Obecnie większość usług internetowych dla użytkowników komputerów dostarcza firma Google, opisana przeze mnie w artykule „Google. Historia internetowego giganta" („Rzecz o Historii", 11 grudnia 2020 r.), ale kiedyś wiodącą rolę odgrywał serwis Yahoo!

Portal Yahoo! (wykrzyknik jest częścią nazwy) zdecydowanie zasługuje na miano sieciowego weterana. Powstał w styczniu 1994 r., czyli cztery lata wcześniej niż Google (uruchomiony – przypomnę – 27 września 1998 r.). Stworzyli go dwaj absolwenci Uniwersytetu Stanforda Jerry Yang i David Filo. Założyli oni stronę internetową, która początkowo miała dość długą nazwę: Jerry and David's Guide to the World Wide Web. Był to hierarchiczny katalog stron internetowych, chętnie wykorzystywany przez użytkowników, dlatego twórcy 19 stycznia 1995 r. nadali mu krótszą i wpadającą w ucho nazwę Yahoo! oraz zarejestrowali domenę yahoo.com. Nazwa ta mogła być kojarzona z określeniem „Yet Another Hierarchically Organized Oracle" (jeszcze jedna hierarchicznie zorganizowana wyrocznia), ale często przytaczana jest opinia, że nazwa ta została zaczerpnięta z książki „Podróże Guliwera" Jonathana Swifta, gdzie występują nazwane tak człekokształtne istoty, które obsesyjnie szukają „pięknych kamieni", grzebiąc w błocie.

Początkowo hierarchiczne katalogi Yahoo! były edytowane przez ludzi, ale w 1995 r. wprowadzono do serwisu wyszukiwarkę o nazwie Yahoo! Search, w wyniku czego popularność serwisu bardzo szybko rosła. W kwietniu 1996 r. firma Yahoo! weszła na giełdę i cena akcji w ciągu dwóch lat wzrosła o... 600 procent. Warto dodać, że w 1998 r. Yahoo! nie było już firmą unikatową, bo powstały konkurencyjne serwisy Excite, Lycos i America Online (AOL) o podobnym zakresie funkcjonalności. Ale Yahoo! było firmą zdecydowanie najpopularniejszą. Odnotowywano 95 mln otwarć strony dziennie, a gdy od 1997 r. Yahoo! zaczęło udostępniać poza wyszukiwarką stron także bezpłatną pocztę internetową Yahoo!Mail – jego popularność jeszcze wzrosła.

Ofensywa

Yahoo! jako spółka giełdowa rozrastało się tak szybko, że mogło sobie pozwolić na wykupywanie całych firm zajmujących się podobną działalnością dla podniesienia swej wartości i rozszerzenia swojej oferty. W 1997 r. kupiło firmę RocketMail (za 97 mln USD), co było podstawą wspomnianego wyżej uruchomienia usługi Yahoo!Mail. W 1999 r. spółka Yahoo! przejęła (za 3,6 mld USD) firmę GeoCities. Serwis ten pozwalał użytkownikom tworzyć i udostępniać ich własne strony internetowe. Strony te były dzielone (umownie) na „miasta", co ułatwiało docieranie do interesujących danych niezależnie od tego, gdzie w rzeczywistości mieszkał twórca strony. Na przykład „miasto" Hollywood gromadziło strony poświęcone rozrywce, a Pentagon – wojskowości. Takich „miast" stworzono 29.

Yahoo! początkowo chciało zmienić te zasady, ale pod wpływem nacisku użytkowników wiele z nich zachowało – tyle że już pod własnym szyldem. Następną firmą kupioną przez Yahoo! w 1999 r. była Broadcast.com – radio internetowe. Kosztowało to firmę 5,7 mld USD. Te zabiegi skutkowały m.in. wzrostem ceny akcji firmy do poziomu 118,75 USD, który osiągnięto 3 stycznia 2000 r. Towarzyszył temu także wzrost popularności serwisu.

