Tuż przed godziną dziewiątą wieczorem 17 października 1973 r. gromkie „Jest!" wyrwało się z ust wielomilionowej rzeszy Polaków. Nie wykonano wówczas żadnych badań akustycznych, ale można sądzić, że okrzyk ten było słychać daleko poza granicami naszego kraju. Co było powodem takiej reakcji naszych rodaków? Co sprawiło, że w polskich domach skakano ze szczęścia, wpadano sobie w objęcia? Na tak postawione pytania najkrótsza odpowiedź brzmi: piłka nożna.

Była 57. minuta meczu Anglia – Polska w Londynie, gdy biało-czerwoni objęli prowadzenie 1:0. To właśnie wtedy niezastąpiony komentator sportowy Jan Ciszewski wykrzyknął swoje kultowe: „Sensacja na Wembley!", i to właśnie ten gol spowodował wspomniany wcześniej wybuch niebywałej radości w kraju nad Wisłą. Potem Anglicy wyrównali, nasi – groźnie kontratakując – heroicznie bronili remisu, by w efekcie dowieźć wynik 1:1 do końca. Oznaczało to awans Polaków do finałów mistrzostw świata, a wielki wkład w ten epokowy sukces mieli piłkarze z Krakowa – Adam Musiał i Antoni Szymanowski, których brawurowe interwencje w końcówce zawodów uratowały zwycięski remis. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni przypadek w historii naszego futbolu, kiedy to zawodnicy z podwawelskiego grodu stanowili o sile naszej reprezentacji. Nie brało się to oczywiście z niczego. Po prostu krakowskie kluby od zawsze zaliczały się do krajowej czołówki. Najstarsze z nich powstały w 1906 roku, który to rok uznaje się – i słusznie – za cezurę, jeśli idzie o piłkarskie dzieje grodu Kraka. Na ich powstanie warto jednak spojrzeć w nieco szerszym wymiarze. Przecież w owym 1906 r. piłka nożna nie spadła nagle z kosmosu, objawiając swój majestat na krakowskich Błoniach i w ich okolicach. To nie było tak, że młodzi chłopcy ni stąd, ni zowąd zapałali płomiennym uczuciem do kopania kulistego przedmiotu zwanego piłką. Kiedy zatem to wszystko się zaczęło? Ano dawno, bardzo dawno temu.

W zdrowym ciele zdrowy duch

„Piłki granie też zdrowie mnoży, chyżość ciała czyni, ludzi czyni do obrotu sposobne, sił dodaje, umacnia nogi". Jak nietrudno się domyślić, ten hymn pochwalny na temat gry w piłkę nie powstał ani w wieku dwudziestym, ani dwudziestym pierwszym. Słowa te na początku siedemnastego stulecia naszej ery napisał Sebastian Petrycy – lekarz i filozof, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego (wówczas Akademii Krakowskiej). Czy w grze w piłkę rywalizowało się wówczas w Polsce indywidualnie czy zespołowo, czy można było piłkę tylko rzucać, czy dozwolone było także jej kopanie – tego nie wiadomo. Wydaje się jednak, że wprawianie piłki w ruch za pomocą nóg nie było w okresie baroku dla Polaków sztuką tajemną. Polska była przecież wtedy jeszcze potęgą i różne nowinki, także te dotyczące kultury fizycznej, na nasze ziemie z pewnością docierały. A przecież piłka, jako element usprawniający ćwiczenia cielesne, znana była od starożytności.

Zwykło się uważać, że antyczny sport grecki opierał się głównie na zapasach, lekkiej atletyce, boksie i wyścigach konnych. Tymczasem wielką popularnością cieszyła się w starożytnej Helladzie także piłka. Greckie gimnazja posiadały osobne pomieszczenie do ćwiczeń z piłką, a w Sparcie młodzieńcy, którzy osiągnęli dorosłość, nazywani byli sfaireis, co znaczyło... piłkarze. Czy swą niezwykłą siłę i gibkość zawdzięczali zatem Spartanie grze w piłkę? Apologeci futbolu odpowiedzą z pewnością gremialnie: Tak!

