Boski wiatr: Jak opatrzność ocaliła Japonię przed Mongołami

W XIII w. zjednoczone plemiona koczownicze pod dowództwem Czyngis-chana zmieniły układ sił w Azji. Imperium mongolskie zaczęło rozszerzać się na południe, zachód i wschód. W tym czasie Wyspy Japońskie znajdowały się już od 70 lat w pełnej izolacji i odosobnieniu. Mimo to ich mieszkańcy zdawali sobie sprawę, że wkrótce Mongołowie będą chcieli wchłonąć także ich świat.

Publikacja: 28.09.2023 21:23

Tajfun niszczy flotę mongolską – akwarela na papierze namalowana przez Kikuchiego Yōsai w 1847 r.

Tajfun niszczy flotę mongolską – akwarela na papierze namalowana przez Kikuchiego Yōsai w 1847 r.

Foto: Kikuchi Yoosai / of the reproduction) Tokyo National Museum/Yaan/wikipedia/domena publiczna

Nie jest do końca prawdą, że Japonia od początku swojej historii ściśle izolowała się od wpływów z kontynentu azjatyckiego. Obyczajowość, religia, a nawet sposób odżywiania wskazują na silne więzi ekonomiczne i kulturowe Japonii z Chinami i Koreą. Jednak pod koniec XII w. te kontakty zostały zerwane przez Japończyków. Wśród wyspiarzy istniało przekonanie, że izolacja polityczna zapewni ochronę przed potencjalną inwazją „barbarzyńców” z kontynentu. W pewnym stopniu mieli rację. W 1271 r. wnuk Temudżyna Kubiłaj-chan został pierwszym cesarzem Chin z mongolskiej dynastii Yuan. Oznaczało to, że mongolscy koczownicy przeobrażają się w społeczeństwo osiadłe oraz mogą planować inwazję na Japonię.

Mongołowie nie mieli jednak w podbojach morskich najmniejszego doświadczenia. Ograniczona powierzchnia okrętu wojennego była niezgodna z naturą jeźdźców pokonujących dziesiątki kilometrów na swoich niewielkich i zwinnych koniach. Kubiłaj musiał zatem sięgnąć po doświadczenie narodu znającego doskonale tajniki żeglugi i dalekich wypraw morskich. Inwazja na Japonię mogła się odbyć jedynie z południowych portów koreańskich. Zaopatrzenie gigantycznej armii inwazyjnej wymagało wysiłku całego imperium. Kłopoty sprawiała nie tylko aprowizacja wojska, ale także opracowanie strategii samej inwazji. Topografia Japonii była prawie nieznana. Mongołowie nie mieli pojęcia o liczebności wojsk japońskich, ich sposobie walki, uzbrojeniu, taktyce i dowodzeniu. Zresztą początkowo uważali, że Japonia jest tylko jedną wyspą, którą nazywali Zipangu.

Czytaj więcej

Mongołowie, Europa i Polska

Sprzeczne opinie o Japończykach

W Chinach oraz Korei krążyły legendy o Japończykach. Przeciwnik był oceniany jedynie przez zachowane wspomnienia z czasów, kiedy na dworze chińskiej dynastii Tang przebywał ambasador Japonii Fujiwara no Kiyokawa. Oficjalna kronika dynastii Sui opisywała Japończyków jako ludzi względnie spokojnych, rzadko trudniących się bandytyzmem, z natury szczerych i o bardzo wytwornych manierach. Ocena ta powstała zapewne na podstawie zachowania przybywających do Chin japońskich mnichów buddyjskich, uczniów i emisariuszy. Te „wykwintne maniery” wzbudzały wielkie zainteresowanie wśród chińskich elit, ale nie robiły wrażenia na nowych mongolskich zarządcach. Kubiłaj-chan wziął je pod uwagę, ale na swój specyficzny sposób. Wysyłał do Japonii poselstwa, których zadaniem było uprzejme, aczkolwiek stanowcze przekonanie Japończyków do uznania jego zwierzchności.

