Pisałem o tym wielokrotnie na tych łamach i wydaje mi się, że wyczerpałem temat. Nie zmienię mojej opinii o tchórzach, którzy wtedy porzucili naród i wojsko. Ci ludzie nie są godni naszej pamięci.

Ale w XX stuleciu mieliśmy na szczęście też inny 17 września. Dzień, który zwiastował wielką nadzieję i ostatecznie przyniósł zwycięstwo ludzi wybierających wolność. To 17 września 1980 r., kiedy w Gdańsku odbył się zjazd przedstawicieli Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich z całej Polski. Prości robotnicy powołali do życia ogólnopolski Niezależny Samorządny Związek Zawodowy, któremu nadali nazwę „Solidarność" – od słowa, które pojawiało się na plakatach strajkowych w Stoczni Gdańskiej. Miałem wtedy niespełna 10 lat, ale doskonale pamiętam każdy dzień i tę specyficzną atmosferę oczekiwania na przełom.

Uroczystości beatyfikacyjne kardynała Stefana Wyszyńskiego przypomniały mi tamte dni. 26 sierpnia 1980 r. prymas Polski wygłosił homilię, w której wzywał rodzący się nowy ruch społeczny do umiarkowania. Nigdy nie zapomnę reakcji mojego ojca, który w napięciu słuchał przemówienia prymasa, wyjątkowo transmitowanego wtedy na żywo przez reżimową telewizję. Słowa kardynała: „Żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś ich wykonanie musi być rozłożone na raty" – wywołały nagły wybuch u ojca. „Jak długo mamy czekać, kiedy ten cholerny ustrój wreszcie padnie księże prymasie? – wydarł się do telewizora. – Czy znowu przez następne 10 lat mam czekać na normalność na raty, żebym mógł kupić samochód, zbudować dom, wyjechać gdzie i kiedy zechcę za granicę?". Wypowiedź prymasa, którą dzisiaj różnie oceniamy, była wtedy przez młodych ludzi odbierana jako regres. Na sztandarach opozycji nie był już bowiem schorowany, ugodowy Wyszyński, ale znacznie młodszy, skory do działania papież, którego przyjazd w czerwcu 1979 r. do Polski odmienił nasz sposób myślenia. Nie oczekiwaliśmy jakiejś chwilowej odwilży, niemrawego przesilenia, ale potężnego huraganu zmian, spektakularnego przełomu, otwarcia granic, uwolnienia rynku, a przynajmniej jakiejś nadziei na życie w kraju, którego waluta ma jakąś wartość, a życie nie polega na ciągłej walce o zdobycie w kolejkach podstawowych produktów.

„Solidarność", choć później tak często wyśmiewana, była naszą dumą i naprawdę dawała nadzieję na przyszłość.

Emocjonalna reakcja taty głęboko zapadła mi w pamięć. Rok wcześniej zrezygnował z pracy w telewizji, bo trafił się wyjazd na Zachód. Przez kilka miesięcy zarobił tam więcej niż przez 10 lat żmudnej pracy na stanowisku drugiego reżysera. Jak większość jego rówieśników wrócił z Zachodu odmieniony i rozdrażniony. Już dojrzewała w nim myśl o emigracji, którą zresztą kilka lat później z całą naszą rodziną zrealizował. Ale wtedy, późnym latem 1980 r., miał tak jak większość Polaków nadzieję, że nie powtórzą się wydarzenia z grudnia 1970 r. i że nie zmuszą nas do kolejnej dekady życia w tym skansenie realnego socjalizmu.

„Solidarność", choć później tak często wyśmiewana, była naszą dumą i naprawdę dawała nadzieję na przyszłość. Jeżeli mieliśmy dogonić rozwinięty świat za naszego życia, to nie było już czasu na żadne prymasowskie „zmiany na raty". Kiedy w maju następnego roku prymas kard. Stefan Wyszyński zmarł, mój tata był głęboko poruszony. Zabrał mnie z mamą do kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu. To była najdłuższa kolejka, w jakiej stałem w moim życiu, a przecież jako dziecko z PRL byłem już zaprawionym weteranem kolejek po tak strategiczne produkty polskiego przemysłu, jak papier toaletowy, proszek do prania czy parówki. Kiedy wreszcie stanęliśmy przed trumną kardynała, mój tata – zawsze trzymający emocje na wodzy – miał łzy w oczach. Wtedy zrozumiałem prostą zasadę, która pomaga mi w życiu codziennym, a także w zawodowej ocenie wydarzeń bieżących i historycznych: można kogoś bardzo szanować, a nawet podziwiać, choć wcale nie trzeba podzielać jego poglądów.