Większość Niemców odczuła klęskę z 1945 r. na własnej skórze, doświadczając ucieczki, ruin i okupacji, lecz w listopadzie 1918 r. sytuacja była mniej jednoznaczna. Nawet uznając faktyczną porażkę, politycy wszystkich frakcji chwalili powracającą armię jako niezwyciężoną. Zatem w powietrzu wisiało zasadne pytanie: co się stało, że niepokonane Niemcy padły na kolana przed wrogiem?

Wojna pieniędzy

Zaskoczenie Niemców pod Amiens nie miało granic, gdy 8 sierpnia 1918 r. z gęstej mgły świtu wypełzły setki czołgów Mark V, bez najmniejszej uprzedzającej salwy. Krótkie starcie, które nie zmieniło sytuacji frontowej, wielu uważa za przełomowy moment tej wojny, a Ludendorff mówił o „czarnym dniu armii”. Z jakiegoś powodu nieistotna bitwa budziła w sztabach robaka porażki.

Czytaj więcej

Proces Hitlera. Niewykorzystana okazja

Generalicja wskazała czołgi jako źródło brytyjskiego sukcesu, ale za tym usprawiedliwieniem stała przesada. Z prawie 600 maszyn tylko parę uniknęło zniszczenia albo zepsucia. Mniej wygodną kwestią były niemieckie straty, a zwłaszcza liczba jeńców wziętych do brytyjskiej niewoli. Nim minął piąty dzień bitwy, poddało się 50 tys. zaprawionych w walce żołnierzy, odsłaniając ruinę morale. Nic nie stało się mimowolnie, ponieważ pierwsze linie traktowały oddziały z odwodów jak łamistrajków.

Jednak kwestia czołgów, choć w I wojnie światowej mało istotna, dotyka istoty problemu Rzeszy. Wielka Brytania, mimo problematycznej wartości bojowej, wytwarzała je tysiącami, Niemcy zaś wcale, gdyż brakło na nie surowców. Konieczność wyboru między czołgami i amunicją sama w sobie jest dowodem porażki.

Pod wielu względami państwa centralne przegrały wojnę już w 1914 r., po fiasku wojny błyskawicznej na froncie zachodnim. Mniejsza, że załamanie planu Schlieffena wymusiło grę na dwa fronty – z czym niemieckie dowództwo akurat świetnie sobie radziło. Prawdziwą klęską było przedłużenie wojny z planowanych miesięcy na lata, co strategicznie przerosło Rzeszę i państwa centralne. Pod tym względem długi konflikt dusił Niemcy w śmiertelnej pułapce, wzmacniał zaś ententę, gdyż przewlekłej wojny totalnej nie wygrają dowódcy i wojska, lecz głębokie zaplecze frontów. W istocie była to wojna zasobów i gospodarek, toczona głęboko za linią okopów.

W tej wojnie nawet rozwinięte Niemcy stały na przegranej pozycji, a sytuacja sojuszu była tragiczna. Ententa miała trzykrotnie większą produkcję i pięć razy więcej ludności niż razem wzięte państwa centralne, a problem pogłębiła izolacja Niemiec od świata, zwłaszcza przez brytyjską blokadę morską i otoczenie państw centralnych kordonem handlowym. Nawet wobec wyższych strat państw ententy w Rzeszy uszczerbek zasobów miał skutki nieodwracalne, bez rezerw dostępnych aliantom. W istocie to nie klęska, lecz odwlekanie upadku aż do 1918 r. budzi prawdziwe zdumienie.

Główną porażkę Niemcy odniosły w wojnie pieniędzy. Według wartości dolara z 1913 r. Niemcy i Wielka Brytania wydały na wojnę zbliżone sumy, ale wrażenie remisu jest złudne, gdy porównać budżety całych sojuszy. Widać, że ententa włożyła w konflikt dwukrotnie więcej niż razem wzięte państwa centralne, z czego Rzesza finansowała aż dwie trzecie wydatków zapóźnionych gospodarczo koalicjantów. Bułgarscy żołnierze często nie mieli butów, to Niemcy więc poniosły ciężar ich uzbrojenia, podobnie jak w armii osmańskiej – choć tu szczodrość była ograniczona do trofeów zdobytych na Belgii i Rosji.