To jednak nie starożytna Grecja, a Chiny uznawane są coraz częściej za kolebkę piłki nożnej. Co prawda, raczej między legendy niż do annałów można włożyć teorię, jakoby protoplastą piłkarstwa był Żółty Cesarz, to jednak nie ulega wątpliwości, że reguły gry o nazwie cuju (czytaj: cudziu) były znane w Okresie Walczących Królestw (480–221 r. p.n.e.). Naprzeciw siebie stawały dwa zespoły, których zawodnicy, podając sobie niewielką piłkę w ten sposób, aby nie upadła ona na ziemię, miały za zadanie umieścić ją w stojącej na środku boiska siatce z otworem. Co ciekawe, można było posługiwać się wszystkimi częściami ciała oprócz rąk. I nie było w tej materii żadnego zmiłuj, żadnego „naturalnego ułożenia ręki".

Czytaj więcej

Należący do zbiorów TS Wisła obraz Jerzego Potrzebowskiego „Chłopcy grają na Błoniach” pokazuje pocz
Pierwsze krakowskie rozgrywki piłkarskie

Wracając jednak z Dalekiego Wschodu na grunt europejski: grecki zwyczaj zabawy z piłką przejęli Rzymianie, tworząc grę o nazwie harpastum. Jej zasady przypominały dzisiejsze rugby. Chodziło głównie o to, aby dany zespół – zagrywając piłkę rękami i nogami – utrzymał ją w posiadaniu na własnej połowie, przy czym dozwolona brutalność w grze była nieporównywalna do tej, z którą mamy do czynienia obecnie. Mówiąc krótko, rzymscy legioniści (bo to oni grali w harpastum jako pierwsi) mogli w trakcie gry, w celu utrzymania lub przejęcia piłki, robić wszystko – bić, szarpać, łapać, nawet gryźć rywala (o podkładaniu nóg nie wspominając). Z jednym wszak zastrzeżeniem – nie wolno było zabijać.

Jak nietrudno się domyślić, rzymskie wojska zaszczepiały harpastum na podbitych przez siebie terenach. Można przypuszczać, że było tak również w Brytanii. W średniowieczu ogromną popularność zdobyła bowiem na Wyspach gra, która bardzo harpastum przypominała, a którą nazywano futbolem mafijnym. Nazwa mrożąca nieco krew w żyłach, na szczęście zorganizowana przestępczość nie miała z nią nic wspólnego. Mafiami były nazywane zespoły składające się z nieograniczonej liczby zawodników (przedstawicieli danej wioski, miasteczka), których zadaniem było utrzymanie piłki w swojej miejscowości. Rywale mieli rzecz jasna ten sam cel, do spełnienia którego można było stosować mniej lub bardziej wyrafinowane metody. Oczywiście cały czas z zastrzeżeniem, że przeciwników nie można uśmiercać.

Ojczyzna futbolu

Tak więc piłka nożna rozwijała się. Ale nie tylko po tamtej stronie Kanału La Manche, także w kontynentalnej części Europy. W Italii pod koniec wieków średnich królowała gra, w której można odnaleźć zarówno wiele odniesień do starożytnego harpastum, jak i do współczesnego futbolu czy rugby. A Włosi do dziś uważają, że to właśnie ich Calcio Storico Fiorentino jest tym, od czego wywodzi się nowożytna piłka nożna.

