O tej insurekcji pisze się niewiele. Niechętnie ją wspominamy. Powstanie styczniowe jest bowiem przykładem zrywu z góry skazanego na przegraną. To jedno z najsmutniejszych, okupionych krwią całego pokolenia wydarzeń w naszej historii. Sens tego desperackiego zrywu najlepiej oddaje wiersz napisany przez Adama Asnyka w 25. rocznicę wybuchu powstania styczniowego:

Boś ty nie przyszedł jako klątwa nieba

Ani nie spadłeś jak grom niespodzianie,

Lecz jak duchowa narodu potrzeba

W krwawej wypadków wypłynąłeś pianie

– Aby ostatnim orężnym protestem

Zapisać w dziejach nieśmiertelne: Jestem!.

Czym była owa „wypadków piana”, o której wspomina poeta? Powstanie styczniowe to siódma w naszej historii insurekcja. Było więc ono konsekwencją poprzednich zrywów i ostateczną manifestacją odrzucenia przez Polaków wyjątkowo brutalnej i pełnej pogardy wobec naszej kultury przymusowej rusyfikacji rozpoczętej po kongresie wiedeńskim przez wyjątkowego drania, jakim był namiestnik carski w Polsce, brat rosyjskiego władcy, wielki książę Konstanty Pawłowicz Romanow. To on zainicjował i rozwinął rosyjski terror polityczny w Polsce. A zrobił to wbrew woli samego cara Aleksandra I, który podczas kongresu wiedeńskiego zobowiązał się, że okupowanemu przez Rosjan terytorium dawnej Rzeczypospolitej nada rangę konstytucyjnego królestwa. Kto wie? Może gdyby w Belwederze nie mieszkał sadysta Konstanty, na obszarach zaboru rosyjskiego udałoby się zbudować dobrze prosperującą gospodarczo autonomię? Przecież były ku temu wszelkie możliwości. Zaledwie dwa lata po zakończeniu kongresu wiedeńskiego, 12 maja 1817 r., w Warszawie rozpoczęła działalność pierwsza giełda papierów wartościowych, nazywana wtedy Giełdą Kupiecką. Była zaledwie o 65 dni młodsza od nowojorskiej giełdy na Wall Street i dawała nadzieję na szybki rozwój gospodarki Królestwa Polskiego. Kongresówka, jak pogardliwie nazwali Polacy owo kadłubowe „Królestwo Polskie”, była tworem całkowicie podległym carowi profanującemu tytuł króla Polski. Miała jednak przez kilkanaście lat własny dwuizbowy sejm uchwalający podatki, budżet państwa i liczbę wojska. Formalnie władzę w imieniu „króla” Aleksandra sprawował namiestnik gen. Józef Zajączek (w latach 1815–1826) – czyli nie byle kto, bo sam dowódca V Korpusu Wielkiej Armii, która dotarła przecież aż do Moskwy.

Odpowiednikiem polskiego rządu była Rada Administracyjna. Niestety, faktyczną władzę sprawowali dwaj Rosjanie: brat cara, wielki książę Konstanty, oraz komisarz carski w Kongresówce, senator Nikołaj Nowosilcow. Oni mieli pełną kontrolę nad policją i siłami zbrojnymi. Swoją brutalną arogancją doprowadzili do wybuchu powstania listopadowego, które niestety nasi przodkowie zaprzepaścili przez waśnie i spory.

O prostactwie Rosjan świadczy to, że nie zrozumieli powodów wybuchu powstania listopadowego. Zamiast więc rozpocząć proces pokojowej asymilacji Polaków, opartej na ideałach pansłowiańskich, nasilili przeciwko nim brutalną rusyfikację. Efekt okazał się katastrofalny.

Romanowowie nie rozumieli przemian dziejowych. Nie wybaczali tym, którzy wypowiadali im posłuszeństwo. Odrzuciwszy obietnice kongresowe, 22 listopada 1831 r. car Mikołaj I wydał rozkaz likwidacji wszystkich instytucji powołanych przez Radę Najwyższą Narodową. Tzw. Królestwo Polskie, paskudny bękart kongresu wiedeńskiego, stało się zwyczajną kolonią rosyjską, której mieszkańcy w ciągu jednego lub najwyżej dwóch pokoleń mieli być pozbawieni tożsamości historycznej, religijnej, kulturowej i własnego języka narodowego.

Zarządzony 6 października 1862 r. w Królestwie Polskim pobór jego mieszkańców do armii carskiej przelał szalę goryczy. Polacy żyjący w zaborze rosyjskim, którzy samodzielnie nie byli już w stanie wyrwać się ze śmiertelnych objęć ruskiego okupanta, mogli jedynie zademonstrować całemu światu, że nadal bronią swojego języka i kultury. Jak bardzo był to desperacki zryw, świadczą słowa Romualda Traugutta – pełniącego rolę tajnego przywódcy powstania styczniowego od 17 października 1863 r. Zapytany przez swoją żonę Antoninę, „Czy był sens powstawać przeciw takiej sile?”, odpowiedział bez wahania: „Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus!”.