Religia to opium ludu. Religia to rodzaj duchowej gorzałki, w której niewolnicy kapitału topią swe ludzkie oblicze, swoje roszczenia do choćby trochę godnego ludzkiego życia” – pisał w 1905 r. Włodzimierz Iljicz Uljanow – Lenin, gdy w dalekiej Szwajcarii jako rosyjski emigrant prowadził aktywną działalność publicystyczną i starał się jednoczyć środowiska bolszewickie. – „Sam jestem osobistym wrogiem pana Boga”.

Przyszły wódz rewolucji w swoich „Dziełach”, a także wysyłanych listach (stanowiły fundament ideologii bolszewickiej) określał jako wrogą każdą religię, z chrześcijaństwem na czele.

Berlin w okresie świątecznym na Alexanderplatz: witryna sklepu z telewizorami, towarem luksusowym w

Berlin w okresie świątecznym na Alexanderplatz: witryna sklepu z telewizorami, towarem luksusowym w NRD. Jedna z reklam zachęca „Bezpłatną dostawą na terenie Berlina”

GETTY IMAGES

Gdy w październiku 1917 roku komuniści przejęli władzę w Rosji, Lenin przekuł swoje słowa w czyn. Zaczęła się aktywna walka z religią, której najbardziej krwawym obliczem było mordowanie prawosławnych duchownych, niszczenie cerkwi i grabienie kosztowności. Łupy sprzedawano za granicą, aby zdobyć pieniądze na cele rewolucji, a konkretnie na finansowanie ruchu komunistycznego za granicą. Doprowadziło to do buntów chłopskich w obronie wiary, krwawo tłumionych przez siły rewolucji.

Kulminacją tej krwawej kampanii był rok 1922, kiedy tysiące prawosławnych duchownych zostało zamordowanych lub znalazło się w lochach owianej złą sławą Czeka, czyli tajnej, nadzwyczajnej komisji do walki z kontrrewolucją i sabotażem.

Szkoła Jarosławskiego

Lenin stwierdził, że krwawa rozprawa z Kościołem i duchowieństwem nie wystarczy. Aby uformować nowego, komunistycznego człowieka, potrzebował wykorzenić tradycję i kulturę wyrosłą z wiary chrześcijańskiej. W 1922 roku zarządził przeprowadzenie wielkiej kampanii przeciwko religii. Nadzór nad nią powierzył Lwu Trockiemu, a ten oparł się na sprawdzonym i zaufanym towarzyszu – Jemieljanie Jarosławskim. Jarosławski powołał pismo „Bezbożnik”, które w agresywny sposób atakowało wiarę, szydziło z chrześcijaństwa i z obrzędów religijnych. Na łamach „Bezbożnika” rozpoczęła się kampania, która miała na celu zdemaskowanie „oszukańczego” charakteru relikwii. Według wiary prawosławnej szczątki świętych nie ulegają rozkładowi. W rosyjskich klasztorach znajdowały się setki zdobionych trumien, które miały zawierać nienaruszone ciała świętych. Były one nawet miejscami pielgrzymek. Po kampanii Jarosławskiego władze rozpoczęły akcję niszczenia grobów, rozbijania trumien i wyrzucania z nich zwłok. Okazało się, że znajdowano w nich szkielety, co propaganda pokazywała jako dowód, że religia to wielkie oszustwo. Kampania przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego, wywołała tylko wśród ludności wiejskiej sprzeciw i bunt. W mieście Szuja okoliczni chłopi zbrojnie przegnali funkcjonariuszy Czeka, co spowodowało wysłanie karnej ekspedycji.

W 1922 roku sowiecki rząd rozpoczął bezprecedensową kampanię dyskredytacji Bożego Narodzenia. W wielkich miastach Rosji zaczęto pospiesznie inscenizować parodie uroczystości religijnych. Największą popularność zyskało tzw. komsomolskie Boże Narodzenie. W wigilię tych ważnych dla chrześcijan świąt komórki komsomołu rozsiane po całym kraju otrzymały polecenie, aby w swoich miastach zainscenizować „masowe procesy bóstw”.

