Koniec października 1956 roku stanowił jeden z najdziwniejszych i najbardziej dramatycznych momentów w historii najnowszej.

Odwilż w Polsce zmieniła komunistyczną ekipę u władzy i dała socjalizm z bardziej ludzką twarzą. Gomułka potrafił przekonać Chruszczowa, że nie zagraża to interesom Kraju Rad, i sowieckie czołgi zmierzające już ku Warszawie zawróciły do koszar. Węgrzy poszli za polskim przykładem, ale za daleko: zaczęli demontować komunizm ze szczętem. Rychło ujrzeli tanki z czerwoną gwiazdą na ulicach Budapesztu.

Ogromne zamieszanie w centrum Europy wykorzystali Brytyjczycy oraz Francuzi i postanowili odebrać Egiptowi dopiero co znacjonalizowany Kanał Sueski. Namówili Izrael, aby pchnął swoją armię przez półwysep Synaj, a kilka dni później sami wylądowali w rejonie kanału. Egipskie lotnictwo i wojska lądowe zostały błyskawicznie rozgromione. Operacja ta jeszcze raz udowodniła, jak wielką przewagę daje w XX wieku opanowanie środków technicznych, nowoczesna logistyka, właściwe planowanie, wyszkolenie żołnierzy. Na papierze siły Egiptu w ludziach i sprzęcie wyglądały imponująco. Na polu walki przegrały z kretesem.

Nie pierwszy raz i nie ostatni. Jeszcze bardziej spektakularne zwycięstwo odniósł Izrael w wojnie sześciodniowej 1967 roku. W 1973 roku potrafił się wykaraskać z olbrzymich tarapatów, powstrzymał atak armii egipskiej i znów zepchnął ją nad kanał. Dopiero wtedy nad Nilem postanowiono, że Arabowie nie będą walczyć z fenomenalną armią Izraela „do ostatniego Egipcjanina”. W 1956 roku klęska przyniosła im gorycz i wściekłość. Paradoksalnie podobne uczucia żywili Brytyjczycy i Francuzi, których Amerykanie pouczyli, kto rządzi Zachodem, i – wraz z Sowietami! – wydarli im za pomocą ONZ owoce zwycięstwa militarnego.

A za zamieszanie nad Kanałem Sueskim krwawo zapłacili Węgrzy pozostawieni samym sobie przez tak zwany wolny świat. Mocarstwa zachodnie za nic miały ich jasno wyrażoną wolę wolności i dramatyczne wołanie o pomoc. Dostęp do terenów roponośnych i globalny układ sił okazały się znacznie ważniejsze.

Prości ludzie nie wiedzieli tej dziwnej jesieni, czego się trzymać. Nawet czołgiści sowieccy myśleli na początku listopada, że wysłano ich nad kanał, a nie nad Dunaj. Najmniej złudzeń mieli Polacy i tym razem dobrze na tym wyszli. Poza takimi jak mój młodziutki sąsiad – cyrkowiec zwany Krową. Uciekł z cyrku i przyłączył się do powstańców w Budapeszcie. W powstaniu warszawskim był jeszcze dzieckiem, i to w jakimś stopniu tłumaczy jego krok.