Co się jednak tyczy wysp brytyjskich, piłkarstwo nie miało tam początkowo zbyt łatwo. Już w XIV i XV wieku królowie angielscy zakazywali tej gry, jako główną przyczynę podając, że ich zdaniem futbol odciągał poddanych od treningów łuczniczych (trwała wojna stuletnia, łucznicy byli potrzebniejsi od piłkarzy). Połkniętego przez rzesze wyspiarzy bakcyla trudno było jednak wyplenić i piłka nożna dotrwała do czasów Henryka VII. I tutaj niespodzianka – ten jeden z najsłynniejszych królów angielskich nie dość, że nie miał nic przeciwko futbolowi, to jeszcze chyba sam lubił w niego pograć. Skoro w swojej przepastnej szafie miał parę butów piłkarskich, za które zapłacił szewcowi 4 szylingi (na dzisiejsze pieniądze byłoby to 100 funtów), to chyba coś musiało być na rzeczy.

Lata przemijały, a futbol nie tracił na Wyspach entuzjastów. Wręcz przeciwnie – na początku XIX wieku stał się już grą powszechną. Ze względu jednak na fakt, że w niektórych miastach zakazywano jego uprawiania na ulicach (powodem były problemy porządkowe i ogromna liczba stłuczonych szyb), piłka nożna przeniosła się na tereny zielone – na łąki, do parków. Wprowadzono bramki i szereg innych przepisów, jednak przymiotnik „nożna" w jej nazwie wciąż nie w pełni nawiązywał do zasad gry – wszak dotykanie piłki rękami, a nawet łapanie jej w ręce cały czas były dozwolone. Przełom nastąpił w 1823 roku, kiedy to William Web Ellis, uczeń szkolny z miasta Rugby, podczas gry w futbol złapał piłkę w ręce i pobiegł z nią do bramki przeciwników. I choć autentyczność tego epizodu nie jest pewna, to jednak przyjmuje się, że właśnie to zdarzenie spowodowało stopniowe oddzielanie piłki nożnej od rugby. Dwadzieścia pięć lat później, w 1848 roku uczniowie kilku angielskich szkół spisali w Cambridge formalne zasady gry w futbol, a w 1857 powstał Sheffield FC – pierwszy piłkarski klub na świecie. A tymczasem w Polsce...

Polskie początki

Gdybanie to taka nasza polska specjalność. A zatem... Czy gdyby Polska nie utraciła swojej państwowości pod koniec XVIII wieku i gdyby działania Komisji Edukacji Narodowej nie zostały przerwane, to czy Polacy mieliby szanse na dorównanie Brytyjczykom w ich piłkarskich zapędach? Kto wie? Wszak Komisja wprowadziła – uwaga, uwaga! – obowiązek codziennych ćwiczeń fizycznych młodzieży szkolnej całego kraju (pierwszy taki wymóg państwowy od czasów starożytnej Sparty). Co się zaś tyczy priorytetów tych zajęć...

„Takowe zaś ćwiczenia do mocy, szykowności, zręczności i szybkości ciała, do męstwa i odwagi pomagające najprzyzwoitsze zdają się te: gra w piłkę z ubieganiem się i żywem obracaniem, palon, czyli gra w dużą piłkę, ciskanie zręczne kamieni na wodę, gonitwy do pewnego kresu, wyprzedzanie się na wzgórki i przykre miejsca, potykanie się w palcaty, jeżdżenie konno, rozmierzanie ogrodów, pól, miejsc do przystępu trudniejszych i tym podobne". Gra w piłkę na pierwszym miejscu! Tak to widziała Komisja Edukacji Narodowej.

Niestety, trzeci rozbiór naszego kraju na wiele lat zahamował sformalizowany rozwój fizyczny Polaków. Owszem, tu i ówdzie podejmowano działania mające na celu ożywienie polskiej kultury fizycznej (Liceum Krzemienieckie, szkoła gimnastyczna Bierkowskiego w Krakowie), wszelako zaborcom nie za bardzo zależało na tym, aby Polacy rośli w siłę. Na szczęście w drugiej połowie XIX wieku sytuacja trochę się poprawiła. Galicja uzyskała od Austro-Węgier sporą autonomię, co natychmiast przełożyło się na zakładanie polskich organizacji. Jedna z nich hołdowała starożytnej zasadzie „W zdrowym ciele, zdrowy duch".

Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół", bo to właśnie ono za swoje motto obrało polskie tłumaczenie łacińskiej sentencji „Mens sana in corpore sano", powstało w 1867 roku, w stolicy Galicji – Lwowie. Początkowo nie rozwijało się zbyt dynamicznie, lecz z biegiem lat krzepło coraz bardziej. Obok Lwowskiej Macierzy zaczęły pojawiać się Sokole Gniazda, bo tak nazywano terenowe oddziały tego bractwa. Nie inaczej było pod Wawelem, gdzie w 1885 roku odbyło się zebranie założycielskie Gniazda Kraków. Wśród 250 osób, które przystąpiły do Towarzystwa, był Henryk Jordan.

Tymczasem na Wyspach Brytyjskich... 30 marca 1889 roku, na Kennington Oval w Londynie, w finale 18. edycji rozgrywek o Puchar Anglii Preston North End pokonał Wolverhampton Wanderers 3:0. Na meczu tym, wedle różnych źródeł, było 22–27 tys. widzów, co było wówczas rekordem frekwencji na meczach piłkarskich. Ale rok 1889 był przełomowy nie tylko ze względu na „pełnoletność" najstarszych rozgrywek piłkarskich na świecie. W tym samym roku wyłoniono bowiem pierwszego mistrza Ligi Angielskiej. Został nim zespół... Preston North End, który spośród rozegranych 22 meczów cztery zremisował, a w 18 odniósł zwycięstwo.

A w tym samym czasie w Polsce...

„Dawać zdrowie i radość poprzez gry w słońcu i na powietrzu. Poprzez te gry wychowywać w służbie wielkich ideałów ludzkości i narodu" – 31 sierpnia 1889 roku ta ponadczasowa sentencja, której autorem był Henryk Jordan, została wcielona w życie. Wtedy to przy krakowskich Błoniach otwarto pierwszy na ziemiach polskich ośrodek wychowania fizycznego – Park Gier i Zabaw Ruchowych, potocznie zwany, od nazwiska inicjatora tego przedsięwzięcia, Parkiem Jordana.

Nie wiadomo, czy doktor Jordan miał jakiekolwiek informacje z Wysp Brytyjskich o tamtejszych rozgrywkach piłkarskich, można jednak sądzić, że jakąś wiedzę na temat futbolu posiadać musiał. Rok później udał się bowiem w delegację – co prawda, nie do Anglii a do niemieckiego Brunszwiku, niemniej jednak miejsce to wybrał nieprzypadkowo. To bowiem w Brunszwiku Konrad Koch, z zawodu pedagog, opublikował pierwszy w Niemczech zbiór przepisów piłkarskich i właśnie tam rozegrano pierwszy mecz piłki nożnej na ziemiach niemieckich. Słusznie więc doktor Jordan wyszedł z założenia, że jeśli czerpać wzorce to z dobrego źródła. Przywiózł stamtąd zarówno wspomniane wcześniej prawidła gry, jak i prawdziwą futbolówkę, dzięki której zaczęto krakowską młodzież uczyć zasad gry w piłkę nożną. Zajął się tym kierownik Parku Kazimierz Homiński, który zresztą towarzyszył Jordanowi w tej wyprawie.

Tak więc krakowska piłkarska machina ruszyła. I pierwsze notowania miała bardzo dobre, gdyż już w grudniu 1890 roku ówczesna prasa informowała, że w Parku Jordana: „Bawią się [...] młodzieńcy (między którymi jednak zauważyliśmy i osoby starsze) w angielski football zreformowany przez doktora Kocha (w Brunświku)".

Prawdopodobnie już wtedy uprawiający futbol mogli korzystać z przystosowanego stricte do tej dyscypliny boiska numer 8, mieszczącego się oczywiście w Parku Jordana. Z wielkim prawdopodobieństwem można też przyjąć, że rok później, właśnie na tym boisku, w obecności – jak pisał dziennik „Czas" – tłumów publiczności... „[...] Grali starsi uczniowie w piłkę uszatą, poczem grali w piłkę nożną przeciw chórowi rzemieślniczemu".

