Bazylika św. Piotra w Rzymie tego jeszcze nie widziała. 8 listopada 1965 r. na II soborze watykańskim Święte Oficjum, najważniejszy urząd Kurii Rzymskiej, strażnik czystości wiary i moralności, zostało przeczołgane przez błoto. Sprawca? 76-letni konserwatywny kardynał Joseph Frings z Kolonii. Oficjum zaszkodziło Kościołowi, karcąc teologów za najmniejsze odstępstwa, sporządzając indeks zakazanych książek, a wyznawców innych religii traktując jak pogan. Tyradę Niemca 2,5 tys. ojców soborowych z całego świata nagrodziło oklaskami. W konsternację wpadła grupka kurialistów. Prefekt Oficjum kardynał Alfredo Ottaviani zbladł jak ściana.

Frings zakwestionował aspiracje kurii jako nadrzędnej instancji weryfikującej uchwały soboru. Rozgrzał stary spór o to, kto ma największą władzę: papież z biskupami czy watykański aparat. Świadom swojej szarży niemiecki purpurat już podczas przerwy w obradach studził nastroje. W barze kawowym w bocznej nawie bazyliki informował, że Ottaviani wyciągnął rękę na zgodę i powiedział: „Jesteśmy braćmi". W istocie przepaść między nimi równała się Rowowi Mariańskiemu.

Centrala Kościoła

Sobór zwołano, by przewietrzyć Kościół, zatęchły od archaicznych praktyk i instytucji. Jedną z nich, którą papieże soborowi, Jan XXIII i Paweł VI, w niezmienionej formie przejęli po wiekach średnich, była Kuria Rzymska. Jej autorski projekt wyszedł od Sykstusa V, który Kościołem rządził wtedy, gdy w Polsce panował Stefan Batory. W 1588 r. Sykstus dotychczasową praktykę doraźnego powoływania kardynałów do prowadzenia kluczowych spraw Kościoła zastąpił stałą strukturą z 15 kongregacjami, zarządzającymi poszczególnymi resortami. Przez cztery wieki kuria do perfekcji szlifowała watykański centralizm, na baczność stawiając biskupów w diecezjach. W ostatnich dwóch dekadach przed soborem znajdowała się pod komendą kardynała Domenico Tardiniego. „Sierżant Piusa XII", jak go nazywano z powodu lojalności wobec papieża, dla dobra Kościoła ryzykowny sobór zamierzał poddać swojej kontroli. Rok przed otwarciem zgromadzenia Pan wybawił go od przykrego obowiązku. Kiedy Jan XXIII zwołał sobór (1962 r.), kurialiści stanęli okoniem. Na ich czele Ottaviani. Najpotężniejszy z włoskich kardynałów zmiany uderzające w tradycję Kościoła sabotował zakulisowo, ale gromy ciskał w świetle jupiterów. Do annałów weszła jedna z jego filipik, którą po raz kolejny przekroczył limit czasu. Przewodniczący sesji wyłączył mu mikrofon. Bazylika znów zatrzęsła się od oklasków. W rewanżu Włoch przez dziesięć dni bojkotował obrady.

Ottaviani, jedenasty z dwunastki dzieci piekarza z najbiedniejszej dzielnicy Rzymu, gdy już wspiął się na szczyt watykańskiej hierarchii, stale powtarzał, że „trzeba być ślepo posłusznym Kościołowi", czyli kurii. W efekcie Paweł VI musiał zrehabilitować dwóch teologów, których Ottaviani zwolnił z Instytutu Biblijnego. A kiedy Ojciec Święty w ramach nowej polityki wschodniej nawiązał dialog z blokiem radzieckim, Ottaviani podburzał kurialistów: „Nie można podać ręki tym, którzy wcześniej Chrystusowi pluli w twarz". Gdy odszedł na emeryturę, papież zastąpił go reformatorskim kardynałem z komunistycznej Jugosławii. Paweł VI powiększył 70-osobowe kolegium kardynalskie do 120 członków, umiędzynarodowił włoską kurię i otworzył ją przed biskupami z bloku wschodniego. Ostpolitik stała się jego oczkiem w głowie. Poufne misje za żelazną kurtyną powierzył biskupowi Agostino Casaroliemu, wschodzącej gwieździe w kurii. Nim jednak wzeszła ona na pełny firmament za pontyfikatu Jana Pawła II, karty za Spiżową Bramą rozdawała trójka muszkieterów: Francuz, Włoch i Amerykanin.

