Więziony, zwiedził – tak rzeknę – Niemcy, Austrię, a nawet na krótko znalazł się na granicy włoskiej. Przez następne 33 lata żyjąc w Polsce Ludowej, za granicę wyjechał raz. Służbowo, do Bułgarii, skąd przywiózł dwie koszule non-iron. Dla siebie i dla mnie. Ten peerelczyk był moim ojcem.

Z niewoli wracał z oflagowymi kolegami. Czasem podjechali podwodą, gdzieś zapakowali się do wagonu, głównie jednak szli. Powoli, tak bardzo znowu nie mieli gdzie się spieszyć. Ojciec wiedział przecież, że do Wilna, w którym w 1939 roku zostawił mieszkanie wraz z zawartością, nie wróci. Ale do Białegostoku, gdzie mieszkali rodzice, brat, siostra, powrót był możliwy.

Nie doszedł do kancelarii parafialnej, przejechał go bowiem gazik z sowieckimi sołdatami śpiewającymi „Katiuszę”.

Co zapamiętał z tamtej peregrynacji? Plakaty, które najpierw go bawiły, a potem zupełnie przestały, o tym, że chęć szczera, a nie matura, zrobi z każdego oficera. Szabrowników. I sowieckich sołdatów. Pierwszy z nich, napotkany po drodze, zawarł znajomość tradycyjnym: „Dawaj czasy!”, ale w końcu zadowolił się starą cygarnicą, nawet nie srebrną. Drugi zaś zakomenderował, że ze świeżo upieczonymi sojusznikami musi natychmiast wypić całą zawartość manierki wypełnionej „spiritem”. Im więcej czasu mijało od tamtego wydarzenia, na wspomnienie owego bojca Armii Czerwonej rosła groza w ojcowskich oczach.

W Białymstoku tata się nie nudził. Po trzech dniach do drzwi domu dziadków zapukano gwałtownie. Że noc była, babcia zaczęła błogosławić ojca na drogę na Sybir, gdy nagle przypadła do jej rąk jedna z postaci NKWD-owskiej „trójki”. Była to wychowanica dziadków, o której we wrześniu 1939 roku słuch zaginął. Swoim towarzyszom nakazała iść „won”, babcię i dziadka ucałowała, a ojcu szepnęła do ucha, by zbierał dupę w troki, bo w następnej „trójce” już jej nie będzie, a wtedy prosto pomaszeruje na bocznicę kolejową w Dojlidach, skąd odchodziły transporty z takimi jak mój stary „białymi oficerami”.

Tatulek wykazał się refleksem. Po pierwsze, dowiedział się, gdzie w grodzie nad Białką szukać wilniuków. A to była mafia, początkowo z Jerzym Sztachelskim i z Wacławem Białkowskim, którego uczyniono wojewodą. Dał ojcu etat, przepustkę na chodzenie po mieście po godzinie policyjnej, kartki na żywność – no, przywrócił go do życia. Stary poczuł się na tyle pewny, że pojechał do Torunia i Warszawy, zbierając kwity z uniwersytetów od profesorów, którzy np. z prawa rzymskiego przepytywali go w Woldenbergu. Wkrótce też obronił w Warszawie pracę magisterską, na co jakoś nie miał czasu przed wojną w Wilnie. A studiował lat dziewięć. Z uzupełnioną uniwersytecką dokumentacją wojewoda Białkowski zrobił go naczelnikiem wydziału do spraw aprowizacji, co rozzuchwaliło ojca do tego stopnia, że postanowił się ożenić. Z młodszą od siebie o piętnaście lat sekretarką swego wileńskiego znajomego.

Bóg go za zuchwałość pokarał. Nieoczekiwanie ślub ten wywołał zbrojny konflikt polsko-sowiecki. Tuż przed Wielkanocą 1947 roku. Otóż mój dziadek, ojciec ojca, na ślubie pełnić miał rolę podwójną, bo również świadka, i jako taki, pewnie mocno zaaferowany, spieszył się do kościoła św. Rocha donieść potrzebne dokumenty. Nie doszedł do kancelarii parafialnej, przejechał go bowiem gazik z sowieckimi sołdatami śpiewającymi „Katiuszę”. Kierowcy poziomu alkoholu w wydychanym powietrzu nie zmierzono, bo wtedy nie było alkomatów. Zabrakło też niebawem kierowcy, gdyż z sąsiedniej wartowni wybiegło kilku żołnierzy Wojska Polskiego, czyniąc użytek z broni maszynowej, zapewne biorąc przy okazji rewanż za Katyń i parę innych sowieckich zbrodni. Niewątpliwie, przejechać starszego człowieka w Białymstoku roku 1947, w którym dominował transport dorożkarski, było jakąś tam sztuką.