Starsi Uczniowie – Chór Rzemieślniczy 0:0? A może 1:1? A może jednak nie remis, tylko zwycięstwo jednej z drużyn? Niestety, „Przewodnik Gimnastyczny Sokół", z którego pochodzi zamieszczony powyżej cytat, nie podał rezultatu tych zawodów. Nieznane są także składy obydwu drużyn. Nie to jednak jest najistotniejsze. Ważne jest, że była to pierwsza wzmianka w prasie na temat rywalizacji w piłce nożnej na ziemiach polskich. I co niebagatelne – nie była to zapowiedź, ale krótka bo krótka, ale jednak informacja post factum. A fakt ten miał miejsce w Krakowie, 30 sierpnia 1891 roku.

Legendarny mecz Lwów – Kraków

Wydawać by się mogło, że po takiej „premierze" futbol błyskawicznie ruszy na sportowy podbój grodu Kraka. Do rewolucji jednak nie doszło – gimnastyka i lekka atletyka były na początku lat 90. XIX wieku znacznie od piłki nożnej popularniejsze. Nie znaczy to wszelako, że raz zasiane piłkarskie ziarno nie zaczęło kiełkować. Tak źle nie było. Po pierwsze, w harmonogramie zajęć odbywających się w Parku Jordana futbol znalazł swoje stałe miejsce, po wtóre zaś, Kraków nie był jedynym miejscem w Galicji, w którym zaczęto kopać piłkę. Działo się tak również we Lwowie. A skoro tak, to wcześniej czy później musiało dojść do meczu krakusów z lwowiakami.

„Witajcież nam, Bracia, witajcie druhowie, w gościnnych murach tego grodu" – tymi słowami przywitał uczestników II Zlotu Sokolstwa Polskiego prezydent Lwowa Edmund Mochnacki. Potem przez dwa dni można było podziwiać wspaniałe umiejętności gimnastyczne, biegowe czy kolarskie Sokołów. Zaraz, zaraz – a co z futbolem? Spokojnie, futbol też miał wtedy swoje sześć minut. Tak, tak – to nie pomyłka. Nie przysłowiowe pięć, a sześć minut. Ale po kolei.

W pierwszym dniu Zlotu, 14 lipca 1894 roku, o godz. 17:30, na stadionie z pięknymi trybunami, który mieścił się w Parku Stryjskim we Lwowie, rozpoczęły się występy gimnastyczne. Gdy zakończono pokazy z maczugami, boisko zostało przekazane we władanie piłkarzom. Na plac gry nie wybiegło jednak dwudziestu dwóch zawodników. Wedle przekazu jednego z uczestników tych zdarzeń, Włodzimierza Chomickiego, zespół z Krakowa był tak przekonany o własnej wyższości, że pozwolił drużynie ze Lwowa na wystawienie dowolnej liczby futbolistów. Trudno powiedzieć, czy w istocie tak było. Bo z jednej strony, czemuż nie wierzyć w słowa Chomickiego, z drugiej jednak, żadna z gazet relacjonujących ten mecz nic na ten temat nie napisała. Zostawiając wszelako liczebność drużyn z boku, a skupiając się na samej grze...

Oczami ówczesnej prasy wyglądało to tak:

„[...] gra w piłkę nożną (foot ball), której wynik miał przyznać pierwszeństwo jednej z walczących partyj: krakowskiej lub lwowskiej, wszakże nie został rozstrzygnięty, dał tylko dowód zręczności obu stron". [„Nowa Reforma", Kraków, 17 lipca 1894]

„Bardzo interesującą była gra w football t.j. wielką piłkę skórzaną, którą się podbija nogami. Stoczyły ze sobą walkę Lwów i Kraków. Po kilku podskokach piłki Lwowianie wygrali, przerzuciwszy ją przez bramę przeciwników. Druga partya pozostała nie rozegrana". [„Przegląd Polityczny, Społeczny i Literacki", Lwów, 17 lipca 1894].