Warto zaznaczyć, że Paweł VI znał kurię od podszewki. Pracował w niej 35 lat. Jako głowa Kościoła odrzucił postulat soboru, by gruntownie zreformować kurię. Ale ten zwolennik watykańskiego centralizmu oprócz ostrożnych modyfikacji odważył się na dwie większe zmiany: przejście 80-letnich kurialistów na emeryturę i wykluczenie ich z konklawe. Tak pozbawił wpływów przedsoborową generację kardynałów Piusa XII, czym oczyścił przedpole dla swoich muszkieterów.

Wicepapież Villot i „Gauleiter" Benelli

Najwyższy rangą spośród nich był sekretarz stanu i szef dyplomacji Jean-Marie Villot, który już samą postacią ucieleśniał potęgę kurii. Miał 193 cm wzrostu i o dwie głowy przewyższał wątłego papieża. Paweł VI, frankofon, konferował z nim po francusku, pozwalał nałogowemu palaczowi zapalić w swojej obecności, a nawet spędzał z nim urlopy w Castel Gandolfo. Ekskluzywność kurialnego szefa wyrażała się też dostępem do papieża. Villot do papieskiego gabinetu wchodził przeznaczoną tylko dla niego klatką schodową. Co istotniejsze, stanął na czele jeszcze bardziej przez Pawła VI scentralizowanej kurii, w której Sekretariat Stanu postawiono ponad wszystkimi kongregacjami. Prefekci kongregacji (najważniejszych resortów) i innych dykasterii (mniej ważnych) bez jego zgody nie mogli podjąć istotnych decyzji. Ba, bez przychylności Villota nie mogli liczyć na papieską audiencję w cztery oczy. Sam Sekretariat Stanu rozrósł się do mamuciej instytucji, zatrudniającej gros z 3 tys. watykańskich urzędników. Villot do roli wicepapieża nadawał się idealnie. Wyniosły, z atencją dla pompy, miłośnik francuskiej kuchni i wina, przejawiał wyjątkową niechęć do pracy przy biurku. Po godzinie 20 znikał w swoich apartamentach, gdzie odmawiał różaniec i zaczytywał się francuskimi powieściami.

Sybaryckie skłonności i zupełny brak zamiłowania do studiowania akt spowodowały, że Villot nie zawsze wiedział, co w trawie piszczy. Cenną tę okoliczność zdyskontował kardynał Giovanni Benelli, szef watykańskiego MSW. Wiedza, jaką czerpał z pożerania akt do drugiej w nocy, uczyniła go najbardziej wpływowym kurialistą. Bez skrupułów, owładnięty manią kontroli, przechwytywał całą korespondencję do papieża: od nuncjatur, zagranicznych stolic i biskupów diecezjalnych. Powołując się na nadrzędną rolę Sekretariatu Stanu, kontrasygnował decyzje, które zapadały w innych kongregacjach, nawet w najpotężniejszej z nich, Kongregacji Nauki Wiary, którą w ramach reformy kurii Paweł VI wyłonił ze Świętego Oficjum i formalnie zrównał z innymi kongregacjami. Wszystkie nominacje biskupie też przechodziły przez jego ręce. Po Watykanie krążył dowcip, że nawet papier toaletowy musiał wrócić na jego biurko do przeglądu. Stąd się wzięły przydomki Gauleiter i Carrabinieri. Wszyscy kurialiści, łącznie z prefektami, którzy chcieli udzielić wywiadu mediom, musieli kołatać do jego drzwi i prosić o zgodę. Paweł VI cenił jego pracoholizm. O ile z prefektami spotykał się sporadycznie (poza Villotem, z którym konferował dwa razy w tygodniu), o tyle Benellego przyjmował nawet codziennie, jeśli zaszła taka konieczność.

