Nie miał wątpliwości co do jednego: – Nie żałuję rewolucji – mówił mi 12 lat temu w wywiadzie. – Rewolucja była fenomenem na skalę globalną, wszyscy Irańczycy wzięli w niej udział. Kwiaty zwyciężyły nad karabinami. To, co z rewolucją stało się później, to już inna sprawa.

Do końca życia był przekonany, że społeczeństwo w jego ojczyźnie dojrzewa do prodemokratycznych przemian i gdyby nie opresyjność dyktatury duchowieństwa, w Iranie błyskawicznie zapanowałby system demokratyczny. Pielęgnował poglądy i postawy irańskiej inteligencji na emigracji, ale nie tej z ostatnich dekad, a raczej lewicowych intelektualistów, którzy uciekali z kraju w latach 60. i 70. ubiegłego wieku przed prześladowaniami bezpieki szacha. Ajatollahów, z Chomeinim na czele, oskarżał o zdradę ideałów rewolucji. – To było tak, jakbym patrzył, jak mój ojciec powoli zamienia się w alkoholika. Tylko tym razem używką była władza – dowodził jeszcze w 2019 r.

Zresztą po śmierci Chomeiniego w 1989 r. coraz trudniej było też mówić o dyktaturze duchownych. Banisadr uważał raczej irański reżim za sklejkę rozmaitych grup interesu, które poprzez powiązanych kleryków ścierają się zakulisowo i próbują manipulować sobą nawzajem. Metaforycznie można by rzec, że sam uważał się za dziecko rewolucji pożarte przez ludzi, którzy ją ukradli. Nie bez powodu zresztą.

Syn ajatollaha

– To jeden z bardziej oryginalnych ideologów i teoretyków politycznych irańskiego ruchu islamskiego – oceniała Banisadra jedna z najważniejszych zachodnich iranistek, Nikki R. Keddie, w najważniejszej ze swoich monografii zatytułowanej „Współczesny Iran. Źródła i konsekwencje rewolucji” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2007). Zanim jednak Banisadr stał się jedną z najważniejszych figur we współczesnej historii swojego kraju, przeszedł długą ideologiczną drogę.

Czytaj więcej

Afganistan: sowiecki Wietnam

Zwykle podaje się jako datę urodzin Banisadra 1933 r., ale niektórzy historycy (jak wspomniana Keddie) wymieniają też rok 1934. Jego ojciec był jednym z najważniejszych ajatollahów w mieście Hamadan, ale drogi obu mężczyzn rozeszły się dosyć wcześnie: gdy Abolhasan Banisadr miał 18 lat, Iranem wstrząsnął pierwszy powojenny kryzys polityczny – w 1951 r. wybrany poza kontrolą szacha i zachodnich mocarstw premier Mohammad Mosaddegh znacjonalizował przemysł naftowy w kraju. Iran uniosła fala nacjonalizmu, nie tyle jednak przypominającego zachodni szowinizm, ile znane z Trzeciego Świata ruchy narodowowyzwoleńcze.

W dużym skrócie – wykształcony na Zachodzie Mosaddegh po dojściu do władzy zastał wybiedzone państwo, żyjące z symbolicznych wpływów z wydobycia ropy. Anglo-Persian Oil Company (po kryzysie w Iranie przekształcona w BP), spółka odpowiedzialna za eksploatację irańskich pól naftowych, pozostawiała rządom w Teheranie niewielką kwotę, nieproporcjonalną do zysków, jakie przynosił ten biznes – i znacznie mniejszą, niż oferowały wówczas koncerny naftowe np. z USA państwom gospodarzom. Odpowiedzią Mosaddegha była propozycja renegocjacji kontraktu naftowego z Anglikami, a po ich odmowie – nacjonalizacja branży. W efekcie w 1951 r. doszło do pełzającej rewolucji, która jeszcze bardziej zmarginalizowała (i tak biernego) młodego szacha Mohammada Rezę Pahlawiego, dała premierowi realną władzę i wielką popularność. Ale też zantagonizowała Zachód: z czasem Anglicy przekonali Waszyngton, że Mosaddegh jest kryptokomunistą, który chce wprowadzić Iran w sferę wpływów Kremla.

Abolhasan Banisadr w Teheranie, 23 listopada 1979 r.

Abolhasan Banisadr w Teheranie, 23 listopada 1979 r.

