Ale pamiętajmy, że zmiana jakościowa nie nastąpiła od razu w 1970 r., kiedy przed Mistrzostwami Świata w Meksyku PZPN zaproponował trenerowi warszawskiej Legii Kazimierzowi Górskiemu poprowadzenie kadry narodowej w miejsce Ryszarda Koncewicza. Przeobrażenie słabej reprezentacji Polski w medalowe Orły Górskiego było procesem ewolucyjnym. Najważniejszą cechą Górskiego była nadzwyczajna pokora. Przecież jeszcze 10 października 1971 r. na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie nasza reprezentacja boleśnie przegrała mecz z reprezentacją RFN. Wtedy honor naszej drużyny uratował tylko jedną bramką Robert Gadocha. Ale Górski wcale się tym nie załamał. Natychmiast wyciągnął wnioski i dokonał istotnych zmian w zespole. Z kadry narodowej odszedł zasłużony stoper Górnika Zabrze Stanisław Oślizło, a grający w klubowych barwach Legii Warszawa Jan Tomaszewski został na półtora roku odsunięty od spotkań. Musiała to być słuszna decyzja, bo kiedy wrócił do obrony polskiej bramki, był już niezastąpiony.

Zdobycie złota olimpijskiego we wrześniu 1972 r. w Monachium rozpoczęło najpiękniejszą dekadę w historii polskiej piłki nożnej.

Nie był jednak jedynym legendarnym bramkarzem. Dzisiaj niewiele wspomina się o fenomenalnym bramkarzu Hubercie Kostce z Górnika Zabrze, nazywanym przez kolegów „Faroszem”. W 1972 r. to on został kapitanem reprezentacji, która na olimpiadzie w Monachium zdobyła złoty medal. Naszą reprezentację olimpijską zasilili także jego koledzy z Górnika Zabrze: Zygmunt Anczok, Zygfryd Szołtysik i Włodzimierz Lubański. Nie zabrakło też reprezentantów klubów stolicy. Do Orłów Górskiego dołączyli „legioniści”: Lesław Ćmikiewicz, Robert Gadocha i Kazimierz Deyna oraz Jerzy Kraska z Gwardii Warszawa.

Zdobycie złota olimpijskiego we wrześniu 1972 r. w Monachium rozpoczęło najpiękniejszą dekadę w historii polskiej piłki nożnej, której kwintesencją były Mistrzostwa Świata w RFN dwa lata później. Nie udałoby się tego osiągnąć, gdyby nie wspaniałe dwubramkowe zwycięstwo w meczu z Anglią 6 czerwca 1973 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Już w 7. minucie tego spotkania po zamieszaniu na angielskim polu karnym padł pierwszy strzał do bramki Anglików, choć nie wiadomo, kto go strzelił. Czy był to Robert Gadocha, Jan Banaś czy może nawet rykoszet odbity od kapitana angielskiej drużyny Bobby’ego Moore’a? Ważne, że drugą decydującą o zwycięstwie bramkę zdobył w 47. minucie Włodzimierz Lubański.

Ale chyba każdy kibic pamiętający tamte emocje przyzna, że żadne polskie zwycięstwo nie smakowało tak bardzo, jak to z 17 października 1973 r. na stadionie Wembley w Londynie. Prasa angielska, która zaledwie kilka godzin przed tym meczem wyśmiewała Polaków, musiała pokornie posypać głowy popiołem. Wyrównującą bramkę Jana Domarskiego brytyjski dziennik „The Times” zaliczył do 50. najważniejszych goli w historii futbolu. Butna Anglia musiała pożegnać się z Mistrzostwami Świata.

To, co najpiękniejsze, zaczęło się rok później w RFN. Jakby ktoś latem wysypał zgubiony przez świętego Mikołaja wór pełen prezentów. Tamten mundial rozpoczęliśmy zwycięstwem z Argentyną 3:2, potem rozgromiliśmy Haiti 7:0, z łatwością rozbiliśmy włoską twierdzę 2:1, wyeliminowaliśmy Szwedów 1:0 i Jugosławię 2:1. To nie była już zwykła drużyna, ale husaria, która miażdżyła wszystko na swojej drodze. Lato, Deyna, Szarmach, Gordon i Tomaszewski – te nazwiska z podziwem powtarzał cały świat. Puchar był w zasięgu ręki. Wydawało się, że nikt nie jest w stanie zatrzymać Orłów Górskiego. Nikt… ale nie nic. Naszą piętą achillesową okazała się pogoda i pływający w wodzie stadion we Frankfurcie nad Menem, za który Niemcy powinni się wstydzić do końca świata. To kałuże, a nie niemiecka obrona zatrzymały polską husarię. Wydawało się, że kiedy Jan Tomaszewski popisowo obronił karnego w 53. minucie meczu, to damy radę. Niestety, nasz wspaniały bramkarz uległ 23 minuty później strzałowi Gerda Müllera. Choć w ostatnim meczu „pocieszenia” pokonaliśmy Brazylię – po golu króla strzelców tego mundialu Grzegorza Lato – to Puchar Świata FIFA trafił do rąk piłkarzy Helmuta Schöna.

Jaka puenta na koniec tych wspomnień? Minęło 48 lat, a my ciągle czekamy na powtórkę tamtego sukcesu.