Jeszcze trudniejszym problemem niż kwoty wydatków były źródła finansowania. Rzecz jasna żadne państwo nie opłaca wojny z bieżących wpływów, ale w Wielkiej Brytanii podatki pokryły aż czwartą część kosztów, podczas gdy w Niemczech mniej niż 8 proc. Co więcej, gdy w państwach ententy zyski gospodarki na wojnie rosły, w Rzeszy – z wyjątkiem przemysłu ciężkiego – znacząco spadły. Pożyczać musieli wszyscy, lecz Niemcy nie miały od kogo. Gdy do Rosji, Francji i Włoch płynęły brytyjskie kredyty, a Londyn szerokim gestem zadłużał się na Wall Street i w Białym Domu, zagraniczny kapitał był zamknięty dla Rzeszy. Państwa neutralne, które próbowały interesów z Berlinem, czuły karcącą rękę ententy.

Siłą rzeczy Niemcom pozostało liczyć na wewnętrzny rynek pożyczek i obligacji wojennych, ale płytkie źródło wyschło w 1916 r. – wraz z wiarą w odzyskanie swych oszczędności. Przez finansowanie wojny bez środków dług publiczny Rzeszy wzrósł 30-krotnie, Niemcy przestały więc dysponować realnymi pieniędzmi, pominąwszy rozkręcenie pras drukarskich Reichsbanku.

Cesarstwo ersatzu

Sztuczna regulacja płacy i cen umiała wyczarować wypłaty dla robotników, lecz biurokratyczny cud nie rozmnożył chleba. Niemcy już przed wojną nie nadążały z produkcją żywności, dlatego importowały trzecią część płodów rolnych; nawet los bydła zależał od milionów ton rosyjskiego zboża. Wszystko to znikło, a wojna zmniejszyła krajową produkcję, odrywając od pługa setki tysięcy chłopów i koni.

Warto spojrzeć na Węgry – spichlerz Europy, drugiego eksportera produktów zbożowych w ówczesnym świecie. Nawet Budapeszt wprowadził embargo na sprzedaż żywności do Austrii (oba człony imperium były osobnymi państwami), by chronić Węgry przed głodem. Zatem ani imperium Habsburgów, ani osmański sułtan z jego autarkicznym rolnictwem, nie mogli przyjść Niemcom z pomocą.

Na domiar złego w 1915 r. naukowcy uznali niemieckie świnie za wrogów Rzeszy, wyrżnięto więc 5 mln sztuk trzody, żeby nie konkurowała z obywatelami o ziemniaki i zboże. Z braku mocy przetwórczych, a zwłaszcza stali na puszki, góra wieprzowiny po prostu zgniła, a gdy przyszło opamiętanie, stada nie wróciły do poprzedniego stanu. Na sam koniec mięsa było dziesięciokrotnie mniej niż w 1914 r.

Legendarna racjonalność wyzwoliła Rzeszę od kiełbas, lecz ziemniaków również zabrakło, bo w 1916 r. większość zbiorów zgniła, dlatego Niemcy na co dzień jedli… brukiew dla bydła. Jednak lepsze plony po „zimie brukwiowej” nie poprawiły zaopatrzenia, ponieważ przez zaniżone ceny państwowe wieś uciekła na czarny rynek – coraz większy i prawie jawny – często z cichym udziałem administracji. Niepostrzeżenie, mimo pruskomilitarnego sznytu po wierzchu, państwo jęło się wewnętrznie rozpadać.

Prócz żywności Niemcom brakło wszystkiego – w skali niewymiernej w statystycznych tabelach. Jedna bitwa pod Verdun utopiła w błocie półtora miliona ton stali w 10 mln pocisków artyleryjskich, a w całej wojnie, jak policzono, strzelano z dział miliard razy. Na produkcję bieżąco zużywanych gór amunicji, broni, mundurów i środków transportu należało mieć surowce, energię i pracowników. Problem sięgał głębiej w kondycję Rzeszy niż skutki brytyjskiej blokady, bo na koniec zabrakło węgla – jedynego surowca, w które opływało imperium. Było go nieskończenie dużo w zagłębiach Śląska, Ruhry i okupowanych terenach. A jednak! Akurat w środku zimy 1917 r. brak rąk do pracy, rabunkowe wydobycie i chaos transportu pozbawiły Niemców paliwa. Stały pociągi i produkcja broni – częściowo przez absurdalną organizację, ponieważ amunicję wożono z Zagłębia Ruhry pod Berlin i znów nad Ren, gdzie kończył się montaż.