Portret Józefa Stalina obok choinki... Żołnierze Czechosłowackiej Armii Ludowej czytają kartki świąt

Portret Józefa Stalina obok choinki... Żołnierze Czechosłowackiej Armii Ludowej czytają kartki świąteczne w wojskowych koszarach podczas świąt Bożego Narodzenia w 1950 r.

PAP/CTK

Na przykład w Homlu (dziś południowo-wschodnia Białoruś) w trakcie pasterki zorganizowano w miejskim teatrze wielki „proces bogów” prawosławnych, katolickich i żydowskich, których role odgrywały kukły. Sędziowie, starannie wyznaczeni do odegrania swojej roli, przy aplauzie publiczności (głównie komsomolców) skazali „podsądnych” na śmierć przez spalenie i w pierwszy dzień Bożego Narodzenia „wyrok” wykonano na głównym placu miasta, przy radosnym wyciu młodych komunistów i zgorszeniu wiernych (więcej na ten temat pisze Robert Cheda na stronach J4 i J5 – przyp. red.).

Wojujący ateizm

Antyreligijną politykę Lenina kontynuował jego wierny uczeń – Józef Stalin. Gdy w 1945 roku skończyła się II wojna światowa, kraje Europy Środkowo-Wschodniej znalazły się w strefie wpływów sowieckich, co oznaczało, że rządy w nich przejmą komuniści zależni od Moskwy. W „nowym”, idealnym, marksistowskim społeczeństwie, które zamierzali budować, nie było miejsca na jakąkolwiek religię, dlatego bardzo szybko rozpoczęła się ofensywa wojującego ateizmu. Jednym z jej elementów było zwalczanie tradycji katolickich.

W PRL-u zdjęcie z Mikołajem było jedną z nielicznych świątecznych atrakcji dla dzieci; w tle – kierm

W PRL-u zdjęcie z Mikołajem było jedną z nielicznych świątecznych atrakcji dla dzieci; w tle – kiermasz ozdób choinkowych. Lublin, lata 60. XX w.

ANDRZEJ MARCZAK / FORUM

Tuż po wojnie władza starała się wykorzystać Boże Narodzenie do celów propagandowych, jednak bezskutecznie. Dlatego w 1948 roku zaostrzono kurs. Z prasy – całkowicie kontrolowanej przez rząd – zniknęło określenie „Boże Narodzenie”. Mówiono wyłącznie o „świętach”, ale nikt oficjalnie nie mówił, o jakie święta chodzi. Zmieniano też symbole. Choinkę zastąpiono najpierw bombką, potem płatkiem śniegu. Święto Mikołaja pozbawiono biskupiej laski. Był to celowy zabieg: chodziło o odebranie mu chrześcijańskiego charakteru i odwołania do prawdziwego św. Mikołaja (biskupa, który w IV wieku po Chrystusie pomagał ubogim).

W Polsce lat 50. symbolami noworocznymi stali się przodownicy pracy. Mieli z tradycji wyrugować pasterzy z betlejemskiej stajenki. Wytworzyło to rozdźwięk pomiędzy symboliką kościelną, przedstawiającą tradycyjną szopkę z narodzonym Jezusem, a świecką, gdzie nie było ani Chrystusa, ani Maryi. Do tego wszystkiego doszły życzenia składane przez przedstawicieli władzy Polakom. Życzyli im „Wesołych świąt”, nie wspominając ich nazwy.

Gdy w latach 70. w sprzedaży masowo pojawiły się telewizory, do zwalczania tradycji bożonarodzeniowej wykorzystano coraz bardziej popularną telewizję. W świąteczne poranki, w godzinach popularnych mszy świętych, emitowano interesujące programy dla młodzieży. Chodziło o to, aby skusić widzów, aby wybrali telewizję, a nie wyjście na nabożeństwo. Efekt był mizerny. Młodzież wybierała wcześniejsze msze (np. o 6.30), aby po nich spokojnie wrócić do domu i oglądać programy.

