W tym domu kupowano wyłącznie książki polskie. A mały Ziuk jeszcze w Zułowie słyszał z ust matki utwory jej ukochanego poety Zygmunta Krasińskiego, Juliusza Słowackiego, którego sam wybrał później na swego duchowego przewodnika, Adama Mickiewicza wiersze o Emilii Plater i reducie Ordona oraz „Śpiewy historyczne” Juliana Ursyna Niemcewicza.

Kiedy z bratem Bronkiem zabrali się do redagowania „Gołębia Zułowskiego”, własnoręcznie wpisywanego przez Ziuka do szkolnego zeszytu, obok piosenek powstańczych znalazło się w nim wiele wierszy ze „Śpiewów historycznych” właśnie.

To był dziewiętnastowieczny polski katechizm. Ten cykl 33 utworów wydany w 1816 roku – pisany od 1808 do 1814 – razem z nutami i rycinami doczekał się w ciągu stulecia aż 20 edycji. W autorskim komentarzu do pierwszego wydania „Śpiewów...” Niemcewicz pisał, że celem ich było „dać poznać w kształcie łatwym (...) znakomitsze narodu polskiego zdarzenia, wystawić, ile można, obraz każdego wieku, zwycięstw, którymi się kraj rozszerzał, szyków oręża i zbroi, jakich używał, obrządków, zwyczajów, wszystkiego na koniec, co nosi narodowości cechę”.

„Śpiewy historyczne” w niezwykły sposób rozbudziły świadomość narodową Polaków. Uczono się ich na pamięć, wystawiano w formie tzw. żywych obrazów, przetłumaczono na francuski, angielski, niemiecki i rosyjski. Poetycko nie był to na pewno rekord Polski, przede wszystkim uderzała monologia wersyfikacyjna utworów, ale patriotycznie nastawiona młodzież nie zwracała na nią uwagi, czyniąc ze „Śpiewów” patriotyczną biblię. Stylowo były one niejednorodne: opowieści o królach przypominały suche kroniki, natomiast pieśni o rycerzach były zdecydowanie barwniejsze, a gatunkowo bliższe dumom. Niektóre ze „Śpiewów...” miały zresztą początkowo inne nazwy – dumy właśnie, jak „Duma o Kazimierzu I zwanym Mnich”.

Niemcewicz, świadomy wagi tego, co wyszło spod jego pióra, asekurował się słowami posłowia: „Minęły u nas czasy zaburzeń, już nam nadużyć wolności lękać się nie należy, lecz i owszem, wszystkich przykładać starań, by nadane nam przez wielkomyślnego Aleksandra swobody nienaruszenie i święcie dochowywać”. Wróg nie dał się wziąć na lep tych słów i tak wytrawny „recenzent” jak Nowosilcow ostrzegał, że „Śpiewy...” są „tym niebezpieczniejszymi, ile że pisane są stylem popularnym, zdolnym wywierać wpływ na lud”.

A wielki książę Konstanty – Niemcewicz mówił o nim „Kaligula” lub „monstrum” – w 1826 roku polecił wycofać „Śpiewy historyczne” z lektur szkolnych i bibliotek. Odwołania do cesarza nic nie dały. Ale i tak Polacy, jak Ziuk Piłsudski, uczyli się na pamięć takich, na przykład, strof o królu Władysławie IV:

Z równym on blaskiem i szczęściem wojował,

Gdy polskie berło wziął w dzielną prawicę:

Drżał nieprzyjaciel, naród go szanował,

I miecz zakreślał Królestwa granicę.

Uwalnia Smoleńsk i zwycięstw swych blaskiem

Możne krainy łączy z państwy swymi;

Białę, Drohobuż, Kaługę z Możajskiem

Okrywa wojskiem i Orły białymi.

[i]Krzysztof Masłoń krytyk literacki, dziennikarz „Rzeczpospolitej”[/i]