Getty Images

W efekcie w 1953 r. CIA dokonała pierwszego w swojej historii przewrotu, który – mimo dosyć operetkowego przebiegu – okazał się skuteczny. Mosaddegh został aresztowany i resztę życia spędził w areszcie domowym, jego partia – Front Narodowy – była z każdym miesiącem coraz bardziej marginalizowana, a jej zwolennicy (jak Banisadr) stopniowo się rozpierzchli. Szach uzyskał pełnię władzy, jednocześnie uzależniając się w pełni od wsparcia Waszyngtonu i opierając się coraz bardziej na służbie bezpieczeństwa, SAVAK-u.

Banisadr przyglądał się wydarzeniom z pozycji młodziutkiego partyjnego sympatyka. Jego ojciec – jak spora część duchowieństwa – poparł obalenie Mosaddegha, dlatego ich drogi szybko się rozeszły. U progu lat 60. młody aktywista miał już na koncie stosunkowo mało dotkliwe, jak na owe czasy, aresztowanie. Studiował w Instytucie Badań Socjologicznych Uniwersytetu Teherańskiego i przy pierwszej okazji skorzystał z możliwości wyjazdu na stypendium do Paryża. – Całemu pokoleniu takich ludzi uniemożliwiono wyrażanie krytyki poprzez jakąś reprezentację polityczną – tłumaczył po latach szachowi mentor Banisadra, znany irański socjolog, Ehsan Naraghi. – Sojusznicy Mosaddegha cieszyli się wśród nich szacunkiem i przez 25 lat utrzymywali dystans wobec pańskiego reżimu. Pańska polityka oznaczała też, że ci młodzi liberalni nacjonaliści nie mieli możliwości sformowania swojego ruchu politycznego. Jednych więc w końcu zaczęły przyciągać ruchy marksistowskie, a tych bardziej religijnych – ruchy islamskie. Ci drudzy formowali na Zachodzie „islamskie stowarzyszenia”, których nie brano poważnie aż do lat 70. W tym czasie oni powoli dryfowali ku Chomeiniemu – wspomina swoją interpretację sojuszu liberałów i duchownych Naraghi we wspomnieniach „From Palace to Prison. Inside the Iranian Revolution” (Od pałacu do więzienia. Wewnątrz rewolucji irańskiej).

Cień ajatollaha

W przypadku Bani Sadra ten dryf zaczął się w 1972 r. – Pierwszy raz zobaczyłem Chomeiniego w Nadżafie, gdy szedł modlić się w mauzoleum Imama Alego – opowiadał mi Bansadr. – Poszedłem potem do jego domu w Nadżafie i poprosiłem o spotkanie. W rezultacie spotkaliśmy się dwa razy, rozmawiając głównie o jego popularności wśród wierzących różnych religii – mówił. Chomeini poprosił Banisadra o przygotowanie programowego dokumentu o wolnościach religijnych, swoistej muzułmańskiej deklaracji wolności Iranu. Tak też się stało, a wkrótce Chomeini miał zachęcać innych swoich rozmówców do spotkań i podejmowania dyskusji z Banisadrem. – Kiedy wracaliśmy do Teheranu po latach, on przedstawiał mnie jako teoretyka rewolucji islamskiej – wypominał po latach w naszej rozmowie Banisadr.

Czytaj więcej

Tajemnica zniknięcia Musy Sadra

Do kolejnego spotkania w Nadżafie doszło rok później. Przypominało ono pierwsze, zarówno pod względem przebiegu, jak i tematyki. – W domu [Chomeini] był otwarty na dyskusję – wspominał były prezydent 12 lat temu. – Widoczna na zewnątrz skłonność do przemocy, ucinanie dyskusji, zupełnie nie przejawiało się prywatnie. Zresztą to był człowiek reakcji, a nie akcji: on zwykle tylko reagował na działania czy deklaracje innych, sam rzadko cokolwiek inicjował – dodawał Banisadr.

