Historyk Henri-Christian Giraud przez dziesięć lat mozolnej pracy archiwalnej odtworzył sojusz, który Francji nie przynosi chwały. Związał on już od listopada 1940 r. Charles'a de Gaulle'a z Józefem Stalinem, gdy ZSRR był w sojuszu z III Rzeszą.

W tamtym czasie przywódca Wolnej Francji atutów miał niewiele. Ale w oczach Moskwy mógł odegrać kluczową rolę w przekonaniu prezydenta USA Franklina D. Roosevelta do otwarcia drugiego frontu możliwie daleko od Związku Sowieckiego – w Normandii. To dałoby Armii Czerwonej czas na zajęcie Europy Środkowej, łącznie z Berlinem.

Winston Churchill miał inną koncepcję. Rozpoznając, w przeciwieństwie do Roosevelta, zamiary Stalina, forsował uderzenie od Bałkanów i wyzwolenie Europy Środkowej przed Sowietami. De Gaulle nie tylko zniechęcał do tego prezydenta USA, ale w kluczowym momencie, latem 1944 r., gdy siły aliantów na froncie włoskim były czterokrotnie większe niż Niemców i droga na Wiedeń wydawała się otwarta, wycofał Francuzów i namówił Roosevelta do pójścia w jego ślady.

– Mam nadzieję, że Rosjanie będą w Berlinie przed Amerykanami – przyznał de Gaulle sowieckiemu ambasadorowi w Londynie Iwanowi Majskiemu.

Wsparcie Kremla było dla Francuza na wagę złota. Mimo upadku w 1940 r. Francja weszła do grona czterech potęg mających strefy okupacyjne w Niemczech i stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. A sam de Gaulle przeszedł do historii jako wyzwoliciel kraju i twórca jego potęgi – V Republiki.

Rozmowa z Henrim-Christianem Giraudem w weekendowym magazynie „Plus Minus”