Wyrwani ze swoich gospodarstw domowych ojcowie, bracia i synowie. Nieustannie obolali od odparzeń powstałych z brudu i wilgoci, nękani przez wszechobecne pchły i wszy, udręczeni częstą biegunką, odwodnieni, spodleni smrodem własnym i rozkładających się zwłok ich poległych towarzyszy. To nie była tylko linia frontu, ale ponure cmentarzysko ludzkości, największy upadek cywilizacji europejskiej, inferno wszelkiego humanizmu. Siedzieli w tych zaszczurzonych okopach w całkowitej ciemności, bojąc się nawet zapalić papierosa, którego światełko zachęciłoby wrogiego snajpera do oddania śmiertelnego strzału. Pociechą było niebo, jedyny nieskalany przemocą fragment krajobrazu, na którego gasnącym lazurze wkrótce miała się pojawić pierwsza gwiazda.

Dzień szybko się kończył. Wszyscy mieli nadzieję, że szaleńcy ze sztabu armii nie wydadzą rozkazu do ponownego bezsensownego ataku na linię wroga. Tego dnia artyleria wcześnie zamilkła. Tak jak owi sławieni w kolędach pasterze, tak teraz oni – żołnierze po obu stronach linii frontu – spoglądali na niebo z nostalgią, nadzieją, resztką wiary, że może ten błysk odległego świata przyniesie szczęście i pozwoli przetrwać kolejny szturm na zasieki przeciwnika. To małe światełko na tle przepastnej ciemności kosmosu przywracało wspomnienia domu rodzinnego i beztroski dzieciństwa spędzonego gdzieś w Walii, Prowansji, Bawarii, Wielkopolsce czy Senegalu. Czy oni tam teraz gdzieś na wsi pod Tulonem szykują zupę czosnkową, ślimaki i 13 bułeczek? Czy chłopcy już wypatrzyli gwiazdkę? Czy córki nakryły stół, a żona woła dzieci? Czy w Cardiff rodzina ma w tym roku świąteczny pudding? Czy w Passau babka przygotowała w tym roku swoje ciasteczka Spritzgebäck? Czy w Lesznie już zjedli zupę grzybową?

Czytaj więcej

Stracone pokolenie: Pierwsza wojna pisarzy

Tak oto w okopach, w grobowej ciszy ci umęczeni mężczyźni i chłopcy zatopili się we wspomnieniach i marzeniach, obiecując sobie, że kiedy wrócą do domów, będą czerpać z życia całymi garściami. Niejeden na to wspomnienie przełykał ślinę i szybkim ruchem wycierał łzy z oczu. Jakiś młodziutki żołnierzyk, zatopiwszy głowę w kołnierz płaszcza, po cichu płakał przytulony do zimnej ściany zamarzniętego błota, jakby tulił się do matki. W tę świętą noc tkwili w środku ziemskiego piekła, które przerażało nawet samego diabła. Po cóż komu był on dalej potrzebny, skoro człowiek uczynił ze zła swoją dewizę? Po obu stronach okopów siedzieli chrześcijanie. A jednak tu Zbawiciel i nawet diabeł wydawali się już niepotrzebni. Świat okrył mroczny całun nienawiści i zdawało się, że nie ma nadziei.

Ale jak to bywa w sytuacjach beznadziejnych, i tu wydarzył się cud. Jakiś odważny niemiecki żołnierz, którego imię historia zapomniała, wbrew rozkazom i zdrowemu rozsądkowi postawił na okopie udekorowaną choinkę, na której zapalił świeczki. Ten prosty gest obudził ciekawość i nadzieję po obu stronach. Inni Niemcy ośmieleni brakiem odpowiedzi ogniowej z alianckich okopów wystawiali świeczki, lampki i ozdoby bożonarodzeniowe. Walijscy fizylierzy jako pierwsi odpowiedzieli na wykrzykiwane przez Niemców życzenia i przystąpili do wspólnego śpiewu kolędy „Cicha noc, święta noc". Wkrótce negocjatorzy ustalili, że należy pochować zmarłych, których ciała leżały na ziemi niczyjej. Szkoccy żołnierze z 6. Gordon Highlanders pochowali swoich towarzyszy broni we wspólnym grobie z poległymi Niemcami.

Dowódcy poszczególnych oddziałów ustawionych w okopach po dwóch stronach ziemi niczyjej spotykali się, aby ustalić warunki świątecznego rozejmu. Potem coraz śmielej wychodzili roześmiani żołnierze. Ludzie, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej pragnęli się jedynie powybijać, teraz popijali wino, jedli świąteczny pudding, śpiewali kolędy, palili tytoń, a nawet wymieniali się podarunkami. Każdy przynosił na wspólny stół to, co dostał z domu w świątecznej paczce.

Oblicza się, że ponad 100 tysięcy żołnierzy brytyjskich i niemieckich spotkało się twarzą w twarz w czasie rozejmu bożonarodzeniowego w 1914 roku. W wielu sektorach rozejm trwał przez całą noc Bożego Narodzenia, a w niektórych nawet do Nowego Roku.