W istocie czołgów było tam niemało, i to po obu stronach. Tę grozę trudno sobie wyobrazić: pod powiekami rodzi się makabryczny obraz zasmolonej blachy i ludzi roztapiających się w jęzorach płomieni.

Diabelska to była sprawa. Obie strony poniosły wielkie straty. Tyle że rozpędzony za Uralem przemysł sowiecki ze zdumiewającą łatwością je odrobił. Hasło „Kursk" kojarzyć się więc może z sowiecką sprawnością inżynieryjno-organizacyjną, z jej antyhumanistycznym, sklerotycznym dziś, mitem „św. Technologii". Później kosmicznej, bo przecież – ku przerażeniu jankesów – był sputnik i takie tam ustrojstwa. „Biełka, Striełka, sabaka, pies, rakieta na Księżyc gotowa jest!" – śpiewaliśm na podwórku. Dobrze żarło, ale zdechło: na Księżyc polecieli Amerykanie.

Wszelako bolszewicka wiara w „św. Technologię" trwała, a jedną z jej późnych i kunsztownych manifestacji był supertechnologiczny okręt podwodny imieniem „Kursk", co zresztą zakrawa na paradoks, albowiem bitwa pod Kurskiem była lądowa.

To tak jakby polski okręt nazwać „Kłuszynem". A później wiemy – supersubmaryna się utopiła. Mieliśmy okropną tragedię marynarzy i morze łez ich nieszczęsnych rodzin, które rosyjska władza olała w swoim stylu.

Dla państwa stylizującego się na imperium była to niesamowita katastrofa. W dzisiejszej bowiem strategii okręt podwodny jest urządzeniem absolutnie kluczowym.

Załóżmy, że terytorium i siła uderzeniowa wojującego mocarstwa zostają porażone zmasowanym atakiem wrogich atomówek. Ale pod powierzchnią wód zostaje pokonanym kilka okrętów o niszczącym potencjale „Kurska", które odpalają na wraże miasta swoje atomówki. I już nie ma zwycięzcy – jest tylko „The Day After". Tym makabrycznym remisem Rosjanie (i nie tylko oni) szantażowali cały świat: mieli wielki młotek w ręku.

Tragedia „Kurska" tego młotka im nie odebrała, ale też trochę się zachwiał, trochę utracili pewności siebie. To jedyny plus tej strasznej historii.

Jarosław Krawczyk, redaktor naczelny „Mówią wieki"