Magnat prasowy William Randolph Hearst wiedział, jak za pomocą obrazków manipulować ludzkimi emocjami. W 1895 r. w „New York World" opublikowano pierwszy w historii komiks, którego głównym bohaterem był Mickey Dugan, znany jako Żółty Chłopiec (The Yellow Kid). Twórca komiksu, rysownik Richard F. Outcault („podkupiony" przez Hearsta do wydawanego przez niego „New York Journal"), nie przypuszczał zapewne, że żółty kolor nocnej koszuli chłopca stanie się sygnaturą pewnego typu gazet. Ich dominującą cechą będzie w przyszłości sensacja, powierzchowne, często tandetne i niesprawdzone, choć niezmiernie chwytliwe ukazywanie różnych tematów w taki sposób, aby wywołać u czytelników określone emocje.

Tak powstała „żółta prasa". Nazwę tę stworzył Erwin Wardman, dziennikarz „New York Press". Cel „żółtej prasy" był tylko jeden: należy tak redagować gazetę, aby kupowało ją jak najwięcej ludzi spragnionych sensacyjnych relacji z najbardziej mrocznych zakamarków życia społeczeństwa. Wśród tematów dominowały więc morderstwa, gwałty, skandale obyczajowe oraz tania i prymitywna rozrywka.

Współcześnie obrazki ukazujące Dugana zastąpione zostały przez trywialne memy i komentarze wystawiane najczęściej przez tych, którzy akurat nie zawsze powinni się odzywać. Kiedy nasza reprezentacja narodowa przegrała mecz ze Słowacją, internet zasypały niewybredne memy drwiące z umiejętności polskich piłkarzy. Kilka dni później ta sama drużyna ledwie zremisowała z Hiszpanią, ale polskie strony zaroiły się od zdjęć roześmianego Roberta Lewandowskiego, który nagle urósł do rangi nadwiślańskiego Herkulesa.

Joseph Pulitzer, twórca poważnego i etycznego dziennikarstwa, powiedział kiedyś w przypływie szczerości: „Czytelnicy chcą czegoś lakonicznego, obrazowego i uderzającego. A więc czegoś, co obejmie we władanie ich uwagę, sympatię, pobudzi oburzenie i wyobraźnię, przekona ich co do przyczyn i obudzi ich świadomość".

Jego największy konkurent, magnat prasowy William Randolph Hearst, wiedział doskonale, jak wykorzystać tę tęsknotę mas za sensacją. „Siła prasy jest największą siłą cywilizacji – stwierdził kiedyś bez ogródek. – W ustroju republikańskim dzienniki formują i wyrażają opinię publiczną. Stanowią prawa. Wypowiadają wojnę. Karzą przestępców, zwłaszcza jeśli oni są potężni. Wynagradzają pożyteczne akcje. Dzienniki kontrolują naród, ponieważ reprezentują lud". Wiedział, jak wykorzystać tę władzę w praktyce.

Przekonał czytelników swoich gazet, że troszczy się rzekomo o los kubańskiej rebeliantki i więźniarki politycznej Evangeliny Cosio y Cisneros. Aby wywołać wojnę USA z broniącą resztek swego kolonialnego majątku Hiszpanią, posłał na Kubę korespondenta i rysownika Frederica Remingtona. Do jego dyskusyjnych ilustracji kazał dorabiać wyssane z palca komentarze, które miały przekonać amerykańską opinię publiczną, że Hiszpanie to bestie żerujące na biednych Kubańczykach. Hearstowi udało się wzbudzić oburzenie wśród czytelników jego gazet. Potrzeba było jeszcze tylko iskry politycznej, która podpaliłaby lont prowadzący prosto do wybuchu wojny. Dziwnym zrządzeniem losu „iskra", w dosłownym tego słowa znaczeniu, pojawiła się 15 lutego 1898 r., kiedy z niewyjaśnionych przyczyn w ładowni stacjonującego w hawańskim porcie amerykańskiego krążownika pancernego USS „Maine" wybuchło ponad 5 ton prochu strzelniczego. Zginęło 260 marynarzy. Rząd amerykański uznał, że wybuch spowodowała mina podłożona pod okręt.

To wystarczyło, aby rozpętać propagandowe szaleństwo i doprowadzić do wybuchu wojny, której skutkiem była utrata przez Hiszpanię wszystkich posiadłości kolonialnych na Karaibach i Oceanie Spokojnym. Dzięki sztuce manipulowania opinią publiczną Ameryka stała się największą potęgą półkuli zachodniej, a William Randolph Hearst jednym z najbogatszych ludzi w historii.