Trzy pułki polskiej kawalerii od dwóch z górą godzin walczą tam – z szablami w dłoniach – z kozakami Konarmii Siemiona Budionnego o opanowanie rozległej wyżyny na południe od miasta. Szwadron ściera się z sotnią, ułan z kozakiem. To pierwsza od czasów napoleońskich i zarazem ostatnia w Europie wielka bitwa kawaleryjska.

Zbliża się południe 31 sierpnia 1920 r., gdy 12. Pułk Ułanów – 25-letni rotmistrz Komorowski objął nad nim dowództwo dopiero parę dni wcześniej, po śmierci dotychczasowego dowódcy – osiąga grzbiet wzgórz wznoszących się nad mokradłami. Za nim ułani widzą w dole ciągnącą spiesznie na pole bitwy brygadę sowieckiej kawalerii. Dowódca wskazuje szablą kierunek szarży i sam rusza na jej czele. Polskie szwadrony spadają na kompletnie zaskoczonego nieprzyjaciela. Czerwoni kozacy rzucają się do ucieczki, pozostawiając na placu tabory, taczanki i automobil kombryga.

Szarża 12. Pułku na tyły Konarmii to jeden z decydujących epizodów bitwy pod Komarowem, gdzie ułani i szwoleżerowie 1. Dywizji Jazdy zatrzymali pochód Budionnego na Lubelszczyźnie. Tak dobiega końca ostatni akt bolszewickiej ofensywy na Polskę. Rotmistrz Komorowski, ranny podczas szarży, zyskuje w kawaleryjskim światku renomę walecznego i pełnego inwencji dowódcy. Ale ten żołnierz z krwi i kości, hrabia, znakomity jeździec – gwiazda polskiej reprezentacji na olimpiadzie w Paryżu i szef ekipy w Berlinie w 1936 r. – mało przypomina ułana z wojennych opowieści. Szczupły i drobny, o bardzo ciemnych, jakby wciąż zatroskanych oczach, znany jest z prawości, delikatności i skromności. W czasie powstania warszawskiego łączniczki wstydzą się pokazywać dowódcę AK chłopakom z pierwszej linii – „bo taki niepozorny”.

Urodzony w 1895 r. w Chorobrowie w Galicji Wschodniej Tadeusz Komorowski był podczas I wojny światowej oficerem austriackich ułanów na froncie włoskim i rosyjskim. W listopadzie 1918 r. ze szwadronem ckm powrócił do Galicji i wyruszył na odsiecz Lwowa. W II RP w latach 1927 – 1938 dowodził 9. Małopolskim Pułkiem Ułanów w Trembowli. We wrześniu 1939 r. jako zastępca dowódcy kombinowanej brygady kawalerii walczył na Lubelszczyźnie. Już w pierwszych miesiącach okupacji przystąpił do ZWZ w Krakowie. W lipcu 1943 r., po aresztowaniu gen. Roweckiego mianowano go komendantem głównym AK.

W tej roli jako generał „Bór” wolał nieraz wydawać zalecenia niż rozkazy, wysłuchiwał opinii podwładnych, szukał kompromisu między różnymi racjami. Ale choć nie ukrywał rozterek, nie uchylał się też od decyzji i odpowiedzialności za ich konsekwencje. W tym za najtrudniejszy chyba rozkaz, jaki musiał wydać kiedykolwiek polski dowódca, nakazujący rozpoczęcie powstańczej walki o Warszawę. „Tragedią generała stało się to, że właśnie na jego barki spadła odpowiedzialność za losy miasta i kraju w chwili, gdy nie było już dla Polski ratunku (...), każda decyzja była zła, każda prowadziła do katastrofy innego rodzaju” – mówił podczas pogrzebu Tadeusza Komorowskiego Jan Nowak-Jeziorański. (Chodzi o pogrzeb prochów generała na powązkowskim cmentarzu wojskowym w 1994 roku, generał zmarł on w 1966 roku w Anglii.)

W czwartek 31 lipca 1944 r. o piątej po południu w lokalu sztabu AK pojawia się dowódca powstania gen. „Monter” z wiadomościami, że wojska sowieckie dotarły do Okuniewa i Radości. Po rozmowie z delegatem rządu Stanisławem Jankowskim „Bór” zwraca się do „Montera”: „Jutro o piątej zacznie pan działania.”. W chwili wybuchu powstania dowódcy AK – sztab ulokowano w fabryce Kamlera na Woli – są w pełni świadomi, że ich rola, a może i życie zbliża się ku końcowi. Fabryka od początku znajduje się na pierwszej linii frontu – tędy Niemcy nacierają w stronę Starówki i Wisły. W nocy z 4 na 5 sierpnia „Bór” budzi się z uczuciem niepokoju. Uświadamia sobie, że sowiecka artyleria za Wisłą – zamilkła. „Nikt z nas nie mógł wtedy przewidzieć, że cisza ta potrwa aż pięć tygodni” – wspomina po latach.

Piątego października 1944 r. rano kolumna żołnierzy AK rusza ulicą Śniadeckich w stronę niemieckich stanowisk – do niewoli. Do gen. „Bora” podchodzi kobieta w żałobie i wręcza mu srebrny medalion: „Proszę przyjąć panie generale tę pamiątkę z powstania 1863 r.”. Po wojnie Tadeusz Komorowski został naczelnym wodzem Polskich Sił Zbrojnych, a potem premierem rządu RP na uchodźstwie. „Coś pchało w górę tego człowieka, jakby wbrew niemu samemu, bo generał tych awansów nie oczekiwał, nie pragnął i nigdy na nie nie nalegał” – podkreślał Nowak-Jeziorański.

[i]„Generał Tadeusz Bór-Komorowski w relacjach i dokumentach”, oprac. Andrzej Krzysztof Kunert[/i]

[i]Autor jest dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, popularyzatorem nauki, autorem m.in. licznych publikacji z zakresu turystyki historycznej[/i]