Pod wieloma zatem względami było to zderzenie przeciwieństw. Banisadr pozostawał przez całe dorosłe życie dzieckiem europejskiej rewolty studenckiej 1968 r. Na paryskiej Sorbonie studiował socjologię i ekonomię, pisał kolejne książki. „Choć krytykował aparat opresji reżimu szacha, to jednak ostrze jego krytyki było przede wszystkim wymierzone w uzależnienie kraju od zachodnich potęg, a jego pisma były zapełnione atakami na status klienta, jaki Iran miał w relacjach z USA” – pisze amerykański analityk James A. Bill w pracy „The Eagle and the Lion. The Tragedy of American-Iranian Relations” (Orzeł i lew. Tragedia stosunków amerykańsko-irańskich). W latach 70. powstały najważniejsze z tych traktatów: „Gospodarka jedności”, „Manifest islamskiej republiki” oraz „Fundamentalne zasady islamskiego rządu”. Jak same tytuły wskazują, autor próbował godzić koncepcje nowoczesnego państwa i gospodarki z wartościami Koranu. Tezy tych prac Chomeini i towarzyszący mu duchowni potraktowali jako gotową ściągawkę w formułowaniu (wówczas jeszcze teoretycznych) założeń dla państwa, jakie chcieli zakładać na gruzach reżimu szacha. „W porównaniu z innymi paryskimi emigrantami z Iranu, Banisadr był idealistą i molem książkowym, człowiekiem o dalece zeuropeizowanych gustach. Miał też jednak największe w tym gronie ambicje osobiste” – podsumowuje Bill. Okazja, by znaleźć się w centrum uwagi, nadjechała w październiku 1978 r. wraz z ajatollahem Chomeinim, którego Irakijczycy wyrzucili z Nadżafu pod presją szacha. Będący w ojczyźnie w apogeum popularności duchowny wylądował najpierw w paryskim mieszkaniu Banisadra, a potem w domu w podstołecznym Neauphle-le-Château.

Tu już Banisadr nie odstępował go ani na krok. Po latach dementował chętnie powtarzane anegdoty o Chomeinim – jak choćby tę, że w drodze z Orly do apartamentu ajatollah odmawiał nawet wyglądania przez okno, tak brzydził się zachodnim zepsuciem. – Nie, wręcz przeciwnie – powiedział mi. – Chętnie się rozglądał podczas jazdy samochodem, potem chętnie wychodził na spacery. Oglądał chętnie budynki i ulice, choć niczego nie komentował, trudno więc powiedzieć, czy mu się tam podobało czy nie.

We Francji ajatollah miał spędzić około trzech miesięcy, zanim ludowa rewolta zmiotła szacha. W tym czasie Bani Sadr stał się kimś na kształt jego speech-writera. – Przygotowałem mu dokument poruszający 19 ważnych problemów, jak wolność i niepodległość Iranu, ale też religijny faszyzm i rola duchownych w systemie despotycznym. Chomeini dawał ten dokument dziennikarzom, którzy przychodzili do niego ze swoimi pytaniami. Stworzył też komisję, do której trafiłem, a która miała odpowiadać na pytania mediów – wspominał jego gospodarz w naszej rozmowie. Poniekąd niezależnie od tego, co działo się w Neauphle-le-Château, sytuacja w Iranie nabierała dynamiki, co ajatollah i jego otoczenie obserwowało stosunkowo biernie. Chomeini wraz z grupą towarzyszy i intelektualistów z paryskiej emigracji miał ruszyć do Teheranu dopiero kilkadziesiąt godzin po tym, jak opadł kurz po ucieczce szacha i rozpadzie struktur jego reżimu.

Na kolizyjnym kursie

„Nic nie czuję” – tę słynną odpowiedź Chomeiniego na pytanie, jakie zadał ajatollahowi dziennikarz na pokładzie samolotu zmierzającego z Paryża do Teheranu, powtarza każdy biograf duchownego i rewolucji islamskiej. Banisadr w pierwszym odruchu potwierdzał, że takie słowa padły, choć już po chwili zastrzegał, że nie był ich świadkiem, ale słowa te powtarzali wszyscy, również gazety rewolucjonistów. – On był, jaki był. Nie okazywał emocji, demonstrował za to swoją religijność i mistycyzm – dodawał.

Kilkanaście nadchodzących miesięcy miało oznaczać dla Banisadra pasmo sukcesów, ale i rosnące rozczarowanie owocami rewolucji. Z jednej strony bowiem paryski emigrant stał się jednym z czołowych cywilów, których dopuszczono do najwyższych urzędów, z drugiej – mnożyły się niepokojące sygnały. – Może tydzień po zwycięstwie rewolucji Chomeini wysłał do siedzących w więzieniu generałów armii szacha swoich przedstawicieli, którzy zapewnili wojskowych, że wszystko będzie dobrze. Następnego dnia, bez żadnej dyskusji, podjęto natychmiast wykonaną decyzję o ich egzekucji – powiedział mi.

