Jacek Nizinkiewicz: Panie prezydencie, dziennikarze Polskiego Radia i „Rzeczypospolitej” odnaleźli w Hoover Institute w Stanford dokumenty z prywatnej kolekcji Czesława Kiszczaka. Jest wśród nich nieznany historykom list generała do pana, z 31 maja 1993 roku, który może świadczyć o próbie "rozgrywania" pana jako prezydenta, wiedzą na temat przeszłości w SB. Czy jako prezydent RP dostał pan ten list od gen. Kiszczaka?

Lech Wałęsa, były prezydent RP: Nie, nie dostałem. Może wysłał na Kancelarię Prezydenta, ale do mnie nie doszedł.

Czytaj także:

Dudek: Kiszczak się bał

Kiedy był pan prezydentem, w 1993 roku, gen. Kiszczak próbował się z panem kontaktować?

Nie, nie miałem żadnych kontaktów.

Nie wyklucza pan, że list dotarł do pańskiej kancelarii w 1993 roku?

Nie. Myślę, że list został sfabrykowany już później przez obecnych podrabiaczy.

Według dziennikarzy, którzy dotarli do dokumentów, są one prawdziwe, nie były podrabiane.

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Tak oni mówią, ale trzeba to sprawdzić. Nie wiem tego.

W liście Kiszczak pisze, że w podlegającym mu MSW niszczono materiały Departamentu IV, którego funkcjonariusze zajmowali się inwigilacją Kościoła. Rozmawiał pan z Kiszczakiem na ten temat?

Nie wiedziałem o niszczeniu dokumentów i nigdy bym się na to nie zgodził. Tym bardziej nie zgodziłbym się na niszczenie dokumentów na mnie. Moja obrona była w dokumentacji. Spalona dokumentacja zawierała moją prawdziwą walkę i dokumenty z tej walki.

Nigdy nie rozmawiał pan z Kiszczakiem o paleniu teczek?

Kiedyś rozmawiałem z nim na ten temat, ale w innym czasie. Ja w tamtym czasie mówiłem: „Była walka, podrabialiście na mnie dokumenty. Czas to wyczyścić”. Tak mówiłem, jeśli już dochodziło do rozmów między nami. A generał tłumaczył się, że to nie za jego czasów podrabiano i on był wtedy wojsku, a spraw nie zna.

Z listy wynika, że gen. Kiszczak mógł próbować wpływać na pana, jako prezydenta RP, i wywierać na pana wpływ wiedzą na temat pańskiej ewentualnej współpracy z SB.

Na co to miałoby być Kiszczakowi w tamtym czasie? Nie, proszę pana. Postanowiłem wyczyścić swoje sprawy i powiedzieć kto robił ze mnie agenta, i do dziś to robi, to próbowano wyprzedzić moje uderzenie. Cała ta sprawa była od początku do końca robiona. SB fabrykowało dokumenty i wysyłało do różnych osób, w tym do Anny Walentynowicz. Bezpieka robiła wszystko, żeby mnie zohydzić społeczeństwu. Później, kiedy kandydowałem na prezydenta, te dokumenty wracały do kancelarii jako anonimy. Minister Krzysztof Kozłowski zbierał te anonimy i wkładał do teczki. Teczkę przejął jego następca, Antoni Macierewicz, i ogłosił mnie agentem przedstawiając teczkę TW Bolka. Tak powstała teczka na mnie. Próbowałem o tym wszystkim powiedzieć, to oni chcieli mnie wyprzedzić.

Czy Kiszczak próbował pana szantażować dokumentami na temat pańskiej przeszłości?

Nigdy Kiszczak mnie nie szantażował. Ja jestem nie do szantażowania. Gdyby Kiszczak próbował mnie szantażować, to dopingowałby mnie tym do jeszcze większej walki. Z moim charakterem szantaż by się im nie udał.

Historyk prof. Antoni Dudek powiedział, że ujawniony list nie stawia pana w dobrym świetle, jako na osobę, a prezydenturę której generał mógł wywierać wpływ.

To ja wywarłem wpływ na to, żeby gen. Kiszczak nie został premierem. To ja, Lech Wałęsa, nie zgodziłem się na premiera Kiszczaka. Czy agent zablokowałby taką nominację? Nigdy nikomu nie dałem się zaszantażować i nigdy nikomu nie dam się zaszantażować. Wałęsę można zabić, ale nie pokonać! Nie zapominajcie o tym.