Rodzice niemal za jednym zamachem odwalili ślub i pogrzeb. A w trakcie nocy poślubnej znów rozległo się charakterystyczne pukanie do drzwi, tyle że tym razem „trójkę” stanowili już nie enkawudziści, lecz towarzysze z Urzędu Bezpieczeństwa. Wywieźli ojca do Grajewa, gdzie zamknęli w kiblu. Serio: w wychodku, sławojce, w której przesiedział pod strażą – niczym kadet Biegler w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” – tydzień. Dwa razy zabierano go na przesłuchanie, po pierwsze: namawiając, by podpisał całą furę zobowiązań, z których dziś miałby pociechę IPN, a po drugie: zachęcając do zmiany zatrudnienia: na Prokuraturę Wojskową, która akurat taśmowo skazywała zaplutych karłów reakcji – AK-owców, w związku z czym rąk do pracy w tej instytucji brakowało. Za pierwszym razem ojciec bohatersko odmówił, dostał więc po buzi i wrócił do bardachy. Za drugim razem przyobiecał, że kwestię zatrudnienia przemyśli. Ze swej strony towarzysze z UB przyrzekli, iż nie zapomną o nim, i ostrzegli, że do usranej śmierci nie mają zamiaru czekać na jego decyzję. Po czym odesłali go na stację.

Gdy tata pozbył się smrodu, wszystko to zrelacjonował swemu wojewodzie, który wprawdzie na dzień dobry zastrzegł się, że niewiele już może, zawsze jednak tyle, że ubecji spłata figla. I rzeczywiście, dał staremu kopniaka w górę – klasyczny peerelowski awans. Przeniósł go do Warszawy, do stworzonego tam właśnie Ministerstwa Aprowizacji i Handlu. Jeszcze tego samego dnia ojciec wyjechał do stolicy. Białostoccy ubecy łapy mieli za krótkie, niepotrzebnie jednak wybrał się tata na imieniny innego wilniuka, komiltona z tej samej korporacji, Bogdana Rudnickiego, po latach znanego podróżnika i dziennikarza. Wtedy, niestety, solenizanta w domu nie było, gościł już na Mokotowie. Mój stary w „kotle” przesiedział osiem dni, ciekawe, że uzyskując potem w pracy usprawiedliwienie. Rudnicki za wileńską Armię Krajową dostał kaes, który dobry prezydent Bierut zamienił mu w drodze łaski na dożywocie. Z Wronek wyszedł w 1956. A wypuszczony z „kotła” tata wrócił do przydzielonego mu pokoju w kołchozowym mieszkaniu przy Waszyngtona. Trząsł się, niebawem jednak przyjechała żona i utuliła go. Do emerytury pracował w tym samym ministerstwie, które zmieniało nazwę, a to na Ministerstwo Handlu Wewnętrznego, to znów na Handlu Wewnętrznego i Usług.

W tej bzdurnej instytucji, dystrybuującej dobra, których nie było, spędził drugą połowę swego życia. Sumiennie wypełniał obowiązki, przestrzegając najbardziej absurdalnych wytycznych, które dawali mu szefowie, tacy mistrzowie intelektu jak Mieczysław Lesz czy Edward Sznajder. Nienawidził komunizmu, nigdy nie wstąpił do PZPR, w każdą niedzielę uczestniczył we mszy świętej. Ale witał z chorągiewką w ręku Nkrumaha i Chruszczowa, do końca lat 60. chodził na pochody pierwszomajowe, zawsze też brał udział w „wyborach”. Na imprezach towarzyskich z kolegami z Uniwersytetu Stefana Batorego rozpoczynał chóralne śpiewanie „Gaudeamus igitur”, przepytywali się też z koniugacji i deklinacji łacińskich. I zawsze już się bał. Peerelczyk, mój tata.