Dwie gazety, dwa różne wyniki. No i cóż tu począć w takiej sytuacji? Najlepiej zerknąć do pisma, które w tej sprawie pomylić się nie powinno – do „Przewodnika Gimnastycznego Sokół": „Z kolei nastąpiła gra w piłkę nożną (foot-ball). Stanęły do niej dwa oddziały przeciwników [...] krakowski i lwowski. [...] I rozpoczęła się gonitwa po ogromnem boisku świadcząca o tem, że jedni i drudzy pałali żądzą zwycięstwa. »Ale równe obu siły«; walka pozostała nierozstrzygniętą, a dumne z tego wyniku obie strony ustąpiły z boiska godnie i zgodnie [...]".

Czyżby więc jednak w pierwszym polskim meczu „międzymiastowym" padł remis? Niekoniecznie... „W tem piłka wybiła się ze środka i leci wprost do młodego wówczas gracza Chomickiego, który nie namyślając się wali piłkę prawą nogą i przebija wysoko ponad bramkarzem przez bramkę. Następuje konsternacja po stronie krakowskiej i natarczywe żądanie natychmiastowego rewanżu. Nasza drużyna spokojnie i poważnie, ale z dumą w sercu czekała na rozstrzygnięcie naczelnika. Słyszymy trąbkę i rozkaz: »zejść z boiska!«, co też dumni i rozradowani czynimy natychmiast [...]".

Czyli jednak 1:0 dla Lwowa? Być może, tym bardziej że taka wersja zdarzeń jest spójna z wcześniej przytaczanym artykułem z lwowskiego „Przeglądu". Niewielki niepokój może budzić jedynie fakt, że autorem tych słów był... Włodzimierz Chomicki, czyli zdobywca opisanej bramki, a zostały one zamieszczone w „Przewodniku Gimnastycznym Sokół", czyli tym samym, który pisał o remisie! Dodatkowym smaczkiem jest także to, że wspomnienie Chomickiego zostało opublikowane w 1930 roku, czyli 36 lat po strzeleniu przez niego wspomnianego gola. A zatem czy rzeczywiście tak było, czy to tylko mit? Cóż, nawet jeśli w tym wszystkim jest coś z legendy, to jest ona na tyle piękna, że każdemu wolno w nią wierzyć. Podobnie jak każdy ma prawo ufać (też za Chomickim), że mecz Lwowa z Krakowem trwał 6 minut.

Futbolowy dziki zachód

Lwowska przygoda – notabene uznawana na Ukrainie za początek piłkarstwa w tym kraju [sic!] – nie okazała się dla krakowskiego futbolu momentem przełomowym. W następnych latach na próżno bowiem szukać jakichś informacji o kolejnych piłkarskich potyczkach, czy to na terenie miasta, czy tuż poza jego granicami. W piłkę cały czas jednak grano, przy czym przepisy przywiezione przez doktora Jordana w 1890 roku raczej zbytnio się nie przydawały. Dość powiedzieć, że nie zwracano zupełnie uwagi na liczebność drużyn (gdzieś już tak chyba było?), w związku z czym w meczu brało nieraz udział... 40 zawodników. I bynajmniej nie było tak, że w obu drużynach występowało ich po 20. Grało się więc czasami w 23 na 17. A czemuż by nie?! Taktyka gry też była raczej dowolna. Przykładowo o stałej pozycji bramkarza nie było najmniejszej mowy. Któżby wytrzymał bez biegania przez cały mecz?! Dlatego zawodnik pełniący teoretycznie tę funkcję mieszał się z pozostałymi graczami, nic sobie nie robiąc z ewentualności utraty gola. Gdy jednak już piłka przeniosła się w pobliże jego bramki, to nie miał wcale tak źle. W przypadku rzutu wolnego dla rywali cała jego drużyna stawała bowiem w bramce, a dodatkowym bonusem dla broniących było to, że wszyscy mogli odbijać piłkę także przy użyciu rąk. Przeciwnicy natomiast, chcąc ich przechytrzyć, kopali futbolówkę jak najmocniej, przy czym robili to tylko i wyłącznie z tak zwanego szpica. Przy takich założeniach strzelenie bramki było rzeczą niezwykle trudną. I można pokusić się o stwierdzenie, że nawet największym piłkarzom ery nowożytnej nie przyszłoby to łatwo. Podobnie jak trudno byłoby im oswoić się z tym, że nie mogą główkować. A tak było na przełomie XIX i XX wieku w Krakowie. Sądzono wówczas, że zagrywanie piłki głową może doprowadzić skorego do takich eksperymentów delikwenta do stania się... Nie, lepiej nie przytaczać, co w myśl ówczesnych poglądów mogło grozić takiemu „piłkarzowi".

