O klęsce pod Waterloo napisano wiele książek. Niektórzy zrzucali winę za fatalną strategię na rzekome zapalenie pęcherza i narkolepsję byłego cesarza. Faktycznie Napoleon był już kimś zupełnie innym niż pod Austerlitz. O zdrowiu cesarza wiemy od należącego do sztabu marszałka Nicolasa de Dieu Soulta gen. Augusta Petieta, który uważał, że cesarz robił złe wrażenie na swoich podkomendnych. „Jego brzuch był bardzo wydatnym jak na czterdziestoletniego mężczyznę. Ponadto podczas tej kampanii spędzał w siodle wyraźnie mniej czasu niż dawniej. Gdy zsiadał – by przyjrzeć się mapom albo przyjąć meldunki – członkowie jego sztabu ustawiali mały sosnowy stolik i proste, również sosnowe krzesło, na którym długo przesiadywał” – wspominał Petiet.

Cesarz był nieustannie senny. Trudno się temu dziwić, skoro w ciągu tygodnia poprzedzającego jego ostatnią bitwę przespał tylko jedną noc. Ale doszukiwanie się przyczyn klęski w zdrowiu władcy jest cechą fanatycznych bonapartystów pokroju Ignacego Rzeckiego. Nieraz spotykałem takich ludzi.

Ja sam nie umiem ukryć swojej fascynacji Napoleonem. I choć zdarzało mi się wytykać jego wady, pozostaję jego admiratorem.

Nie ośmieliłbym się jednak bronić jego taktyki pod Waterloo. Tam już nie dowodził pełen energii strateg, który w styczniu 1797 r. spektakularnie odparł Austriaków pod Rivoli. Przepadł geniusz wodza prowadzącego swoje wojska pod Wagram. Zgasł blask boga wojny, który starł Austriaków i Rosjan pod Austerlitz. Takie zwycięstwo – nazwane przez historyków drugim po bitwie pod Kannami „największym arcydziełem taktycznym w historii wojen” – nie mogło się powtórzyć 18 czerwca 1815 r. Tego dnia przeciwnikiem Napoleona był bowiem ktoś, kto genialnie przestudiował strategię boga wojny i wyciągnął z niej słuszne wnioski. Książę Wellington przypominał Bonapartego sprzed dziesięciu lat. Jak pisał Andrew Roberts w swoim monumentalnym dziele „Napoleon Wielki”: „Przed bitwą pod Waterloo to Wellington dokładnie przeanalizował taktykę i dotychczasową karierę Bonapartego, starannie dobierał miejsca dyslokacji wojsk i był w każdym miejscu pola bitwy (...) Cesarz nie był po prostu przygotowany na starcie z mistrzem taktyki kalibru Wellingtona, który w dodatku nigdy dotąd nie przegrał bitwy”.

Kiedy podczas zesłania na Wyspie św. Heleny Napoleon wspominał bitwę pod Waterloo, za klęskę winił głównie deszcz. Twierdził, że przez wodę lejącą się strugami z nieba dowódca francuskiej artylerii gen. Antoine Drouot prosił o powstrzymanie natarcia do chwili, aż zrobi się sucho, dzięki czemu działa łatwiej umieszczono by na wzgórzach. Drouot żałował do końca życia, że złożył tę propozycję, a Napoleon żałował, że ją przyjął. Obaj nie wiedzieli jednak, że pruskiemu feldmarszałkowi Gebhardowi Blücherowi udało się zmylić francuskiego marszałka Emmanuela de Grouchy’ego i wciągnąć jego siły w walkę z 20-tysięcznym korpusem pod dowództwem gen. Thielemanna na wschód od toczącej się bitwy, a reszta pruskiej armii, która uszła spod Ligny, połączyła się z siłami Wellingtona i przechyliła szalę zwycięstwa na stronię antynapoleońskiej koalicji.

Bitwa pod Waterloo okazała się jedną z najkrwawszych jednodniowych batalii w historii wojen napoleońskich. Szacuje się, że zginęło w niej od 25 do 31 tysięcy Francuzów przy 17 200 zabitych żołnierzy Wellingtona i 7 tysiącach Prusaków. Ogromne siły francuskie trafiły do niewoli. Tylko pod Borodino zginęło więcej Francuzów.

Napoleon nie pojął z początku rozmiaru tej klęski. Następnego dnia pisał w liście do Paryża: „Nie wszystko stracone. Liczę, że po ponownym zebraniu wojsk będę miał 150 tys. żołnierzy”. Dopiero po powrocie do stolicy szybko uświadomił sobie, że nie ma już żadnego poparcia. Po raz drugi podpisał abdykację. Opuścił Paryż, a 15 lipca wszedł na pokład brytyjskiego okrętu HMS „Bellerophon” i poddał się kapitanowi Frederickowi Lewisowi Maitlandowi. Gwiazda boga wojny zgasła.