Była to wyssana z palca lub, jak kto woli, całkowicie wymyślona historia carskiego oficera, syna rosyjskiego posła na dworze Ludwika XVI, którego sensem życia była walka z dziedzictwem rewolucji francuskiej. Wszystkiemu winne publiczne egzekucje w zrewoltowanym Paryżu, których był świadkiem jako młody chłopiec. Wtopiony w tłum gapiów, ściskając rękę przebranego w łachmany ojca, stał w chłodny poranek któregoś dnia stycznia 1793 roku u stóp gilotyny na paryskim placu Rewolucji i z przerażeniem przyglądał się wprowadzanej na szafot pięknej dziewczynie, a potem katu, który z małpim wdziękiem potrząsał jej odciętą głową na oczach rozhisteryzowanego tłumu. Błysk ostrza, chwila martwej ciszy, a potem jakieś oszalałe, atawistyczne uniesienie paryskiego motłochu; płacz przeplatany wiwatami, ludzie krzyczący na siebie bądź padający sobie w objęcia. Nad wszystkim fetor krwi i jej bogini, rewolucyjna Marianna.

Wystraszony chłopiec kulił się przy płaszczu ojca, carski poseł zaś układał już w głowie notatkę dla imperatorowej o zgubnych skutkach oświeceniowych szaleństw. Ów mój bohater, któremu oglądana w dzieciństwie egzekucja ukształtowała całe życie, z czasem stał się carskim oficerem do specjalnych poruczeń kierowanym wszędzie tam, gdzie walka z Francuzami wymagała talentu, sprytu i sztuki kamuflażu. Był więc po prostu carskim agentem.

W 1808 roku wylądował w zrewoltowanej Hiszpanii. W końcu listopada walczył pod Somosierrą, oczywiście po stronie hiszpańskiej. W czasie słynnej szarży udało mu się powalić dwóch szwoleżerów, ale w końcu trafiony lancą padł na stos świeżych trupów. Nie zginął, przeżył. Trafił do lazaretu prowadzonego przez siostry zakonne. Zanim wyzdrowiał, był świadkiem sekretnego dobijania rannych żołnierzy Napoleona, w tym naszych rodaków; taka była nienawiść Hiszpanów do Bonapartego i jego apostołów nowego europejskiego porządku.

Czytaj więcej

Pamięć o przemilczanej w PRL bitwie pod Orszą, w której wielonarodowa armia Rzeczypospolitej pokonał
Ranking bitew polskich

Skąd ten pomysł? Co było inspiracją opowiadania? Trudno uwierzyć, ale ledwie krótka chwila przed obrazem Michałowskiego w Sukiennicach. Byłem akurat po lekturze którejś z książek Łysiaka o Bonapartem (tak, ów autor pisał kiedyś fantastyczne i całkiem normalne książki). Dopiero jednak przed obrazem Michałowskiego przyszła jak nagłe olśnienie refleksja, że te legendarne zagony, ubóstwieni z jakichś przyczyn w Polsce napoleońscy szwoleżerowie byli krwawą gwardią tyrana i kata Europy. W Hiszpanii, pod Somosierrą, dokonywali egzekucji obrońców iberyjskiej ojczyzny. Bohaterowie? Polscy patrioci? Gdzież tam. Wręcz odwrotnie. Najemnicy satrapy walczący z prawdziwymi patriotami. Kompletnie nie w roli, jaką im przypisujemy. Kompletnie nie na miejscu.

Jakież odkrycie! Jakież intelektualne (a i moralne) salto mortale. Okoliczności? Rok pewnie 1982. Polska stanu wojennego. Ruskie czołgi na granicy. Strach przed inwazją. Wolność przygnieciona butem Jaruzela. Nie wiem do końca, jak mocno dziejąca się obok historia wpłynęła na moje rozumienie absurdu Somosierry, ale na pewno dokonałem po raz pierwszy w życiu osobistego rozrachunku z jednym z narodowych mitów. Na moich oczach w ciągu kilku chwil posypała się legenda. Amaranty spłynęły krwią niewinnych. Nigdy już nie byłem w stanie patrzeć na nich inaczej. Rozważać, na ile byli ofiarami historii. Utwierdził mnie w tym Goya, nawet nie ten od „Rozstrzelania powstańców madryckich" czy „Okropności wojny". Ten stary, wyczerpany światem. Malujący starucha pożerającego dziecko. Ileż trzeba było okropności zobaczyć i przeżyć, by wyobraźnia mogła produkować takie rzeczy.

Historia jest niczym innym niż projekcją. Postrzegamy ją jak kolorowy film, który ktoś nakręcił według jakiegoś scenariusza. Ktoś go wymyślił, napisał dialogi, ktoś inny wybrał plenery, dobrał obsadę, uszył stroje. Stworzył wizję, która symuluje rzeczywistość. Jeśli twórcy są genialni, wręcz zastępuje rzeczywistość. Legendę walczących o Polskę szwoleżerów wymyślono. Polskę sarmacką skonstruował na potrzeby swoich czasów Sienkiewicz. Legendę bitwy pod Lenino komuniści z PKWN. Dziś taką legendę pisze się o żołnierzach wyklętych. Czy trafią jednak na rękę geniusza, by przetrwać chwilową koniunkturę w polityce? Szczerze im tego życzę.