Prawdziwi krakowscy piłkarze tamtej ery, których przytłaczającą większość stanowili uczniowie szkół różnych szczebli, używali zatem głów tylko do myślenia. I gdy w 1902 roku kierownik Parku Jordana Marian Tokarski opublikował przepisy i wskazówki dotyczące gry w piłkę nożną, zainteresowali się tą książeczką. Zaczęli ją sobie przekazywać z rąk do rąk i powoli bo powoli, ale zaczęła im świtać myśl, że gdyby tak zacząć grać zgodnie z tymi prawidłami, to może sprawiłoby im to większą radość? Nie od razu oczywiście pogodzono się z treścią niektórych punktów wspomnianych zasad. No bo o ile jeszcze gra w równych składach po 11 zawodników w każdej drużynie nie budziła większych kontrowersji, to już przywiązanie golkipera stricte do bramki rodziło z całą pewnością wielkie obiekcje.

Wytyczne były jednak w tej kwestii bezwzględne, bo mówiły wprost: „Bramkarz od czasu do czasu stoi bezczynnie, gdyż nigdy nie powinien się zbyt oddalać od bramki". Aby jednak nie wyjść z mylnego założenia, jakoby „na budzie" stało się za karę... „Bramkarz przyjmuje na siebie największą odpowiedzialność. To stanowisko powinna zajmować matka, gdyż stąd można najlepiej śledzić przebieg gry". Czy to mamy młodych piłkarzy stawały między słupkami? Bynajmniej! Jak nietrudno się domyślić, „matka" to po prostu ówczesny odpowiednik dzisiejszego kapitana drużyny. A swoją drogą, co by to było, gdyby Robert Lewandowski musiał strzec świątyni polskiej reprezentacji? Chociaż... Ale dość drążenia.

À propos napastników. W piłkarskim Krakowie 1902 roku mieli oni z jednej strony łatwo, z drugiej jednak... Spoglądając ponownie do wytycznych Tokarskiego, można wyczytać, że napastnicy: „Nie powinni kopać piłki silnie, lecz pędzić ją lekkiemi kopnięciami, tak zwanym wózkiem, aby piłki nie stracić. Grający, który pędzi piłkę wózkiem, potrąca ją bardzo lekko wewnętrznym brzegiem stopy to prawą to lewą nogą, tak iż może ją zawsze zasłonić przed napadem z boku. Gdy przeciwnik zbliży się, aby odebrać piłkę, pędzoną wózkiem, wówczas można ją usunąć od przeciwnika w rozmaite sposoby. Np. zmienia się nagle kierunek, w którym się pędzi piłkę, albo kopie się piłkę silniej, aby się potoczyła obok przeciwnika; podczas gdy przeciwnik traci czas na wykonanie obrotu, napastnik znowu dopędza piłkę".

