Godzina po godzinie. Od owego słynnego „Teleranka", który jako pierwszy padł ofiarą stanu wojennego, aż po wieczorne ogłoszenie w radiu, że uczniowie nie wracają w poniedziałek do szkół.

Nie pamiętam, o której dokładnie na ekranie telewizora pojawił się znak kontrolny, a po nim obrazek, który wszyscy pamiętamy: generał Wojciech Jaruzelski siedzący za stołem w jakimś obskurnym pokoiku imitującym studio telewizyjne. Za jego plecami był ustawiony sztandar Ludowego Wojska Polskiego. Szorstkim głosem wypowiedział dwa pierwsze zdania: „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego...". Dalsza część nie pozostawiała wątpliwości, że marzenia o suwerennej i wolnorynkowej Polsce właśnie runęły w gruzy. Prawdziwe intencje mówcy ukazały słowa: „Awanturnikom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki". Po chwili padło ostrzeżenie: „Surowa zima mogłaby pomnożyć straty, pochłonąć liczne ofiary". Słowo „ofiary" miało jednoznaczną wymowę. O tym, że Jaruzelski nie blefuje, przekonali się trzy dni później górnicy z kopalni Wujek w Katowicach.

Dziecko obserwuje reakcje swoich rodziców i innych dorosłych. To przez ich zachowanie ocenia otaczające wydarzenia. Pamiętam reakcję mojego Taty, jego kamienną twarz i te słowa, które brzmią mi dzisiaj w uszach:

„Zaczęło się!". Nie pytałem, co się zaczęło i jaki będzie miało przebieg. Ale powaga tej sytuacji wskazywała, że świat nagle zmienił się nieodwracalnie.

Przez osiem kolejnych lat przyszło nam żyć w poszarzałym, nijakim, pełnym podstawowych niedoborów i nudnym kraju. Z Polski wyjechało ponad milion ludzi niewidzących w ojczyźnie żadnych perspektyw życiowych. Do władzy doszli ci „towarzysze", którzy niegdyś mieli na pieńku z poprzednimi ekipami władzy. Zaczęło się nowe rozdanie, które w znacznym stopniu przetrwało także zmiany ustrojowe po 1989 r.

Czytaj więcej

Stan wojenny: wspomnienie

Kiedy przyszedł czas rozliczeń za 13 grudnia 1981 r., beneficjenci stanu wojennego przeobrażeni w europejskich neofitów murem stanęli w obronie Wojciecha Jaruzelskiego i członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.

Czy słusznie? Przez nich historyczny rozrachunek zamienił się w wieloletnią bezowocną farsę sądową. Generał Wojciech Jaruzelski odszedł z tego świata z honorami należnymi głowie państwa, a reszta żyjących jeszcze członków WRON spędza jesień życia, utrzymując się z relatywnie wysokich emerytur. Dlaczego nigdy nie zostali ukarani? Architekci stanu wojennego przez lata usprawiedliwiali swoje decyzje potrzebą uchronienia narodu polskiego przed sowiecką interwencją. Nawet Michaił Gorbaczow twierdził, że w pod koniec 1981 r. pod polską granicę skierowano 40 radzieckich dywizji. Ile jest w tym prawdy? Nie jest tajemnicą, że Gorbaczow bardzo cenił i lubił Wojciecha Jaruzelskiego. Bez wątpienia wspierał jego narrację obronną.

Ale ciągle zapominamy, że Armia Radziecka wcale nie musiała do Polski wkraczać. Oni już tu byli. Mieli 72 garnizony Północnej Grupy Wojsk stanowiące uzbrojone po zęby enklawy, do których polscy sojusznicy nie mieli wstępu. Prawdopodobnie jeszcze w 1990 r. stacjonowało w Polsce 56 tys. sowieckich żołnierzy wyposażonych w 599 czołgów, 955 wozów opancerzonych, 202 samoloty i 144 śmigłowce. Ilu ich naprawdę tu było w 1981 r.? Mieli przecież 13 własnych lotnisk wojskowych, 4 poligony i własne połączenia kolejowe. Byli tak zorganizowani, żeby wsparcie wojskowe pojawiło się „bez wkraczania" w ciągu zaledwie kilku godzin. Dla porównania w grudniu 1981 r. do zaprowadzenia stanu wojennego skierowano 70 tys. polskich żołnierzy oraz 1750 czołgów i 1400 pojazdów opancerzonych. Te proporcje mówią same

za siebie. Wszelkie dyskusje o rzekomym oporze nie mają sensu. Przystosowana do operacji ofensywnych Armia Radziecka zapewne zrealizowałaby plan „bratniej interwencji" w ciągu zaledwie kilku godzin. Jak w tym świetle oceniać decyzje Jaruzelskiego?