Trudności zmieniły Niemcy w cesarstwo ersatzu – wynaleziono bezkauczukową gumę, która rozpadała się w oczach, chleb bez mąki zbożowej i kawę bez kawy; skórę na buty zastąpił karton, lecz gejzer kreatywności nie miał patentu na substytut wszystkiego. Najbardziej dotkliwy był brak zamiennika ludzi. Żołnierzy nie zastąpiły przy taśmach kobiety, jak w Anglii, ani setki tysięcy robotników z Afryki i Azji, jak we francuskich fabrykach, Niemcy balansowały więc między produkcją a nienasyconym apetytem frontu na mięso armatnie.

Niemiecka armia tylko zwycięża

Analiza wojny oparta na mapach sztabowych jest niepełna, a czasem kłamliwa. Bez kontekstów pozycja Niemiec w 1918 r. wydaje się znakomita. Rzesza rozbiła w puch Rosję, wymusiła korzystny traktat z bolszewikami i okupowała szmat wschodniej Europy – od Finlandii po Gruzję. Sukces tym większy, że Niemcy utrzymały zdobycze na froncie zachodnim i odzyskały taktyczną przewagę. Dzięki dywizjom zbędnym na wschodzie i innowacyjnej taktyce w lipcu armia kajzera znów zagrażała Paryżowi nad Marną, jak w 1914 r. Tyle mówią zdarzenia, o których Niemcy czytali w gazetach.

W rzeczywistości wiosenny Kaiserschlacht był koszmarnie niezręcznie sformułowanym wnioskiem o miękkie warunki rozejmu. Latem aliancki walec zebrał 4,5 mln żołnierzy i rósł każdego dnia o 10 tys., za czym szła masa europejskich czołgów i samolotów, tankowce z amerykańską i meksykańską ropą oraz konwoje ze zbożem, surowcami i amunicją. Po uruchomieniu amerykańskich dywizji zamiast zawieszenia broni Niemców czekała kapitulacja.

Blef kosztował dwa razy więcej żołnierzy, niż wyniosły straty aliantów, a nie szło o zwykłe trwonienie sił, lecz zagładę wojskowej elity. Hekatomba spadła na trzon ofensywy z oddziałów szturmowych, gdzie trafili najbardziej zmotywowani i doświadczeni żołnierze, po specjalistycznym szkoleniu. Bez nich w okopach zostali nieopierzeni młodzieńcy i znużeni ojcowie rodzin. Innym bodźcem, który demolował morale, była sposobność plądrowania brytyjskich składów, gdy Niemcy odnosili sukcesy. Oglądanie zasobów wroga, którego propaganda malowała na skraju upadku, było źródłem ciekawych wniosków.

Jeszcze ciekawsze konkluzje wysnuła ententa, rezygnując z czekania na ostateczną rozprawę do 1919 r., jak planowano. Po Amiens koalicja uznała, że Niemcy trzeba dobić natychmiast. Mimo to do rozbicia niemieckiej armii było daleko. Opór wciąż był zorganizowany i twardy, z niezmienną od lat ceną krwi za przesunięcie okopów. Naprawdę kolej wojny wypadła z szyn pod koniec września, gdy z państw centralnych wyszła Bułgaria. Słabość ogniwa nie definiuje jego znaczenia. Po wewnętrznym przewrocie i buncie głodnej armii niemiecki sojusz stracił Bałkany i ciągłość terytorialną. Turcja została sama z zagrożonym Konstantynopolem, niemieckiej armii na wschodzie groziło odcięcie i przepadło źródło rumuńskiej nafty, a droga ententy do Węgier stała otworem.

