W słoneczny poranek 13 grudnia naprawdę nie było „Teleranka", za to od rana po Hucie jeździły milicyjne furgonetki i zabierały różnych panów na komendę. Jeden z nich wyskoczył z balkonu prosto w śnieg w samych kalesonach i przepadł gdzieś „na ogródkach działkowych". Po latach dowiedziałem się, że był to Mieczysław Gil, bliski współpracownik Wałęsy. Inny, kiedy po niego przyszli, siedział akurat w samochodzie marki Syrena i próbował odpalić silnik. Miał z tym problem, poprosił więc o pomoc panów w mundurach. Ci grzecznie, nie mając pojęcia, komu pomagają, wsparli jego wysiłek ucieczki przed obławą.

A w ogóle było podejrzanie cicho. Z kuzynką Olą wybrałem się jeszcze przed południem na kampus (słowo relatywnie nowe) nieodległej Akademii Wychowania Fizycznego. Z balkonów w akademikach powiewały potargane fragmenty jakichś flag czy transparentów, cała uczelnia była oblepiona plakatami, po korytarzach walały się ulotki. Chodzili między nimi, choć z rzadka, przypadkowi studenci. Jakże inni od tych nabyczonych żaków wyższej szkoły wuefu, na których klatach pękały jeszcze niedawno opięte podkoszulki, a muskuły na ramionach żyły swoim własnym, ekscentrycznym życiem. Tego dnia byli przygarbieni, zszarzali, o zapadniętych oczach.

Czytaj więcej

Stan Wojenny. Sowieci już tu byli

– Zajęcia odwołane, wszystkie! – ze zdziwieniem relacjonowała Ola, przewracając błękitnymi oczętami, które oddawały jeśli nie doskonałą niewiarę w fakty dookoła, to przynajmniej ich niezrozumienie. Skłamałbym, gdybym napisał, że rozumiałem to wszystko lepiej od niej.

Wojna? Jaka wojna? Jaki stan wojenny? Dla pokolenia wychowanego na „Czterech pancernych" i Klossie wojna nieodmiennie kojarzyła się z bombardowaniami, strzelaniem z czołgów, płonącymi miastami, a przede wszystkim z facetami w czapkach z trupią główką, którzy terroryzowali cywilną ludność. A nasz przywódca, dukający coś niemrawo przed kamerą generał Jaruzelski, choć w śmiesznych okularach (dopiero po latach zrozumiałem, że jego operetkowa powierzchowność była autoparodią) żadnej czapki na głowie nie miał. Cóż to więc za wojna i z kim?

Patrole i koksowniki

Wojsko wystawiło na rogi ulic patrole i tzw. koksowniki, czyli żelazne kosze wypełnione żarem, przy których można było ogrzać dłonie. Miało na sobie polowe mundury i przewieszoną broń, czyli było gotowe nas bronić. Ale cóż to za obrona, kiedy aktywność patrolujących ulice żołnierzy ograniczała się do namolnego kontrolowania łażących po okolicy cywilów. Osobiście nie wyglądałem chyba na ekstremę, ale potrafili skontrolować mnie wraz ze szkolnym plecakiem w ciągu pięciu minut dwukrotnie. Jeden patrol przydybał mnie i przewiercił na nice po jednej stronie ulicy, drugi po tym jak mi się udało przejść po pasach, po drugiej. Ani jedni, ani drudzy nie znaleźli oczywiście niczego, ale ubaw mieli, jak się kiedyś mawiało, „po pachy". Pojechałem jeszcze tego dnia na krakowski rynek, żeby sprawdzić, czy tam też wprowadzono stan wojenny, czy tylko w Hucie. Byli i tam. Kręcili się po rynku między ogłupiałymi gołębiami i legitymowali, kogo się tylko dało. Znów miałem sposobność być skontrolowanym na Plantach, w  połowie Floriańskiej, przy wejściu na rynek i pod kościołem św. Wojciecha. Moja jeszcze dzień wcześniej dziewiczo czysta legitymacja szkolna pod wieczór 13 grudnia była upaćkana wyraźnymi śladami koksu jak – nie przymierzając – górnik dołowy z kopalni „Makoszowy" po szychcie.

Znów to poczucie dojmującej ciszy. Puste podwórko Pałacu pod Baranami, martwe wnętrze tłocznych zwykle Jaszczurów. Wszędzie ślady jakiejś przerwanej rewolucji, ale zarazem beznadziejna cisza i pustka. Kiedy wieczorem chwyciliśmy z Tomkiem gitary, nie mieliśmy pojęcia, co zagrać. Wczoraj jeszcze perlące się oryginalnością utwory pachniały jak stos nieświeżych kartofli. Czuliśmy się, jakby spuszczono z nas powietrze. W głowie pojawiała się jakaś nienazwana jeszcze potrzeba protestu, ale iskierki tej inspiracji dopiero się tliły, rozbłysnąć pełnym światłem miały dopiero później.

Martwy spokój tego wyjątkowego dnia dopiero wieczorem zamienił się w pęczniejącego robaka grozy. Sąsiedzi opowiadali o kolumnie czołgów sunącej na kombinat i o przygotowujących obronę robotnikach. – Będą strzelać! – krzyczeli starsi. – Już strzelali – gardłowali młodsi. Rządowy komunikat mówił o godzinie policyjnej, po której nie można było opuszczać miejsca zamieszkania, i o zamkniętych granicach.

– Uciekamy? – pytałem Tomka.

– A gdzie? – odpowiedział pytaniem.

– Może by pójść na kombinat?

– Do tych pijaków, kolegów ojca?

Ma rację – pomyślałem z obrzydzeniem o pijaczkach z baru Marten, którzy teraz będą walczyć z uzbrojonym po zęby wojskiem.

