Prasa niemiecka miała swoją lokalną specyfikę, co utrudniało usidlenie jej przez centralnie sterowaną cenzurę. Inaczej niż w innych krajach europejskich, w Niemczech nie było w zasadzie prasy ogólnokrajowej. Wielkonakładowe dzienniki centralne, tak charakterystyczne dla brytyjskiej prasy, nieznane były Niemcom. Tutaj środki masowego przekazu były ostatnim reliktem dawnego rozdrobnienia dzielnicowego. Prasa niemiecka odzwierciedlała zatem siłę lokalnych patriotyzmów. Nawet członkowie NSDAP czy fanatyczni SA-mani czytali gazety, które odzwierciedlały ich partykularyzmy kulturowe. Na przykład gazety bawarskie były podszyte nutką lokalnego szowinizmu i góralskiego katolicyzmu, a tytuły wydawane w północnych landach odwoływały się do tradycji protestanckich. Także na tym polu widać było pewne sympatie lub antypatie. Tytuły pruskie były przesiąknięte niechęcią do Polaków, natomiast w saksońskich można było wyłapać nutę życzliwości dla wschodnich sąsiadów.

Ta różnorodność regionalna wyrażała się także w liczbach. Przed dojściem Hitlera do władzy w Niemczech istniało 4700 tytułów prasowych, które sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. To były złote czasy dla niemieckich wydawców. Nawet Kreisblätter, czyli gazety powiatowe, ukazywały się w nakładach, o których mogą jedynie marzyć największe współczesne tytuły prasowe w Europie.

Dzienniki o dużym nakładzie, prezentujące się jako niezależne politycznie i wyznaniowo, nazywane były dziennikami ogólnymi. Hołdowały one jednej zasadzie: „Wiadomości są ważniejsze niż komentarze. Także rozrywka jest ważniejsza niż wyrabianie sobie opinii".

Po 1933 r. to się zmieniło. Goebbels zadbał, aby powstała silna prasa centralna budująca wyłącznie świadomość nazistowską. Pisma pozapartyjne, dotychczas wydawane przez syndykat General-Anzeiger, miały jedynie podawać fakty i unikać ich opiniowania. Goebbels wydał dziennikarzom dyrektywę: „Czytelnik powinien odnieść wrażenie, że piszący w rzeczywistości stoi za nim i przemawia w jego imieniu". Gazety miały zatem celować w drobnomieszczańską mentalność większości Niemców. Wzorem była ociekająca prostackim językiem partyjnym, trywialnym kultem Hitlera i wulgarnym antysemityzmem, prymitywna gadzinówka „Völkischer Beobachter", której redaktorem naczelnym był główny ideolog narodowego socjalizmu Alfred Rosenberg.

Po dojściu Hitlera do władzy celem nazistów stała się ekspresowa „regermanizacja" mediów, jak kłamliwie nazwano proces kradzieży wszystkich instrumentów propagandy. Wymagało to przede wszystkim przeobrażeń własnościowych w wydawnictwach prasowych. Pomocna okazała się ustawa „o obywatelstwie Rzeszy i ochronie niemieckiej krwi i honoru". Od tej pory każdy, u kogo „znaleziono" domieszkę „obcej krwi", mógł być pozbawiony własności. Ustawa pozwoliła na usankcjonowaną prawem grabież wydawnictw przez największego magnata prasowego III Rzeszy Maxa Amanna, który do 1935 r. pełnił rolę Reichsleitera NSDAP do spraw prasy, a w 1933 r. został przewodniczącym Izby Prasy. Ta postać jest dzisiaj mało znana. Ale to on stał się właścicielem ponad 80 proc. niemieckich tytułów prasowych. To za jego sprawą wspomniany dziennik „Völkischer Beobachter", mający wówczas nakład dzienny powyżej miliona egzemplarzy, stał się najbardziej kształtującą światopogląd czytelników gazetą w Europie.

A jak Joseph Goebbels rozumiał proces „regermanizacji" środków przekazu? Należało zniszczyć wszystkie niezależne źródła informacji, ale w taki sposób, żeby przekonać oświeconą klasę średnią, że reżim głosi prawdę. Stąd zrodziły się codzienne odprawy w Ministerstwie Propagandy nazywane Sprachregelungen, po których wysyłano bardzo precyzyjne dyrektywy ministra do wszystkich redakcji w kraju. Dziennikarz, który się do nich nie zastosował, trafiał do obozu koncentracyjnego.