Mimo tak surowych sankcji większość społeczeństwa polskiego nie uległo niemieckiemu szantażowi. Po wojnie Instytut Yad Vashem uhonorował medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata 7000 naszych rodaków. Zdecydowanie za mało! Liczba ta to kropla w oceanie pomocy, jakiej Polacy udzielili Żydom w czasie wojny. Czasami działo się to w sposób programowy i długofalowy, czasami spontanicznie i epizodycznie. Ale zawsze karą za to była śmierć.

Czy wśród Polaków, podobnie jak wśród wszystkich narodów w okupowanej Europie, byli także liczni donosiciele, szmalcownicy i zdrajcy? Oczywiście, że byli! Czy byli to fanatyczni antysemici przekonani o słuszności niemieckiego terroru wobec Żydów? Nie, to były zwykłe szumowiny wykorzystujące okazję do zarobku. Czasami nawet Żydzi, którzy ratowali własną skórę.

Jednak kilku historyków próbujących zbudować swoją karierę na uniwersytetach amerykańskich od lat stara się dowieść, że szmalcownictwo było w okupowanej Polsce zjawiskiem powszechnym. Choć od polskich tropicieli Żydów roiło się w dużych miastach, gdzie Niemcy utworzyli największe getta, należy pamiętać, że Polska była jedynym krajem okupowanym, w którym struktury Państwa Podziemnego karały ten proceder śmiercią. 18 marca 1943 r. Kierownictwo Walki Cywilnej, komórka zbrojna podporządkowana Delegaturze Rządu RP na Kraj, ogłosiło, że „Każdy Polak, który współdziała z ich (niemiecką – przyp. red.) morderczą akcją czy to szantażując, czy denuncjując Żydów, czy to wyzyskując ich okrutne położenie lub uczestnicząc w grabieży, popełnia ciężką zbrodnię wobec praw Rzeczypospolitej Polskiej i będzie niezwłocznie ukarany". W artykule pt. „Hieny" opublikowanym w kwietniu 1943 r. w Biuletynie Informacyjnym Armii Krajowej pojawiło się wyraźne ostrzeżenie Kierownictwa Walki Cywilnej wobec szantażystów. Później zaczęły już zapadać wyroki śmierci wydane przez podziemne sądy specjalne w Warszawie i Krakowie, a w maju i czerwcu 1943 r. na rozkaz delegata rządu i komendanta głównego AK rozpoczęła się akcja „C", której celem było wykonanie wyroków śmierci na szantażystach, szmalcownikach, donosicielach i tajnych współpracownikach Gestapo. Jednym słowem: na wszystkich zdrajcach, którzy przyczynili się do męczeństwa Żydów. Warto przy tym pamiętać, że dotyczyło to także żydowskich donosicieli i policjantów, którzy – ratując własną skórę – wydali na śmierć tysiące swoich współwyznawców.

Akcje likwidacyjne o kryptonimach: „C", „Topiel", „Kośba" czy „Główki" dowodzą, że wśród polskich elit, niezależnie od środowiska politycznego, nie było cienia tolerancji dla szantażystów, szmalcowników i kolaborantów. Historycy nie mogą tworzyć swojej własnej, głupawej, westernowej, czarno-białej interpretacji historii w stylu scenariuszy do filmów Quentina Tarantino. Fakt, że odbiorca zachodni łatwo przyjmuje tak prostackie treści, nie zwalnia nas z obowiązku rzetelnej pracy nad solidnym opisem przeszłości. Szczególnie kiedy dotyczy to najczarniejszego okresu w dziejach świata.

Skoro Polacy byli takimi „żydożercami", jak opisują to owi historycy, i Niemcy rzekomo o tym wiedzieli, to jaki sens miało wspomniane na początku tego felietonu rozporządzenie Hansa Franka o karaniu śmiercią Polaków udzielających jakiejkolwiek pomocy Żydom?

Rację miał Władysław Bartoszewski, że ze względu na olbrzymią liczbę wyroków nie udało się ukarać wszystkich przestępców żerujących na nieszczęściu Żydów, ale szacuje się, że egzekutorzy AK i innych formacji zbrojnych wykonali ponad 3,5 tys. wyroków śmierci. Egzekucje szpicli lub niemieckich katów często kończyły się masowym odwetem ze strony Niemców na Polakach. Na przykład za likwidację zdrajcy Igo Sima zabito 21 polskich zakładników, a za likwidację Franza vel Hansa Wittka, szefa siatki konfidentów kieleckiej Sicherheitspolizei, zabito aż 181 zakładników.

Tym bardziej należy docenić gigantyczne poświęcenie Polaków, którzy nie tylko nie poddali się przestępczym niemieckim przepisom, ale i gigantycznym kosztem oczyszczali własne szeregi z szumowin społecznych.