Wielkie zakupy

Rządzący Polską komuniści doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że próba całkowitego wyrugowania Bożego Narodzenia spotka się ze społecznym buntem. Dlatego jeszcze w 1949 roku odstąpiono od pomysłu, aby dni 24–26 grudnia były obowiązkowo dniami pracującymi. Zamiast tego władze ogłosiły czas „końcówki roku”, kiedy trzeba było wytężyć wszystkie siły, aby zrealizować plan narzucony przez gospodarkę centralnie sterowaną. „Przodowników pracy”, czyli osoby wykazujące się najwyższą wydajnością pracy, nagradzano. Mimo to większość Polaków pozostała wierna tradycji. 24 grudnia życie na ulicach miast zamierało, a ogromna większość polskich rodzin zasiadała do tradycyjnej wigilijnej kolacji.

Ta sytuacja okazała się ogromnym wyzwaniem dla niewydolnej socjalistycznej gospodarki. Aby zaopatrzyć się w towary niezbędne na święta, robotnicy zwalniali się z pracy pod byle pretekstem i stali w tasiemcowych kolejkach do sklepów po mięso, cukier, warzywa, etc. Konsekwencją był spadek wydajności fabryk. W latach 70. ekipa Edwarda Gierka postanowiła zmienić tę politykę. Urzędnicy ludowego państwa odpowiedzialni za planowanie gospodarki zaczęli uwzględniać potrzeby konsumpcyjne klasy robotniczej w związku ze świętami Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia. Do tych ostatnich świąt centralnie sterowana gospodarka zaczęła się przygotowywać już na przełomie sierpnia i września. Do portów bałtyckich wpływały wówczas statki z towarami przekazywanymi do sklepów w grudniu: pomarańczami, kawą, makaronami, winem z importu. Wymownym symbolem tamtych czasów były także tzw. paczki dla dzieci. Wszystkie zakłady pracy przygotowywały dla pociech swoich pracowników paczki ze słodyczami (np. produkcji radzieckiej) i sprowadzanymi z Kuby pomarańczami, na co dzień niedostępnymi w Polsce.

Nie zabrakło również paradoksów typowych dla tego ustroju. Niewydolna PRL potrzebowała dewiz, dlatego wyprodukowane towary w pierwszej kolejności trafiały na eksport. Szczególnym powodzeniem na zachodnich rynkach cieszyła się polska szynka. Wzrost eksportu spowodował jej braki w Polsce i dostatek w krajach zachodnich, m.in. w USA. Doprowadziło to do tego, że Polacy mieszkający w Stanach Zjednoczonych kupowali przed świętami polską szynkę i odsyłali krewnym do Polski. W ten sposób polska szynka, niedostępna dla obywateli, trafiała za ocean, a stamtąd z powrotem do Polaków, co niepotrzebnie podwyższało koszty transportu. Aby temu procederowi zaradzić, w latach 70. władze PRL stworzyły możliwość zamawiania paczek pocztowych opłacanych dewizami. Polak z zagranicy mógł przez telefon zamówić paczkę, zapłacić w dolarach i wskazać adres do wysyłki. Wskazywał więc adres krewnego w Polsce. Władza była zadowolona z takiego obrotu spraw, bo zyskiwała tak potrzebne jej dewizy.

W latach 70. komunistyczna władza grała świętami metodą „kija i marchewki”. Edward Gierek wielokrotnie składał robotnikom życzenia wszelkiej pomyślności, a propaganda dwoiła się i troiła, aby pokazać, że gospodarka nadąża z zaspokojeniem potrzeb ludu pracującego. W zakładach pracy wprowadzano też okazjonalne możliwości zakupów przedświątecznych i specjalne „talony” na ich realizację. Te ostatnie otrzymywali głównie ci robotnicy, którzy wykazywali się pożądaną przez władzę postawą (np. nie angażowali się w strajki i nie wspierali opozycji). Sam pomysł okazjonalnych zakupów w zakładach pracy cieszył też dyrektorów, bo zatrzymywał robotników w fabrykach, co pomagało zwiększyć ich wydajność przed końcem roku i zrealizować plan narzucony z Warszawy.