Bankier Boga

Tylko jeden kurialista znalazł się poza kontrolą Benellego – abp Paul Marcinkus. Na tle dystyngowanych Włochów ten dwumetrowy dryblas, wybijający piłkę golfową na ponad milę z precyzją chirurga, i wielbiciel westernów z Garym Cooperem wyróżniał się jak ośnieżone Alpy na pustyni. Wychowany w chicagowskich slumsach uciekł od nędzy do seminarium, potem na studia doktoranckie do Rzymu, gdzie jako tłumacz trafił do angielskiej sekcji Sekretariatu Stanu. Jego działalność podczas synodu można porównać z trąbą powietrzną. Dla 300 biskupów z USA organizował przeloty, hotele i program turystyczny all inclusive – w pakiecie zwiedzanie Rzymu i golf. Wreszcie wybudował im pięciogwiazdkowy hotel Villa Strich. Tak wpadł w oko Pawłowi VI, który uczynił go osobistym tłumaczem. Kiedy pontifex w 1964 r. podczas spotkania z wiernymi w centrum Rzymu utknął w tłumie, Marcinkus pięściami utorował mu drogę. Papież otworzył przed nim serce. I drogi awansu. Mianował go arcybiskupem, a wkrótce potem szefem Banku Watykańskiego.

Bank założył Pius XII w 1942 r., by zarządzał odszkodowaniami, jakie zgodnie z traktatem laterańskim z 1929 r. przelewał Watykanowi rząd włoski. Urządzony w dawnych lochach watykańskich Instytut Dzieł Religijnych (IOR) – jak brzmi jego oficjalna nazwa – miał finansowo wspierać boże przedsięwzięcia i instytucje. Kiedy po śmierci popularnego Jana XXIII załamały się wpływy z kolekt, a Włochy zawiesiły udogodnienia podatkowe Mussoliniego, Paweł VI ściągnął do Rzymu niezbędnego fachowca. Michele Sindona, sycylijski mafioso, już raz wybawił go z opresji, kiedy w Mediolanie jak z rękawa wyczarował akuratną działkę i gotówkę pod diecezjalny dom seniora. Teraz watykański kapitał i dochody umieścił w rajach podatkowych na Karaibach, w czym się specjalizował. Jako trzeci z papieskim błogosławieństwem do syndykatu przystąpił szef katolickiego Banku Ambrosiano Roberto Calvi. Zgrany tercet w analogiczny sposób odprowadzał na Karaiby brudne pieniądze mafii, której członkowie jeden po drugim zakładali czarne konta w IOR. Sieć specjalnych powiązań łączyła Marcinkusa z włoską chadecją niezatapialnego premiera Andreottiego. Pęczniejącym kontem IOR Amerykanin wspierał skorumpowaną partię. W rewanżu rządząca chadecja otwierała się na życzenia kurii. Między Rzymem a Watykanem powstała wyjątkowa parantela.

W połowie lat 70. Marcinkus popadł w tarapaty. Kryzys naftowy zaszkodził interesom Sindony. Jego przyjaciel Richard Nixon po aferze Watergate ustąpił z urzędu prezydenta USA. Tercet watykańskich bankierów znalazł się na celowniku FBI. Paweł VI nie doczekał ich upadku. Wprawdzie Marcinkus zdążył uchronić go przed nożem zamachowca w Manili, ale Paweł VI zmarł w upalne lato 1978 r. Zaledwie 33-dniowy pontyfikat i nagła śmierć jego następcy stały się pożywką dla sensacyjnej teorii o kurialnym spisku z Villotem i Marcinkusem na czele. Nikczemnicy w sutannach mieli wywarem z naparstnicy otruć papieża, który w Watykanie odkrył gniazdo skorumpowanej masonerii. Ale Jan Paweł I zmarł na zawał, choć bez ostatniego namaszczenia i bez lekarza, opuszczony przez bezduszną kurię.

Właśnie bezduszność konstytuowała watykańskich urzędników. W męskim biotopie za Spiżową Bramą rywalizacja na niższych szczeblach przypominała wyścig szczurów – o przychylność tego czy innego kardynała lub lepszą posadę startową. Z kolei na kurialnych szczytach różne koterie rywalizowały ze sobą o wpływy. Za Pawła VI rywalizacja przybrała formę szczególnej niechęci Włochów do Marcinkusa. Kolportowano nieprzychylne mu, wyssane z palca plotki. Walka podjazdowa nasiliła się w okresie fine regno, końcówki pontyfikatu, archetypicznego zjawiska w kurialnym pejzażu. W Watykanie oznacza to wejście w bloki startowe przed zbliżającą się śmiercią papieża i konklawe. Fine regno Pawła VI przyniosło starcie liderów progresistów (Benelli) i konserwatystów (Siri). Ponieważ na dwóch konklawe w 1978 r. zablokowali się oni nawzajem, zwycięstwo odnieśli kurialni outsiderzy – Albino Luciani (sierpień) i Karol Wojtyła (październik).