– To nie nasza wojna – spuentował Tomek.

Jakże cholernie się mylił.

Oto więc mamy w Hucie wojnę. W cieniu dymiących kominów dzieją się rzeczy epokowe. Obudzony niczym Ilja Muromiec z historycznej drzemki proletariat wchodzi na wyższy szczebel rozwoju świadomości klasowej i powoli zaczyna rozumieć, że nie musi być całkiem tak, jak tłumaczą politrucy. Po kapitalizmie w nieuchronny sposób przychodzi socjalizm, prawda. Ale po socjalizmie niekoniecznie nastaje szczęśliwa epoka komunizmu, tylko stan wojenny, strzelanie i pustki w sklepach. Chyba żeby wziąć pod uwagę leninowską tezę, że przyspieszenie na drodze do komunizmu zaostrza walkę klasową. Ale jak ją brać na poważnie, skoro wojsko walczy z klasą robotniczą? Nic się tu nie klei. Za to kombinat pada po kilkudniowym oblężeniu, a milicja wywozi aresztowanych buntowników w nieznane. Nastaje mroźna i brutalna zima, która trzyma nas otępiałych i wygłodzonych w domach. Na całego za to pracują koksowniki i katolickie parafie. W jednych żarzy się koks, w drugich rozgrzewa do czerwoności duch oporu. Wieczorami dźwięki syren mieszają się z pokutnymi pieśniami kościelnymi pełnymi patriotycznych akcentów. „Byle do wiosny" – modlą się upodleni chrześcijanie. „A na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści" – powtarza za nimi echo społecznego oporu.

Partia was wychowa

Nie pamiętam, czy była przerwa w szkole. A nawet jeśli, to krótka. Spodziewałem się, że nauczyciele również założą mundury, jak spikerzy w telewizji, ale się myliłem. Przycichli jednak, przestali opowiadać o Miłoszu czy Katyniu, za to bardzo ożywił się aktyw lokalnej komórki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dyrektor zapowiedział, że teraz wychowaniem młodzieży zajmie się partia, ale skończyło się na zapowiedziach.

Szybko zbliżały się ferie i sezon wycieczek szkolnych. Czekaliśmy więc na wyjazd w góry z utęsknieniem. Ale czy to w ogóle będzie możliwe? Wychowawca nie dawał większych szans. „Stan wojenny, sami rozumiecie". Oczywiście nie rozumieliśmy i to nierozumienie było tak intensywne i sprawcze, że w końcu szkole udało się zdobyć pozwolenie na wyjazd i kupić bilety. Jechaliśmy pociągiem do Zakopanego, a potem autobusem do wrót Doliny Chochołowskiej. Dalej – zdaje się na piechotę – ale nie jestem pewien.

Natomiast świetnie mi się wryło w pamięć spotkanie z patrolem Wojsk Ochrony Pogranicza pod ostrą bronią, który zobowiązał nas, by pod żadnym pozorem nie opuszczać miejsca zamieszkania, czyli schroniska, bo to strefa przygraniczna i różne rzeczy mogą się zdarzyć. Jakie? Czyżbyśmy mieli wpaść pod ogień oddziałów kozaków czechosłowackich? Przecież Jaruzelski wojował z własnym narodem, a nie z towarzyszami z Pragi czy Bratysławy. A potem było piękno polskich Tatr. W istocie nigdy nie zapomnę tych oszałamiających górskich widoków. Znów ostro zarysowane na błękitnym niebie grzebienie kamiennych szczytów, pokryte poduchami śniegu doliny. Szmaragdowa aż do szaleństwa zieleń sosen i świerków. Ślady saren i wiewiórek na ścieżkach wokół schroniska. W dzień ostre zimowe słońce, które wypalało w naszych głowach chłodnymi jak sztylety promieniami kolorowe wizje raju. A w nocy gęste jak śmietana miriady gwiazd na przejrzystym jeziorze granatowego nieba.

I my, siedemnastolatkowie, w przydługich swetrach, wytartych jeansach, puchowych kurtkach, z kolorowymi szalikami z włóczki. Zapatrzeni w siebie, zakochani w młodości, pełni wiary, nadziei, głodni miłości.

Wieczorem spotkania przy ognisku. Jakaś oklejona nalepkami z turystycznych rajdów gitara. Piosenka jedna, druga, trzecia. „Każda dziewczyna ma swego chłopaka", „Autobiografia", „A planety szaleją". Tarzaliśmy się po śniegu jak dzieci, kolega M stąpał po nim gołymi stopami jak Chrystus po jeziorze, wieczorami jakieś niewinne krople alkoholu, zabawy w butelkę, dyskretne i pożądliwe pocałunki. Zawiązywały się krótkotrwałe relacje. Emocje wypuszczone na wolność pętały nas, kazały zatrzymać się na chwilę, by potem w łzach i krótkotrwałej histerii wyrwać się na mróz i zadymkę. Liczyło się koleżeństwo i ofiarność, jak wtedy, gdy wyskoczyliśmy w zimową noc, by wyrwać niewielką choinkę i wręczyć ją koledze jako piękny i barwny bukiet urodzinowy.

Szybko to wszystko minęło. Oddaliła się w mrok historii uroda tamtej olśniewającej zimy. Nastał znów czas wojny i czas nauki, wiosny, lata i jesieni stanu wojennego.

I tylko M przypłacił swoje kroki po śniegu zapaleniem płuc. Jeździliśmy do niego do szpitala, pocieszając, że niedługo będzie z nami. Jęczał, rzęził, umierał, ale w to wierzył. I przeżył, choć zdjęcia rentgenowskie jego płuc pokazały jakieś zwapnienia. Cholera wie jakie.