Posłowie udali się najpierw na dwór króla Korei, od którego oczekiwano, że zapewni im bezpieczną podróż na wyspy. W przeciwieństwie do opinii krążących wśród elit chińskich Koreańczycy ostrzegali emisariuszy wielkiego chana, że Japończycy są ludźmi bezwzględnymi, całkowicie pozbawionymi dobrego wychowania i bez poczucia ładu. W 1270 r. emisariusze mogli się już przekonać na własne oczy, czyja opinia jest bliższa prawdzie. Przewodniczący delegacji mongolskiej Zhao Liangbi powrócił na dwór Kubiłaj-chana po roku pobytu w Japonii. Był zniesmaczony tym, co zobaczył. „Żyłem w Japonii cały rok i widziałem tamtejsze obyczaje – zanotował w swoich zapiskach. – Przekonałem się, że Japończycy są brutalni i żądni krwi. Nie uznają związków między ojcem i synem ani ogólnie przyjętych zasad panujących między zwierzchnikami a podwładnymi”. Opinia Zhao Liangbi obaliła powszechnie panujący wśród chińskich elit wizerunek Japończyków jako ludzi o znakomitych manierach. Uderzała w samo serce filozofii konfucjańskiej – chińskiego, ale teraz także mongolskiego filozoficznego porządku świata.

Czytaj więcej

Mongołowie, Europa i Polska

Kubiłaj zdał sobie sprawę, że ten kraj nie może zostać pozostawiony sam sobie, gdyż wcześniej czy później będzie stanowił zagrożenie dla jego następców. Istniała tylko jedna, ale jakże olbrzymia przeszkoda do podboju Japonii. Było nią morze – środowisko całkowicie obce Mongołom.

Azjatyckie eldorado

Dlaczego Kubiłaj-chan tak uparcie dążył do inwazji na Japonię? Przecież ten kraj nie stanowił żadnego zagrożenia dla potęgi imperium mongolskiego w XIII w. Być może powód ten wytłumaczył wenecki kupiec Marco Polo, który zapisał w swoich wspomnieniach: „Ludzie żyjący na wyspie Zipangu mają nieskończone ilości złota (…). Mają go w wielkiej obfitości, gdyż znajduje się na miejscu bez liku (...) jest tam olbrzymi pałac, cały skryty najczystszym złotem (…) i dodam jeszcze, że podłogi komnat, których tam jest wiele, są również ze szczerego złota, na dwa palce grubego”. Marco Polo powielił plotkę, która krążyła wśród mongolskich elit z otoczenia samego chana. Rzeczywiście, już w 749 r. w Japonii odkryto bogate pokłady tego kruszcu, o czym świadczy fakt, że z wyspy Honsiu zostało wysłane do buddyjskiej świątyni Todaiji 39 kg złota. Chińska dynastia Song importowała duże ilości tego kruszcu w zamian za liczne dobra kultury chińskiej. Owe złote sale, o których pisał Marco Polo, dotyczyły zapewne zachowanej do dzisiaj komnaty ze świątyni Chūson-ji w Hiraizumi. Sala ta została w 1124 r. obłożona czystym złotem.

Ale czy to głód złota popchnął Kubiłaja do inwazji na Japonię? Nawet wśród Chińczyków i Koreańczyków panowało przekonanie, że do chana dotarły opowieści o niezwykłych umiejętnościach militarnych japońskich wojowników. Władca był przekonany, że będzie można wykorzystać ich talent i doświadczenie do wzmocnienia armii mongolskiej.

Czytaj więcej

Narodziny imperium mongolskiego

Do tej pory nierozstrzygniętą kwestią jest, czy Koreańczycy, bez których udziału nigdy nie doszłoby do mongolskiej inwazji na Japonię, zgodzili się na wsparcie Kubiłaj-chana pod przymusem czy z własnej woli. Tylko oni bowiem utrzymywali słabe kontakty handlowe z Japonią i znali japońskie wody terytorialne. Te relacje z wyspiarzami utrudniali im piraci, którzy terroryzowali wody Morza Japońskiego i Morza Wschodniochińskiego. Mieli więc okazję pozbyć się ich z pomocą Mongołów.