Uff! Można się zgrzać od samego czytania! A jeśli dodać do tego, że podanie piłki do partnera traktowane było jako ostateczność, a do tego sugerowano, by „spory kawał pędzić piłkę wózkiem", pot jeszcze obficiej cieknie po plecach. Krakowskiej młodzieży pierwszej dekady XX stulecia z całą pewnością to jednak nie przeszkadzało, a futbol zataczał coraz szersze kręgi – zaczął pojawiać się w szkołach.

Świętego Jacka

W sprawozdaniu Gimnazjum św. Jacka za rok szkolny 1902/1903 jest napisane, że w ramach zajęć, które dzisiaj nazwane byłyby WF-em, młodzież m.in. „bawiła się piłkami nożnemi". Co ciekawe, w roku następnym nie pisano już o zabawie, a o regularnej grze. Było to o tyle łatwiejsze, że uczniowie tego gimnazjum mogli wówczas korzystać z tak zwanego placu wielkiego pod Kopcem Kościuszki, udostępnionego im przez wojsko.

To może właśnie tam swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał Wilhelm Cepurski (późniejszy piłkarz Wisły Kraków aż do roku 1922), który w wywiadzie udzielonym po latach stwierdził, że w tamtym czasie została założona w jego szkole drużyna piłkarska. I choć wspomniane sprawozdania milczą na ten temat, coś jednak piszczało w trawie. Dodatkowym elementem (oprócz posiadania niezłych warunków do uprawiania futbolu), który mógł spowodować, że w „Świętym Jacku" postanowiono grać w piłkę w sposób bardziej zorganizowany, mogła być wizyta uczniów IV Gimnazjum ze Lwowa, którzy w maju 1904 roku gościli w Krakowie. Otóż lwowiacy od jakiegoś już czasu uczęszczali w swoim mieście na regularne zajęcia, jak to wówczas nazywano, kółek piłkarskich. Kółek, które jeszcze w tym samym 1904 roku przekształciły się w Klub Gimnastyczno-Sportowy IV Gimnazjum, w skrócie KGS, który trzy lata później przeistoczył się w... Pogoń Lwów – jeden z najznamienitszych polskich klubów okresu do II wojny światowej. Przy czym warto zauważyć, że to powstałe w 1903 roku Lechia i Sława (późniejsi Czarni) były najstarszymi lwowskimi klubami sportowymi.

Lwów stał się więc dla Krakowa swoistym piłkarskim przewodnikiem. Eugeniusz Piasecki, spiritus movens powstania KGS, już w 1904 roku planował wspólnie z kierownikiem Parku Jordana Marianem Tokarskim rozegranie rok później meczu piłkarskiego w Krakowie. Lwowsko-krakowskie boje odbyły się ostatecznie dopiero w czerwcu 1906 roku, dając mocny impuls do rozwoju podwawelskiego futbolu i przyciągając uwagę opinii publicznej. Dlaczego do tych meczów doszło dopiero wtedy? Czy w 1905 roku brak było chętnych do gry w piłkę w Krakowie? Z pewnością nie. Ruch w piłkarskim „interesie" już wtedy zaczynał się wzmagać. Przytaczany wcześniej Wilhelm Cepurski, we wspominanym wywiadzie dla „Echa Krakowa" z 1956 roku, stwierdził bowiem, że: „W 1905 roku razem z Cudekiem i Stolarskim ściągnięto nas do drużyny »Jenknera«".

Czyżby więc pierwsze transfery w krakowskiej piłce miały miejsce w 1905 roku? Cóż, Wilhelm Cepurski jako umysł ścisły (był absolwentem fizyki na Uniwersytecie Jagiellońskim) posiadał raczej dobrą pamięć do liczb. Czy w tym przypadku faktycznie miał rację? Możliwość zweryfikowania tej informacji przeminęła wraz z tamtym pokoleniem. Pokoleniem, które dało początek zmaganiom rozpalającym do dziś wśród kibiców pod Wawelem niesamowity wachlarz emocji. Pokoleniem, dzięki któremu Kraków w 1906 roku oficjalnie pojawił się na futbolowej mapie świata.