką. Często chłopców z biednych rodzin, którzy wdziewali garnitury, obsługiwali wojewodę albo prezydenta i jeszcze dostawali za to po stówie. Jeśli wśród chłopaków był ktoś niepełnoletni, może i jest to jakiś skandal. Jednak uważam, że nie ma to większego znaczenia. Sam prałat Jankowski zresztą raczej częstował gości, niż sam pił. Czasem może wychylił kieliszek Fernet Branca do obiadu. Może to potwierdzić każdy, kto go zna. Mogę dużo powiedzieć o zachowaniach prałata, bo właściwie przez wiele lat z nim mieszkałem, m.in. przy ul. Francuskiej w Warszawie, siedzibie Instytutu ks. prał. Henryka Jankowskiego. Spędzaliśmy prawie cały czas razem od 2000 r. do kilku tygodni przed śmiercią prałata, gdy wzięła go pod opiekę rodzina i kuria. Zakładam, że przy mnie czuł się swobodnie.

Nie zauważył pan żadnych anomalii seksualnych?

Nie, choć byliśmy razem nawet na basenie i w saunie. Być może dało się dostrzec jakąś nadaktywność księdza w stosunku do młodych osób. Interesował się, kim są i co mają w planach. Jednak sugerowanie, że może to oznaczać pedofilię, to jakaś paranoja.

Oskarżenia o pedofilię to nie wszystko. Znów głośno jest o współpracy prałata z SB. Mówił o tym m.in. Bogdan Borusewicz, legenda podziemnej opozycji.

Ksiądz był formowany w duchu instrukcji Episkopatu dla duchowieństwa w sprawie działalności politycznej z 1953 r. Wynikało z niej m.in., że nie należy odmawiać oficjalnych rozmów z władzą, z tym się spotkać, z tamtym ponegocjować. On był w tym mistrzem. Gdy rozmawiałem z nim prywatnie, pytał mnie, o co chodzi z tą Libellą (pseudonim prałata jako TW – red.). Czy to marka makaronu? – pytał. Z formalnego punktu widzenia trzeba by go też uznać za kontakt operacyjny Stasi o pseudonimie Mercedes. Ale czy udzielał jakichś ważnych informacji? Zresztą sam poprosił Petera Rainę o opublikowanie teczki w Stasi. Musiałby być niespełna rozumu, by samemu kręcić na siebie bicz.

Może broni pan Jankowskiego, bo jest pan przedstawiany jako człowiek, który miał zły wpływ na prałata i wykorzystywał jego wizerunek, by sprzedawać wino i wodę mineralną?

Skoro w tak małej sprawie, jak moja, można użyć tylu kłamstw, nie powinno dziwić to, co dzieje się dziś z prałatem. Nie wymyśliłem żadnego wina. Nigdy go też nie produkowałem. Wino było już, zanim zostałem prezesem Instytutu ks. prał. Jankowskiego. Produkowała je firma Komers International ze Straszyna. Pomysłodawcą był dr Michał Antoniszyn, który w jednej z niemieckich miejscowości odkrył niewielkie muzeum ku czci prałata Jankowskiego, gdzie jako gadżet oferowano wino. Wokół szyjki była ulotka z wnętrzem kościoła św. Brygidy, zdjęciem prałata i historią Solidarności. Ludzie z otoczenia prałata postanowili produkować takie wino, by dać mu narzędzie do zdobywania środków finansowych, jednak nie skończyło się to wielkim sukcesem.

Prałat wciąż zasługuje na pomnik?

Był postacią historyczną, jak wiele osób na cokołach. Niektóre z nich były zresztą mocno kontrowersyjne. A na ujawniane ostatnio rewelacje nie ma twardych dowodów. Gdy się pojawią, pierwszy uderzę się w pierś jako ten, który przez tyle lat miał klapki na oczach.

W dyskusji wokół sprawy prał. Jankowskiego przytaczamy punkty widzenia różnych stron. Dla „Rzeczpospolitej” wypowiadali się też historycy prof. Andrzej Friszke i dr Grzegorz Majchrzak.