Kamikaze

Kubiłaj-chan sześciokrotnie wysyłał do Japonii poselstwa z żądaniem uznania jego zwierzchności nad wyspami. Ostatnie poselstwo wysłane w 1273 r. zostało siłą odesłane, co chan odebrał jako formalne wypowiedzenie wojny. Władca zgromadził 30 tys. żołnierzy, z czego tylko połowę stanowili Mongołowie. W 1274 r. ta pierwsza armia inwazyjna przypłynęła na 800 okrętach i wylądowała na wyspie Kiusiu, gdzie w zatoce Hakata doszło do wielkiej bitwy. Wszystko wskazywało, że do wieczora armia inwazyjna pokona obrońców. Jednak to przyroda okazała się siłą, która rozstrzygnęła bitwę. Podejrzewa się, że wieczorem do wyspy Kiusiu dotarł tajfun – tropikalny cyklon o sile huraganu. Żołnierze koreańscy, najwyraźniej przekonani o nadprzyrodzonej naturze kataklizmu, w panice uciekali na statki. Bitwa zamieniła się w chaos, który znakomicie wykorzystali samurajowie. Ich ostre jak brzytwa katany okazały się w półmroku tego strasznego wieczoru największym koszmarem najeźdźców. W końcu nawet Mongołowie ulegli panice. Z obawy, że ich okręty ulegną zniszczeniu, a oni znajdą się w pułapce, uciekali w popłochu na statki. Podjęta bez przemyślenia decyzja o odsunięciu okrętów od brzegu okazała się katastrofalna w skutkach. Okręty rozbijały się o nadbrzeżne skały jeden po drugim jak szklane bombki rzucane o ścianę. W ciągu niespełna godziny na dnie zatoki Hakata osiadły setki wraków przykrytych ciałami kilkunastu tysięcy wojowników koreańskich, chińskich i mongolskich, których ciężkie zbroje okazały się ostateczną pułapką.

Czytaj więcej

Najazd mongolski na Ruś. Trauma czy dobrodziejstwo?

Obrońcy byli przekonani, że ich święte wyspy zostały obronione przez bogów kami, którzy zesłali straszny wiatr kaze. Do dzisiaj istnieje przekonanie, że Japonię uratował kamikaze – boski wiatr. Każda legenda ma w sobie ziarno prawdy. Zdaje się, że nad Japonią rzeczywiście czuwały siły nie z tego świata, skoro żywioł miał uratować wyspy po raz drugi.

W 1275 r. zirytowany Kubiłaj wysłał ostatnie poselstwo do Japonii. Tym razem odpowiedź wyspiarzy była ostateczna. Pięciu posłom ścięto głowy w Kamakurze, a cztery lata później w ten sam sposób zabito przedstawicieli chana. Czara goryczy się przelała. Tym razem chan nie oszczędzał. W 1281 r. zebrał armię liczącą 100 tys. wojowników i 3500 okrętów – największą armadę w dziejach, aż do czasu lądowania aliantów w Normandii. Ponownie najeźdźcy wylądowali u wybrzeży Kiusiu i w zatoce Hakata. Tym razem wdarli się daleko w głąb lądu. Po 54 dniach historia jednak się powtórzyła. Obrońcom znowu przyszedł z pomocą boski wiatr. Czy był to tylko tajfun, pozostaje jedną z największych zagadek w historii świata. Tego dnia tysiące wojowników Kubiłaj-chana w szalonym popłochu znowu uciekały na okręty, których kapitanowie jakby niepomni wydarzeń sprzed siedmiu lat znowu w panice próbowali wypłynąć na pełne morze. Tam czekała ich nieuchronna śmierć.

Klęska Mongołów była niewyobrażalna, a zwycięstwo Japończyków nie do przecenienia. Przez kolejne siedem wieków nikt nie ośmielił się zaatakować ich archipelagu.

Nie jest do końca prawdą, że Japonia od początku swojej historii ściśle izolowała się od wpływów z kontynentu azjatyckiego. Obyczajowość, religia, a nawet sposób odżywiania wskazują na silne więzi ekonomiczne i kulturowe Japonii z Chinami i Koreą. Jednak pod koniec XII w. te kontakty zostały zerwane przez Japończyków. Wśród wyspiarzy istniało przekonanie, że izolacja polityczna zapewni ochronę przed potencjalną inwazją „barbarzyńców” z kontynentu. W pewnym stopniu mieli rację. W 1271 r. wnuk Temudżyna Kubiłaj-chan został pierwszym cesarzem Chin z mongolskiej dynastii Yuan. Oznaczało to, że mongolscy koczownicy przeobrażają się w społeczeństwo osiadłe oraz mogą planować inwazję na Japonię.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Historia
„Napoleon” – filmowy knot czy arcydzieło?
Historia
Niemiecka zbrodnia w Łańcucie. Polka zamordowana, bo ukrywała Żydów
Historia
Gry z diabłem
Historia
Głowa państwa. Zawód wysokiego ryzyka
Historia
Michał I – król Madagaskaru
Materiał Promocyjny
Razem dla Planety, czyli chemia dla zrównoważonej przyszłości