Inny taki przykład, jaki zapamiętał Banisadr, to demonstracje kobiet przeciw przymusowi noszenia chust. – Poszedłem do niego i przypomniałem, że w Paryżu obiecywał, że kobiety będą wolne jak mężczyźni, że będą mogły sięgać nawet po urząd prezydenta. Odpowiedział mi krótko: „To mówiłem w Paryżu, teraz mówię co innego” – opowiadał.

Mimo to Banisadr pozostawał w kręgu władzy. Trudno się dziwić: w 1979 r. piastował coraz wyższe stanowiska – był członkiem Rady Rewolucji, potem Zgromadzenia Ekspertów, ministrem spraw zagranicznych i finansów. Wreszcie, po powszechnym głosowaniu 25 stycznia 1980 r., został pierwszym demokratycznym prezydentem Iranu, z poparciem sięgającym niemal 79 proc. „Banisadr uznał, że ma mandat narodu, nie rozumiejąc, że jego osobista popularność wynika przede wszystkim z osobistego poparcia Chomeiniego. W ostatnich miesiącach prezydentury bezskutecznie i patetycznie próbował się odwoływać do tego rzekomego poparcia Irańczyków, którzy jednak mieli niewiele wspólnego z wykształconym w Paryżu intelektualistą” – podsumowywał James A. Bill.

„Nowy prezydent był wyraźnie ambitny. Twierdził potem, że już lata wcześniej powiedział Jeanowi-Paulowi Sartre’owi, że będzie pierwszym prezydentem Iranu. Ale na wiele sposobów nie pasował do mułłów, lata spędzone na Zachodzie odcisnęły swoje piętno. Wysoki i szczupły, golił twarz, pozostawiając niewielki wąsik. Włosy układał na europejski sposób; choć pierwszym jego językiem był farsi, to lubił przechodzić na francuski. Ale to się zrazu nie liczyło: po dziewięciu miesiącach dzielących kraj rządów premiera Mehdiego Bazargana, Republika wreszcie wydawała się mieć efektywną i popularną głowę państwa” – notowała korespondentka „The Sunday Times” na Bliskim Wschodzie Robin Wright w książce „In the Name of God. The Khomeini Decade” (W imię boże. Dekada Chomeiniego).

Niemal wszyscy historycy zajmujący się tym okresem odnotowują, że Banisadr stał się błyskawicznie adwersarzem struktur kontrolowanych przez duchownych. Zaczęło się już od nominacji do gabinetu, które zdominowana przez kler Rada Rewolucji odrzucała jedną po drugiej. Prezydent regularnie ścierał się potem z premierem, po wybuchu wojny z Irakiem jego plan przywrócenia armii z czasów szacha przegrał z koncepcją walki prowadzonej przez niewyszkolonych, ale religijnych ochotników. Fiaskiem skończyły się zabiegi o to, by przekazać zakładników wziętych przez „studentów wiernych linii Imama” (czyli Chomeiniego) w gestię rządu. Prezydent odmawiał podpisywania niektórych przysyłanych do niego ustaw, próbował wymusić aresztowanie religijnych bojówkarzy atakujących demonstracje zwolenników świeckich porządków. Początek „rewolucji kulturalnej”, czyli kampanii rozpędzania świeckich uniwersytetów, po latach Banisadr również uważał za kampanię wymierzoną w niego: w końcu uczelnie stanowiły jego zaplecze kadrowe, intelektualne, wyborcze. Nad głową niesfornego prezydenta gęstniały chmury.

Czarę goryczy przepełnił podobno udział Banisadra w uroczystościach upamiętniających Mosaddegha w kolejną rocznicę jego śmierci. – Wcześniej tylko raz udało mi się zmusić Chomeiniego, by powiedział coś dobrego o Mosaddeghu. On się nie mógł pogodzić z tym, że linia Mosaddegha opierała się na demokracji i wolności, Chomeini już wtedy myślał o despotii – ucinał po latach.

W akcie desperacji próbował jeszcze ogłosić referendum, w którym Irańczycy wypowiedzieli się na temat tego, kto ma kontrolować rząd. Daremnie. – Mój opór zmusił Chomeiniego do przełomowego wystąpienia: w końcu otwarcie powiedział, że „nie liczy się wola milionów, a wyłącznie moja” – przekonywał trzy dekady po tamtych wydarzeniach Banisadr.