Jeszcze niedawno Niemcy słali w ogniska problemu kilka dywizji do uśmierzenia kryzysu. Rzesza regularnie gasiła pożary na froncie serbskim, rosyjskim i włoskim. Lecz był rok 1918. Licznik strat sięgał drugiego miliona, a zdaniem Sztabu Generalnego kolejny milion unikał walki, co pogłębiły ogniska grypy. Także front włoski wisiał na niemieckiej agrafce, a starania Austrii o separatystyczny rozejm były jawnym sekretem od wielu miesięcy.

Nie ma pewności, czy zachowanie Ludendorffa było kryzysem nerwowym czy teatralną etiudą, gdy 29 września błagał cesarza o negocjacje z ententą, pod groźbą upadku frontu. Jednak pamiętając, kim był Ludendorff, problem staje się prostszy. „Skromny” generalny kwatermistrz w Najwyższym Dowództwie od 1916 r. miał faktyczną władzę nad państwem, z pełną kontrolą wojska, finansów, gospodarki i dyplomacji. Choć władza polityczna formalnie istniała, Ludendorff zmarginalizował rząd i parlament, a nawet Wilhelma II. W istocie także Hindenburg był pustą fasadą Sztabu Generalnego z propagandowych pocztówek jako mit Tannenbergu, bo kwatermistrz decydował o nieograniczonej wojnie podwodnej i ofensywie wiosennej. Ludendorff najlepiej znał prawdę, a Hindenburg podzielał świadomość klęski, dlatego kwestią wyboru stał się zakres katastrofy i kozioł ofiarny. Chodziło o wybór pomiędzy rozejmem na dramatycznych warunkach ententy a walką do ostatniego żołnierza i unicestwieniem armii. Druga opcja, to brak kontroli nad państwem, w którym tylko wojsko wciąż funkcjonowało, i rewolucja.

Nadzieja Niemiec tkwiła w pominięciu ententy w rozmowach z Wilsonem jako politykiem mniej drapieżnym, a pozornie decydującym za koalicję. Z perspektywy historii błąd był potężny, bo prezydent nie zmiękczył stanowiska sojuszu, za to stworzył podstawy mitu o zdradzie.

O ile klarowniejsza byłaby sytuacja po wojnie, gdyby podpis na zawieszeniu broni złożyli dygnitarze faktycznie odpowiedzialni za wojnę, w tym Wilhelm II i najwyższe dowództwo armii, z Hindenburgiem i Ludendorffem na czele. Niestety, tylko zwycięstwo w zdobytym Berlinie, jak sugerował gen. Pershing, nie stawiało znaków zapytania nad klęską Rzeszy. Nierozważnie, choć arcydemokratycznie Wilson wykluczył z negocjacji Sztab Generalny, uznany za nielegalną juntę wojskową, i żądał oddania władzy cywilom z frakcji parlamentarnych, co Najwyższe Dowództwo czyniło z ulgą. Decyzja zdjęła z Ludendorffa ciężar odpowiedzialności za rozejm, gdyż katastrofalne warunki zawieszenia broni negocjowali i podpisali w Compiègne politycy – z socjaldemokratą na czele.

Odtąd Ludendorff mógł swobodnie dramatyzować, oskarżać i żądać wznowienia totalnej wojny, snując po ucieczce do Szwecji teorie spiskowe o komunistycznych, żydowskich, a nawet katolickich bagnetach zdradziecko wbitych w plecy niezłomnych żołnierzy. Skądinąd, także politycy wspierali mit, schlebiając wojsku ze strachu przed rewolucją, co czynił zarówno szef SPD Friedrich Ebert, jak i Konrad Adenauer – ikona demokratycznych Niemiec po II wojnie światowej – gdy witali wracających z frontu żołnierzy jako niepokonanych przez wroga. Dzięki żywemu mitowi wkrótce pewien zdradzony kapral został kanclerzem…

Niemieccy żołnierze w pociągu zmierzającym na front zachodni. Na boku wagonu jeden z nich rysuje kar

Niemieccy żołnierze w pociągu zmierzającym na front zachodni. Na boku wagonu jeden z nich rysuje karykaturę francuskiego generała Josepha Joffre’a, sierpień 1914 r.

Everett Collection/shutterstock

Feldmarszałek Paul von Hindenburg i generał Erich Ludendorff, ok. 1930 r.

Feldmarszałek Paul von Hindenburg i generał Erich Ludendorff, ok. 1930 r.

Everett Collection/ shutterstock