Niepowodzenia i sprzedaż firmy

Moment, gdy portal Yahoo! był tak wysoko wyceniany, przypadł jednak na szczyt tzw. bańki dotcomów, czyli okresu, gdy ceny akcji wszystkich spółek działających w internecie za sprawą spekulacji wzrosły do wysokości nieuzasadnionej ekonomicznie. Owa „bańka" pękła jednak w 2000 r. i ceny akcji wszystkich internetowych przedsiębiorstw katastrofalnie spadły. 2 września 2001 r. akcje Yahoo! sięgnęły dna ceną 8,11 USD. Ci gracze giełdowi, którzy nabyli akcje w czasie prosperity, musieli pogodzić się z tym, że ich wartość zmalała 14-krotnie! Zdecydowanie nie sprzyjało to dobrym nastrojom.

Jednak zasób wiedzy, doświadczenie firmy i jej pozycja wśród użytkowników internetu były nadal w cenie. W lutym 2008 r. ofertę wykupienia Yahoo! zgłosiła firma Microsoft. Oferowała 44,6 mld USD. Zarząd firmy Yahoo! odrzucił tę ofertę, uznając ją za nieadekwatną do wartości firmy. Nie miał racji: już w 2011 r. firma była warta na rynku zaledwie 22,24 mld USD (połowę tego, co proponował Microsoft!). Rok później Yahoo! musiało zwolnić 2 tys. pracowników (14 proc. całego personelu). Zaczęło się też odwoływanie członków dyrekcji i powoływanie innych, którzy mieli uratować firmę. Ale ich także wkrótce odwoływano. Znamienny był przypadek Scotta Thompsona, któremu na początku 2012 r. powierzono funkcję dyrektora generalnego. Thompson zaczął reformować firmę, ale 13 maja 2012 r. firma Yahoo! wydała komunikat, że on już u nich nie pracuje. Szczegóły nie są znane, jednak ta roszada personalna była kosztowna, bo za 130 dni pracy Yahoo! musiało mu zapłacić 7,3 mln USD.

Rynek zaczął się kurczyć. W Polsce od 2011 r. funkcjonował polskojęzyczny oddział Yahoo!, ale już w 2013 r. zaprzestał działalności. W tym samym roku Yahoo! kupiło firmę Tumblr za 1,1 mld USD, która oferowała internautom usługi w postaci możliwości tworzenia mikroblogów. Ale interesu nie udało się rozkręcić i platformę Tumblr odsprzedano w 2019 r. spółce Automattic za cenę poniżej 3 mln USD.

Kłopoty finansowe Yahoo! sprawiły, że firma utraciła niezależność i 25 lipca 2016 r. sprzedano ją firmie Verizon Communications za 4,84 mld USD. Firma Verizon połączyła Yahoo! z takimi serwisami jak AOL, TechCrunch, Engadget, tworząc Verizon Media. Logo Yahoo! pojawia się jeszcze w tradycyjnych produktach tej firmy, ale jest już wyłącznie ozdobnikiem. Sic transit gloria mundi...

Nowa gwiazda w nowej konstelacji

Opisany powyżej serwis Yahoo!, a także omawiane we wcześniejszych felietonach firmy Google, Facebook i Twitter, funkcjonowały głównie na komputerach, wykorzystując tradycyjny internet, w którym zapotrzebowanie na serwisy społecznościowe zostało (chyba) całkowicie zaspokojone. Natomiast wraz z rozwojem komórek, które z przenośnych telefonów przekształciły się w mobilne komputery z dostępem do internetu, otworzyła się nowa przestrzeń do rozwoju serwisów społecznościowych opartych na możliwościach technicznych i komunikacyjnych współczesnych smartfonów. W tym obszarze ulokowane są omawiane już wcześniej portale Instagram i TikTok, ale chyba największą karierę zrobił serwis WhatsApp. Jest to aplikacja przeznaczona głównie do smartfonów, o czym przypomina jej logo (telefoniczna słuchawka na zielonym tle), chociaż posiadacz aplikacji mobilnej może korzystać z niej także na komputerze.