Abolhasan Banisadr (w środku) w towarzystwie ajatollaha Chomeiniego (z prawej). Francja, Neauphle-le

Abolhasan Banisadr (w środku) w towarzystwie ajatollaha Chomeiniego (z prawej). Francja, Neauphle-le-Château, 16 stycznia 1979 r.

AFP

Zaczęło się od odebrania prezydentowi funkcji głównodowodzącego w toczącej się wojnie z Irakiem Saddama Husajna. W marcu 1981 r. Madżlis, irański parlament, zaczął oficjalnie odbierać gabinetowi prezydenta kolejne kompetencje. W odpowiedzi wokół Banisadra zaczęły konsolidować się świeckie ugrupowania, które w gruncie rzeczy organizacyjnie stały za rewolucją: mudżahedini ludowi, fedaini ludowi, komuniści z partii Tudeh, niedobitki Frontu Narodowego Mosaddegha. Przez Teheran i inne duże miasta przetaczały się wiece protestacyjne. „W dniu, w którym poczuję, że Republika jest zagrożona, poodcinam wam ręce. Zrobię wam to samo, co zrobiłem Mohammadowi Rezie [Pahlawiemu]” – odgrażał się Chomeini po jednym z wielotysięcznych protestów w czerwcu. Pojawiły się oskarżenia o konszachty z CIA: jeszcze w Paryżu do Banisadra zgłosił się rzekomy amerykański biznesmen, który interesował się możliwościami robienia interesów w Teheranie – później okazał się doświadczonym agentem, operującym na Bliskim Wschodzie od lat 50. W efekcie 21 czerwca 1981 r. Madżlis niemal jednogłośnie (przy jednym głosie przeciw) dokonał impeachmentu prezydenta.

Wieczny banita

W tym czasie Banisadr wiedział już zapewne, że jego los jest przesądzony: dzięki wsparciu przywódcy mudżahedinów ludowych Masuda Radżawiego zdołał się ukryć i ze swojej kryjówki nawoływał do zbrojnego powstania. Po jego stronie opowiedzieli się właściwie tylko podwładni Radżawiego, którzy od miesięcy sprzeciwiali się rządom duchownych, co miało dotychczas formę bojkotów inicjatyw politycznych mułłów oraz pacyfikowanych przez religijnych bojówkarzy protestów.

Jeszcze w czerwcu 1981 r. mudżahedini przeprowadzili jednak największy – a przynajmniej najbardziej znaczący – zamach terrorystyczny w historii Iranu. Wysadzili siedzibę Partii Islamskiej Republiki, formacji będącej politycznym ramieniem kleru. Na dodatek zrobili to w chwili, gdy odbywało się tam posiedzenie liderów ugrupowania. W efekcie zginął lider partii, czterech ministrów oraz 25 parlamentarzystów. Dzisiejszy Najwyższy Przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei,wciąż zasłania jedną z rąk pokiereszowanych w tamtej eksplozji.

Za tym atakiem poszła kampania mniejszych zamachów, utarczek i terroru wymierzonego we wszystkie świeckie ugrupowania, jakie jeszcze działały w kraju. Banisadr oglądał to już z Paryża – w sześć tygodni po impeachmencie uciekł wraz z Radżawim z ojczyzny. O ironio, samolot, którym odlecieli, pilotował ten sam człowiek, który wywiózł z Iranu szacha – kapitan Behzad Moezzi. We Francji Banisadr próbował jeszcze przez kilka lat skupiać wokół siebie opozycję: włączył się do budowy Narodowej Rady Oporu, która miała być platformą dla mudżahedinów ludowych i pomniejszych formacji tego typu. Z czasem jednak aktywność środowisk emigracyjnych malała i Banisadr stał się raczej komentatorem, sporadycznie analizującym sytuację w ojczyźnie.

I najwyraźniej przez te lata prześladowała go myśl o przegapionych okazjach. – Gdyby nie wojna z Irakiem, uporalibyśmy się z despotią – zarzekał się w 30-lecie rewolucji. Paradoksalnie, choć reżim w Iranie okrzepł, Banisadr dostrzegał też optymistyczne symptomy. – Coraz więcej Irańczyków chce demokracji – zapewniał. W rzeczywistości przed kilkoma dekadami masy chciały Chomeiniego, a nie demokracji, czego wówczas irańscy wychowankowie zagranicznych uczelni i myślicieli politycznych woleli nie zauważać. Dziś może chcieliby demokracji, ale na wywalczenie jej w stosunkowo prosty i bezkrwawy sposób jest już za późno.