Kuria na równi pochyłej

Bez znajomości kurii Jan Paweł II nie drażnił kurialistów reformą watykańskiego aparatu. Skoncentrował się na bliskich sercu pielgrzymkach, dialogu międzyreligijnym i zdławieniu komunizmu. Wewnętrzne sprawy kurii zostawił w świętym spokoju (odpowiedzialność za nią scedował na sekretarza stanu Agostino Casarolego). Co nie znaczy, że nie wywarł na niej piętna. Pod jego rządami watykańska struktura jeszcze bardziej obrosła w piórka centralizmu, korupcji i bizantynizmu.

Katalizatorami petryfikacji kurii okazały się Meksyk i Polska. Przyjęcie zaproszeń do Puebla na zjazd biskupów Ameryki Łacińskiej i do Polski (1979 r.) wytyczyły ideę zagranicznych pielgrzymek, konfrontując Jana Pawła II z wyzwaniem komunizmu. W Ameryce Łacińskiej w formie teologii wyzwolenia, w Polsce – radzieckiego marksizmu. W starciu z przeciwnikiem papież oparł się na antykomunistycznych, konserwatywnych hierarchach. Odziedziczonych po Pawle VI pozostawił na urzędach, innych ściągnął do Watykanu. Tych pierwszych, do których zaliczali się kardynałowie Sebastiano Baggio, Pietro Palazzini, Ugo Poletti, Antonio Samore, Jean-Marie Villot, najlepiej jednak uosabiał Silvio Oddi, znany z karcenia duchownych za spacery po Rzymie bez koloratki. Orędownik watykańskiego centralizmu stale powtarzał, że „kolegialność biskupów" jest wymysłem diabła; w Biblii występuje tylko raz, kiedy podczas męki Chrystusa „wszyscy apostołowie go opuścili i uciekli". Z kolei importowanych do rzymskiej centrali konserwatystów najtrafniej ucieleśniał Joseph Ratzinger, jednoosobowy think tank teologiczny z Bawarii.

Kiedy Jan Paweł II rozprawił się z komunizmem i teologią wyzwolenia, na baczność stawiając biskupów z amerykańskich slumsów, wzmocnił w kurialnym teamie wiarę w skuteczność strategii centralizmu. Zwycięski team papieża stanął teraz do krucjaty przeciwko cywilizacji śmierci i jej przejawom – in vitro, aborcji i eutanazji. Papież z kurialistami przywoływał do porządku lokalne kościoły Europy Zachodniej, wybijając im z głowy pomysły komunii dla rozwodników, diakonatu kobiet czy zwiększenia roli laikatu. Za lidera liberalno-kolegialnego Kościoła uchodził kardynał Franz König z Wiednia, a po jego śmierci Carlo Martini z Mediolanu. Ale do symbolu ofiary watykańskiego walca urósł moguncki biskup Karl Lehmann. Przez dwie dekady przewodniczącego niemieckiego episkopatu, który obficie zasilał konto Watykanu, upokarzano odmową przyznania kapelusza kardynalskiego. Watykański centralizm święcił triumfy, choć w efekcie rozgoryczenie kleru i wiernych Europy Zachodniej w latach 90. sięgnęło zenitu.

Bank Watykański: pralnia mafijnych pieniędzy

Antykomunistyczny i konserwatywny wektor polityczno-doktrynalny pontyfikatu okazał się wodą na młyn watykańskiej korupcji. Zdumiewającą na pierwszy rzut oka koherencję uzasadnia osoba abp. Marcinkusa. Szef pralni mafijnych pieniędzy, czyli Banku Watykańskiego (IOR), orbitował blisko wpływowych za Jana Pawła II kręgów Opus Dei. I nie odmówił papieżowi wsparcia ruchów antykomunistycznych w Europie Wschodniej, w tym Solidarności, kwotą 100 mln dolarów. Mimo tarapatów, w jakie wpadł on sam i IOR. Jego kolega od biznesu, Roberto Calvi, po uszy zadłużył swoje banki, topiąc depozyty IOR z mafijnymi wkładami. Ścigany przez wierzycieli, uciekł z Italii. W 1982 r. mafia dopadła go w Londynie i powiesiła pod mostem Blackfriars Bridge, wypychając mu spodnie połówkami cegłówek, symbolem masonerii. Drugi wspólnik Marcinkusa, Michele Sindona, też nie przetrwał skandalu. Siedział akurat w więzieniu, gdy otruto go kawą. Odium spadło na Watykan. Wierzycielom Calviego szantażowany przez nich Marcinkus wypłacił 250 mln dolarów odszkodowania, choć Watykan czerwonym ołówkiem łatał dziury w budżecie.