Pomysł takiej aplikacji przyszedł podobno do głowy Janowi Koumie, Ukraińcowi (!) zatrudnionemu w firmie Yahoo! jako programista komputerowy, gdy kupił sobie w 2009 roku smartfon iPhone firmy Apple. Firma ta poza telefonami udostępniła również cyfrową platformę dystrybucji aplikacji mobilnych funkcjonujących na tych telefonach (wyposażonych w system operacyjny iOS) i Kouma uświadomił sobie, jak wielki potencjał tkwi w tej formie udostępniania różnych usług komputerowych. Swoim pomysłem podzielił się z innym programistą zatrudnionym w Yahoo! Brianem Actonem. Obaj uznali, że to może być żyła złota, ale chociaż obaj byli programistami, nie mieli doświadczenia w tworzeniu programów dla iPhone'ów. Ich wybór padł na rosyjskiego dewelopera Igora Solomennikowa i tak powstała pierwsza wersja aplikacji, napisana w mało wtedy znanym języku Erlang.

Mając gotowy produkt, Koum 24 lutego 2009 r. zarejestrował firmę WhatsApp i zaczął działalność gospodarczą. Na początku marnie mu szło, bo wytworzone oprogramowanie często się zawieszało. Koum był bliski zarzucenia pomysłu, ale Acton przekonał go, że warto poprawić program i kontynuować działanie. W sierpniu 2009 r. udostępniona została wersja WhatsApp 2.0 wolna od błędów, a firma Apple rozesłała do użytkowników swoich telefonów wiadomość, że dostępna jest nowa aplikacja. Od razu pojawiło się 250 tys. użytkowników i gwiazda WhatsApp pojawiła się na teleinformatycznym firmamencie.

Potrzebne są pieniądze

Brian Acton początkowo miał ochotę otworzyć własną firmę zajmującą się innym tematem, ale widząc, jak Koum zmaga się z licznymi przeszkodami, postanowił dołączyć do przyjaciela. Jako rodowity Amerykanin Acton wiedział, że w tym kraju nie wystarczy być genialnym. Dodatkowo trzeba mieć forsę! Namówił więc pięciu kolegów z Yahoo!, żeby z prywatnych pieniędzy dofinansowali przedsiębiorstwo Kouma. Zebrali 250 tys. USD i interes zaczął się kręcić. Acton został oficjalnie współzałożycielem firmy, a aplikacja WhatsApp weszła do oficjalnej oferty prezentowanej w App Store i wkrótce stała się jedną z najchętniej pobieranych aplikacji. Co więcej, kolejny przyjaciel Kouma, Chris Peiffer, pracujący w Los Angeles (kilkaset km na południe od Mountain View, gdzie miała siedzibę firma WhatsApp), opracował wersję tej aplikacji dla smartfonów BlackBerry, które właśnie wtedy zaczęły być modne. Nareszcie posypały się pieniądze!

W 2010 r. forma Google kilka razy próbowała kupić WhatsAppa za coraz wyższe kwoty (bezskutecznie). W 2011 r. Sequoia Capital zainwestował około 8 milionów USD w WhatsAppa, a w 2013 r. dodał kolejne 50 mln. Ale wówczas to już było niewiele, bo WhatsApp miał 200 mln aktywnych użytkowników i był wart 1,5 mld USD. Zatrudniając zaledwie 50 pracowników! Wtedy na arenę wkroczył gracz największego kalibru: Facebook. Zaproponował, że kupi WhatsAppa za 19 mld USD. Oczywiście kupił – 9 lutego 2014 r. Było to najkosztowniejsze przejęcie firmy, jakie zanotowano w historii, ale można być spokojnym, że Facebook na tym nie stracił.

Autor jest profesorem AGH w Krakowie