Chrześcijański charakter świąt powrócił w polskiej przestrzeni publicznej dopiero w 1989 roku. Premier Tadeusz Mazowiecki w wystąpieniu telewizyjnym mówił o Bożym Narodzeniu. Rok później życzenia w chrześcijańskim duchu złożył Polakom prezydent Lech Wałęsa.

Święto pokoju

Problem z tradycją chrześcijańską miały również władze innych krajów komunistycznych. We wschodnich Niemczech w 1950 roku wprowadzono Święto Pokoju (Friedensfest), które zaczęto później nazywać Świętem Zakończenia Roku (Jahresendfest). Władze zachęcały, aby spędzać ten czas z rodziną, jednak dbały o to, by wykorzenić chrześcijański charakter świąt.

W 1960 roku zaczęto usuwać symbolikę chrześcijańską ze znaczków pocztowych. W centrach miast nie stawiano choinek. Władze zaczęły natomiast zarabiać na eksporcie sztuki snycerskiej z terenu Rudaw. Sprzedano za granicę dziesiątki tysięcy figur ludzkich i krasnali, które wprost odwoływały się do tradycji biblijnej. A w 1950 roku na znaczkach pocztowych i w oficjalnej propagandzie w miejsce Świętego Mikołaja pojawił się Dziadek Mróz.

Oficjalnie wschodnie Niemcy były państwem świeckim. Prawo przewidywało wolność religijną. W praktyce jednak władza prowadziła politykę wojującego ateizmu. W latach 50. do zwalczania chrześcijaństwa wykorzystano Stasi – tajną policję polityczną. Jej funkcjonariusze mieli zidentyfikować osoby, które w święta chodzą na msze. Do kościołów wpuszczano tajnych agentów z ukrytymi aparatami fotograficznymi, przesłuchiwano proboszczów. Tych, których zidentyfikowano jako uczestników nabożeństw, czekały biurokratyczne nieprzyjemności: byli wzywani do organów administracji państwowej, w tym do samej Stasi, musieli też tłumaczyć się przed komórkami partyjnymi w zakładach pracy. Te szykany miały z jednej strony zniechęcić wschodnich Niemców do praktyk religijnych, z drugiej – pomóc zidentyfikować osoby potencjalnie niebezpieczne.

Świąteczne zakazy

Do legendy przeszedł pomysł Alexandra Schalck-Golodkowskiego – funkcjonariusza komunistycznej partii odpowiedzialnego za gospodarkę. Odkrył on, że obywatele NRD lubią kupować popularne ciasta z migdałami, aby stawiać je na świątecznym stole. Zaskoczyło go to o tyle, że migdały, porzeczki i pomarańcze wykorzystywane do produkcji tych ciast pochodziły z importu, a nie z NRD. Zażądał danych i zorientował się, że fabryka produkująca te ciastka kupuje owoce za granicą, płacąc za nie w dolarach. Wpadł więc na pomysł, aby zakazać produkcji tych ciast i w ten sposób zlikwidować wymianę dewiz na owoce. Miało to poprawić katastrofalny stan wschodnioniemieckiej gospodarki i podnieść poziom jej rezerw walutowych.

Pomysł przedstawił na plenum partyjnym, ale został wyśmiany. Partyjni towarzysze uznali, że Schalck-Golodkowski podważa sprawność i siłę systemu socjalistycznego, który poradzi sobie z tym problemem i niebawem przegoni kapitalizm. Ostra dyskusja omal nie zakończyła się dyscyplinarnym wyrzuceniem speca od gospodarki z partyjnych szeregów.