Papież nie pozwolił, by bankierowi spadł z głowy choćby jeden włos. Także wtedy, gdy atakowali go konserwatyści z kurii, przeciwstawiając się jego kandydaturze na pronuncjusza w Londynie. Ścigany za malwersacje listem gończym przez włoską prokuraturę, skrył się za murami Watykanu. Mieszkał sam jak palec w wielkim pałacu gubernatorskim. Aż czmychnął do USA, gdzie zmarł w 2006 r., zabierając większość tajemnic do grobu. Wśród nich największą: sprawę uprowadzenia Emanueli Orlando, 15-letniej córki watykańskiego urzędnika – trop prowadził do mafijno-watykańskich powiązań. Zabity w mafijnych porachunkach kidnaper przez 14 lat (1990–2013) spoczywał w imponującym sarkofagu rzymskiej bazyliki St. Apollinare, na co zgodę osobiście wydał wikariusz Rzymu kardynał Poletti.

Marcinkus znalazł godnego następcę w osobie biskupa Donato de Bonis, który kontynuował interesy z mafią oraz zachował system tajnych kont do prania brudnych pieniędzy. Widok biskupa, który co tydzień taszczył do banku walizki pełne banknotów o nominałach 100 tys. lirów, uchodził za najnormalniejszy na świecie. Konta należały do fikcyjnych organizacji charytatywnych. W rzeczywistości wszystkimi kontami zarządzał de Bonis. W razie jego śmierci depozyty na koncie nieistniejącej fundacji kardynała Spellmana miały przypaść Giulio Andreottiemu, siedmiokrotnemu premierowi Italii, splecionemu z cosa nostrą węzłem gordyjskim.

Kuria podtrzymywała sieć powiązań z chadecją Andreottiego aż do jej dramatycznej agonii (1994 r.), widząc w niej na gruncie włoskim sojusznika przeciwko lewicy. Z tych samych powodów z dnia na dzień przerzuciła się na nowy establishment polityczny Silvio Berlusconiego i jego Sforza Italia. Kardynałowie, głównie Oddi, Poletti i Camillo Ruini, należeli do stałych bywalców na uroczystościach Berlusconiego, oficjalnych, prywatnych i mieszanych. Z wzajemnością. Już u zarania aliansu oficjalną prezentację książki papieża „Przekroczyć próg nadziei" z udziałem rzecznika Watykanu Joaquina Navarro-Vallsa i kardynała Ratzingera uświetniła seksowna narzeczona Berlusconiego, Veronica Lario. Kurii nie przeszkadzały ani damskie podboje premiera, ani skandale z jego udziałem. Podczas najgłośniejszego z nich, nazwanego „bunga-bunga" od urządzanych przez Berlusconiego orgii z modelkami, Watykan otoczył jurnego premiera żarliwą modlitwą. Dwie dekady później, już jako politycznego półtrupa, wspierał go niezmiennie w wyborach parlamentarnych w 2013 r. Co ważniejsze, polityczno-towarzyskie więzy kurialistów z partią Berlusconiego dały im poczucie przynależności do śmietanki towarzyskiej Italii.

Za tym szła wyniosłość i bizantyjskość kurialistów. Ich rywalizacja na papieskim dworze w ramach tradycyjnych koterii, związanych ze wspólnotami religijnymi, zakonami czy poszczególnymi kardynałami, przybrała na sile, gdy dotknięty chorobą Parkinsona Jan Paweł II oddawał coraz więcej pól. Z pielgrzymką na Słowację (2003 r.) wybiło dla papieża fine regno. Na lotnisku w Bratysławie nie mógł przywitać się z prezydentem kraju i przesiąść do limuzyny; bezwładne ciało zaniosła na fotel czwórka ochroniarzy. Archetypiczne dla schyłku pontyfikatu okazały się dwie wielkie afery homoseksualne: abp. Juliusza Paetza i Marciala Maciela Degollado, założyciela Legionu Chrystusa. Obydwie stały się źródłem rozgrywki między Ratzingerem a sekretarzem stanu Angelo Sodano. Włoch ucinał sprawę, a papieża odcinał od dostępu do informacji. Niemiec żądał rozliczenia winnych.

