Śmigłowiec Mi-8 z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego rozbił się 4 grudnia 2003 roku pod Warszawą, gdy wyłączyły się oba silniki. W rocznicę tego wydarzenia przypominamy tekst z 2013 roku.

Marek Miłosz - pilot śmigłowca i dowódca załogi (wtedy w stopniu majora), zdołał awaryjnie wylądować, stosując manewr autorotacji. W wypadku nikt nie zginął.

– Byliśmy radośni, że nikt nie zginął. Uważaliśmy, że pilot, pułkownik Miłosz po prostu ocalił nam życie. Nie mamy do niego pretensji. Wykonanie tego manewru w tamtych warunkach, w nocy – było czymś niezwykłym – powiedział w TVP Info Leszek Miller.

Były premier powiedział, że wszyscy, którzy 10 lat temu lecieli razem z nim Mi-8 (15 osób: czterech członków załogi i 11 pasażerów), co roku spotykają się w rocznicę wypadku i wspominają dramatyczne chwile. – Po raz kolejny wracają wątki, gdzie kto siedział w helikopterze, a potem pod jakim drzewem kto leżał, jak czekaliśmy na karetki pogotowia, na straż pożarną...

Miller wyznał także, że tuż po wypadku najbardziej bał się, że „helikopter się zapali i wszyscy spłoną". – Na każdym filmie, gdy helikopter zderza się z ziemią jest malowniczy wybuch. Gdyby nie warunki atmosferyczne – wilgoć, maszyna pewnie by się zapaliła.

– Kiedy oficer BOR-u wyciągnął mnie, pierwszym wrażeniem było uczucie ulgi. Potem zadawałem sobie pytanie, czy do końca życia będę sparaliżowany – wspominał szef SLD.