Ale gospodarka NRD okazała się niewydolna. Dlatego w okresie przedświątecznym mieszkańcy zachodnich Niemiec wysyłali swoim krewnym paczki z niedostępnymi towarami: kawą, papierosami lepszej jakości, owocami, tekstyliami. Władze nie sprzeciwiały się temu, rozumując, iż w ten sposób poziom życia obywateli poprawia się za pieniądze mieszkańców wrogiego kraju. Propaganda potrafiła wytłumaczyć to zjawisko. Według niej sklepy w RFN były pełne, bo klasa robotnicza była w tym kraju gnębiona i wyzyskiwana i nie miała czasu na zakupy. Z kolei w NRD towarów brakowało, bo klasa robotnicza miała pieniądze, aby je wykupić. Znaleziono też wyjaśnienie tego, że to zachodni Niemcy paczkami wspomagają swoich wschodnich krewnych, a nie na odwrót. Zdaniem speców od propagandy mieszkańcy RFN w ten sposób próbowali się chwalić, że kapitalizm też potrafi wyprodukować towary pierwszej potrzeby…

Taktyka małych kroków

W Czechosłowacji władze komunistyczne zwalczały świąteczną tradycję wolniej. U naszych południowych sąsiadów w grudniu 1952 roku ogłoszono plan kontroli poziomu bezpieczeństwa budynków. Zakładał on, iż każda budowla stojąca na terytorium CSSR musi zostać sprawdzona, czy jej stan techniczny nie zagraża bezpieczeństwu ludzi. Okazało się, że pod tym pretekstem zaczęto zamykać kościoły. Zbiegło się to w czasie z prześladowaniami duchownych.

W latach 50. władze w Pradze rozważały wprowadzenie obowiązku pracy w dniach 24–26 grudnia, jednak odstąpiły od tego. Zamiast tego rozpoczęła się kampania laicyzacji świąt Bożego Narodzenia. W miastach nie stawiano choinek, zamiast nich umieszczano socrealistyczne, potężne monumenty płatków śniegu. W szkołach wprowadzono zwyczaj „świątecznej” korespondencji. Dzieci wysyłały kartki z życzeniami do kolegów ze szkoły w innym mieście. Oczywiście kartki i listy musiały mieć właściwą treść, pozbawioną jakichkolwiek odwołań do religii. Rząd w Pradze wprowadził również handel niedzielny – wszystko po to, aby odciągnąć Czechów i Słowaków od kościoła i mszy świętych.

Z kolei władze węgierskie wpadły na pomysł, aby tradycję bożonarodzeniową zakłócić organizacją wydarzeń kulturalnych, które miały się odbywać 25 i 26 grudnia. Oficjalnie były to dni wolne od pracy, jednak jeszcze w latach 50. partia zarządziła, aby w te dni organizować uroczystości. Oficjalnie nie było obowiązku uczestniczenia w nich, jednak kto odważył się nie stawić, musiał się gęsto tłumaczyć w zakładzie pracy, a czasem również w organach administracji państwowej. Niestawiennictwo mogło za sobą pociągać inne dolegliwości – np. brak talonów na potrzebne towary czy też brak zgody na urlop wypoczynkowy w upragnionym czasie. Pomysł węgierskich komunistów okazał się niewypałem. Spotkał się z masowym sprzeciwem społecznym i w latach 60. władze zdecydowały się z tym skończyć.

Na Węgrzech w 1948 roku zakazano również mszy pasterskiej odbywającej się o północy w Wigilię. Do egzekwowania tego zakazu wysłano milicję i policję polityczną kraju. Zakaz udało się wyegzekwować tylko w Budapeszcie. W mniejszych miejscowościach pasterkę odprawiano w sekrecie, mimo zakazów i groźby więzienia.

Aby pokazać, że władza nie żartuje, w 1949 roku w Boże Narodzenie milicja aresztowała prymasa Józsefa Mindszentyego. Jednak prymas nie poddał się komunistycznej dyktaturze, a jego postawa zachęciła wierzących Węgrów do oporu. Podobnie jak w Polsce, tak i na Węgrzech, im bardziej agresywna była antychrześcijańska polityka, tym bardziej przynosiła skutki odwrotne do zamierzonych. Była to jedna z przyczyn zwycięstwa zniewolonych narodów nad komunizmem pod koniec lat 80.