Benedykt XVI w watykańskiej stajni Augiasza

Kiedy kardynał Ratzinger objął schedę po wielkim Polaku, z werwą rozpoczął remont kurii. Wbrew Sodano usunął do klasztornej celi Degollado, choć opór kurii uniemożliwił wytoczenie mu procesu kanonicznego. Nowy papież po raz pierwszy na własnej skórze poczuł, że jego margines swobody jest w rękach kurii. A ta w trosce o wizerunek Kościoła zamiatała pod dywan przypadki pedofilii duchownych, mimo że papież ustalił surowsze procedury karania winnych. Regułę omerty rozciągnęła też na homoseksualizm we własnych szeregach, choć istnienie lobby gejowskiego poświadczył naczelny egzorcysta Watykanu Gabriele Amorth, a z pozycji insidera opisał je rodak papieża David Berger. Z kolei pedofilski network watykański zdemaskował Don Patrizio Poggi. Skazany za molestowanie nieletnich i suspendowany z kapłaństwa, po pięciu latach opuścił więzienie, a po odrzuceniu prośby o przywrócenie do kapłaństwa zeznał policji, że w budynkach kościelnych na północy Rzymu wysokim urzędnikom watykańskim dostarczano 14-letnich rumuńskich chłopców. Siatka posługiwała się samochodem z napisem „Transport krwi", a akcją rekrutacyjną na ulicach Rzymu zarządzał były policjant i sprawny sutener Giuseppe Buonviso. Nieletnim płacono od 150 do 500 euro. Watykan ustami kardynała Agostino Valliniego zdementował oskarżenia Poggiego, który miał się kierować zemstą. Jego zeznania potwierdziła jednak jedna z małoletnich rumuńskich ofiar.

Bezsilność wobec kurii najbardziej poczuł Benedykt XVI, kiedy postanowił rozprawić się z korupcją generowaną przez IOR. Utworzył organ kontrolny z kardynałem Attilio Nicorą na czele, a szefem IOR uczynił Ettore Gotti Tedeschi. Przejrzystość miała zapewnić IOR wejście na listę banków spełniających restrykcyjne wymogi transparencji i wymiany informacji podatkowej. W tym celu Benedykt XVI wprowadził odpowiednią ustawę. Ale zawiesił ją sekretarz stanu Tarcisio Bertone, który przejmował dokumenty przeznaczone dla Nicory. Bertone odstrzelił też oddanego papieżowi Tedeschi, który przy wyjaśnianiu kwestii tajnych kont od razu popadł w konflikt z sekretarzem stanu. Po spacyfikowaniu obydwu ludzi papieża Bertone odzyskał kontrolę nad IOR. Wykorzystując słabą orientację Benedykta XVI w zakulisowych rozgrywkach, zaczął wycinać stronników Sodano z kurialnych urzędów i zastępować ich swoimi. Za plecami papieża między Bertone a Sodano toczyła się zacięta walka. Jej ofiarą padł sam papież. Co chwilę wpadał na minę. Dwie największe miny wybuchły przy rehabilitacji antysemity bp. Richarda Williamsona i podczas przemówienia w Ratyzbonie na temat islamu, co wywołało polityczne perturbacje. Trzecia, wyciek dokumentów z papieskiego biurka do mediów przy niejasnej do dziś roli kurialistów, uświadomiła papieżowi, że rządy w Watykanie wymknęły mu się z rąk. Bezprecedensowa abdykacja była w jakimś sensie przyznaniem się do porażki wobec watykańskiej kliki władzy. Wiele wskazuje jednak na to, że krok okazał się zgrabnym posunięciem, przyspieszającym możliwość posprzątania watykańskiej stajni Augiasza rękami młodszego następcy. Tym kryterium kierowali się pozakurialni kardynałowie przy wyborze obecnego papieża.